O naturze organizacji i sposobach ich likwidowania



Są zdania, które mają wyjątkową wartość poznawczą i żadnej wartości estetycznej.

Są i takie, które mają taką sobie wartość poznawczą, stanowiąc dokument błędów i pomyłek ich twórców, ale mają wysoką wartość estetyczną, poetycką wręcz.

Są i takie, które dają nam możliwość poznania nowych jakości, a jednocześnie są bardzo atrakcyjne estetycznie.

W dawno zapomnianym komiksie zatytułowanym „Chyba rozumiem panie Albercie”, a dotyczącym życia i przygód Alberta Einsteina znalazłem zdanie, które na początku XX wieku stanowiło jądro sporu o naturę światła. Zdanie to zastosowałem do opisu koniunktur na rynku książki, albowiem książka i rynek podobnie jak światło stanowią rzeczywistość fizyczną. Jasne jest jednak, że zmiana wartości w tym zdaniu miała w tym przypadku znaczenie estetyczne. To bardzo ważny moment, bo w ten sam sposób, używając zdań dotyczących różnych całkiem obszarów o tych samych, niezmiennych właściwościach można dokonywać grubych manipulacji.

Niestety nie da się tego wyjaśnić dokładnie przez prostą analogię, konieczny jest opis. I ja go tu dziś spróbuję przedstawić. Zdradzę jeszcze tylko co to było za zdanie. W oryginale brzmiało ono – jeśli światło ma naturę falową, to co faluje? Eter – brzmiała odpowiedź.

Moją wersję tego zdania znacie, bo czytaliście tekst sprzed kilku dni. Pozostańmy jednak przy świetle. Ono nie ma natury falowej, a przynajmniej do niedawna nie miało, być może coś się w tej sprawie zmieniło. W podręcznikach do fizyki pisali za moich czasów, że światło ma naturę korpuskularną. Jak wiemy jednak nic pewnego nie ma na tym świecie i może się nagle okazać, że struktura światła jest inna. My jednak nie będziemy się dziś zajmować światłem, a na pewno nie w rozumieniu fizycznym, już prędzej metaforycznym. Interesować nas będzie sposób opisu działania organizacji, w tym organizacji niejawnych.

Dlaczego ja wybrałem tak dziwny i poważny temat na tak wesoły dzień, jakim jest lany poniedziałek? Dlatego, że przez pół soboty i całą niedzielę czytałem wspomnienia Tadeusza Sołtyka, zatytułowane „Dwa żywioły, dwie pasje”. Powierzchowna interpretacja tych wspomnień, zaprowadzi nas do nieciekawych wniosków, dotyczących sensu życia ludzi uzdolnionych, ciekawych świata i jego tajemnic, a także pogłębi w nas smutek. No, ale my tutaj nie uprawiamy powierzchownych interpretacji, zajmujemy się czymś innym zgoła. Czasem, żartujemy, ale z reguły staramy się konstruować syntetyczne opisy rzeczywistości. Czynimy to po to, by nie dać się zaskoczyć propagandzie i tanim zagrywkom medialnym, ale dowiedzieć się co będzie się działo w najbliższym czasie. Pewność tę zaś ma nam dać fizyczny opis zjawisk i wskazanie ich niezmiennych, przyrodzonych cech – jeśli światło ma naturę falową, to co faluje? Eter nie istnieje jak wiemy. Tak więc albo faluje coś innego, albo inna jest natura światła.

Tadeusz Sołtyk dał w swoich wspomnieniach zupełnie fantastyczny opis likwidacji AK w Janowcu nad Wisłą. Likwidacji tej dokonali Niemcy, a po niej janowiecka AK już się nie podniosła.

Zanim przejdę do opisu, słów kilka rzec trzeba o warunkach życia i komunikacji pomiędzy ludźmi w pierwszych miesiącach okupacji niemieckiej. To zdaje się nie było do tej pory zauważone przez nikogo, a nawet jeśli było, to nie doczekało się adekwatnego opisu.

Oto po wkroczeniu Niemców, którzy nie palili się za bardzo do penetrowania głuchych i zapadłych miasteczek i wsi, rozpleniła się bandyterka. Były to działania bardzo brutalne, obliczone na rabunek i, co najważniejsze, powszechnie akceptowane. To znaczy, bandyci działali pojedynczo, albo w niewielkich grupach i nie było żadnej możliwości ich powstrzymania, albowiem ludzie sami z siebie nie stanowili władzy. Tę stanowił okupant, a on miał w nosie to co działo się we wsiach pod Janowcem.

Nie świadczy to najlepiej o mieszkańcach wsi i małych miasteczek, ani o relacjach tam panujących. Nie świadczy to najlepiej o władzy w II RP, która nie przekonała do siebie ludzi na tyle mocno, by po klęsce tej władzy, sami z siebie stanowili strukturę gwarantującą bezpieczeństwo.

Pojawienie się jednego czy dwóch bandytów, demonstrujących siłę i bardzo brutalnych, oddawało w ich ręce cały obszar aktywności i czasu, którego nie zagospodarował okupant.

Słowo o tym, kogo napadali i mordowali wiejscy bandyci. Nie żydów bynajmniej, bo ci pracowali pod nadzorem Niemców w kazimierskich kamieniołomach i innych ważnych dla machiny wojennej niemieckiej przedsiębiorstwach. Bandyci rabowali uciekinierów z zachodu i wschodu, a im kto miał lepsze ubranie i większe walizki tym bardziej był narażony na atak. Ten zaś następował niespodziewanie, bo bandytami okazywali się na przykład ludzie dzierżawiący prom na Wiśle, albo bogaci gospodarze udzielający schronienia wygnańcom, którzy bandyterką zajmowali się dla sportu. Podkreślę raz jeszcze – nie było w narodzie odruchu potępienia, był tylko strach i uległość wobec siły.

To się zmieniło najpierw za sprawą Niemców, ale ci zorientowali się, że nie ma sensu wkraczać w obszary lokalnej wendetty i porachunków, a także dzikich instynktów niektórych mieszkańców wiosek, lepiej tę brudną robotę scedować na kogoś innego. I tak właśnie się stało.

Likwidacją, oczywistej bandyterki w dzień zajmowali się Niemcy, a likwidacją tej mniej oczywistej, nocnej zajmowała się AK. W końcu teren został oczyszczony.

Tadeusz Sołtyk nie pisze, że doszło do nieformalnego porozumienia pomiędzy AK, a Niemcami, ale można tę wiadomość wyciągnąć z tła. AK przejęła różne interesy w Janowcu i działała w zasadzie jawnie, uważając, że osiągnięto stan optymalny, który trwał będzie do czasu rozwiązań narzuconych z góry. Z jakiej góry? No właśnie o tym za chwilę.

Jak ktoś jechał kiedyś do Kazimierza Dolnego przez Górę Puławską i Parchatkę, ten wie, że likwidacja partyzantki na tym terenie musiała nastręczać spore trudności. No, ale Niemcy ani myśleli o tym, by uganiać się za żołnierzami AK po parchackich górkach. Zastosowali inny sposób, a raczej skorzystali z tego już istniejącego. Pozwolili na niepohamowaną produkcję bimbru i jego sprzedaż, nie pokątnie bynajmniej, ale jawnie.

W krótkim czasie doprowadziło to do takiej degeneracji miejscowej struktury podziemnej, że kiedy „góra” przysłała do Janowca posłańca z wiadomością, że planowana jest obława, ten schlał się w drodze tak iż nie powiedziawszy nikomu słowa, zasnął. Rano SS otoczyło malowniczy, janowiecki rynek, wygarnęło wszystkich z domów, powiozło do Zwolenia i tam po kolei rozwaliło pod ścianą. Ocaleli ci, których ze stert siana celowo nie wyciągnęli niemieccy żołnierze mówiący po polsku.

Jaki z tego wypływa wniosek? Moim zdaniem jest to seria wniosków.

Pierwszy brzmi – nie ma takiej organizacji, której nie dałoby się zlikwidować.

Drugi – można to zrobić tylko w wypadku odcięcia całej organizacji lub jej części od istotnych informacji.

I trzeci najważniejszy, na który nie zwracamy uwagi, albowiem wydaje nam się, że światło ma naturę falową – nie istnieją organizacje rozproszone. Nie mogą istnieć, albowiem ich skuteczność byłaby zerowa.

Postawmy teraz pytanie – co napędza działania organizacji? Jakie to jest paliwo? To są informacje.

Organizacja pozostawiona bez informacji degeneruje się błyskawicznie, zmienia swój, postawiony na początku, przeważnie bardzo szlachetny i ryzykowny cel i zamienia się w bandyterkę, albo grupę interesu, prowadzącą na jakimś obszarze działalność gospodarczą, na przykład wyszynk.

I teraz tak – w mediach, które są częścią naszego życia, można usłyszeć, że organizacje islamskie zajmujące się terrorem, nie mają centrali, są rozproszone i przez to trudne do likwidacji. Napędza je zaś fanatyzm i tradycja podtrzymywana przez charyzmatycznych imamów, którzy terroryzują swoim charyzmatem grupę i prowadzą ją ku zbrodniom na masową skalę. To jest opis niezgodny z fizykalną naturą świata i musimy go odrzucić.

Organizacja odcięta od zewnętrznych informacji, nie utrzyma się bez herszta, który zagwarantuje jej członkom bezwzględne bezpieczeństwo. Ten zaś może być zlikwidowany szybko, albo przez organizacje porządkowe działające w dzień, albo te, które działają w nocy.

Drugi typ organizacji może być wręcz klonem tych „dziennych”, ale dla potrzeb narracji medialnej, można go nazwać dowolnie i uczynić czymkolwiek. Na poziomie opisu rzecz jasna.

Nas najbardziej interesuje to, kim są ludzie, którzy twierdzą, że istnieją i mogą działać organizacje rozproszone, nie posiadające centrali. To są ludzie odwracający uwagę od tej centrali i kierujący ją gdzie indziej. To znaczy ku wnioskowi, że centrum dowodzenia organizacją islamską może znajdować się tylko w kraju islamskim.

Tymczasem to w ogóle nie jest konieczność, ani żaden warunek, albowiem organizacje napędzane są informacją, ta zaś może być wyprodukowana w dowolnym miejscu. Tak się bowiem składa, że tradycje, czy to ludowe czy to religijne, rozwijają się w kierunkach gwarantujących bezpieczeństwo oraz trwałość grupy. Te zaś, które takiego bezpieczeństwa nie gwarantują są na 100 procent narzucone z zewnątrz, są spreparowane i to także stanowi element niezmiennej, fizycznej natury wszechświata.

Po takiej konstatacji pozostaje już tylko wskazać gdzie znajdują się fabryki zbrodniczych doktryn i zająć się poważną strategią ich likwidacji, a jeśli to nie jest możliwe, poważną strategią obronną.

Czy takimi aktywnościami parała się janowiecka AK, albo AK w Polsce za niemieckiej i sowieckiej okupacji? Rzecz jasna nie. Organizacja ta zajmowała się doskonaleniem sposobów posyłania na śmierć, coraz to bardziej niewinnych i wartościowych ludzi, pozostając przy tym całkowicie bezradna wobec „central” skąd płynęły zasilające ją informacje. I mechanizm ten stanowi dziś podstawę naszej tożsamości i dumy. To nie rokuje za dobrze.

Ktoś powie, że ja tu piszę o sprawach oczywistych, ale używam tej swojej, nieznośnej maniery polegającej na komplikowaniu wszystkiego. Jak jakiś cadyk z Zabłudowa, który ponoć na chustce do nosa staw przepłynął.

Przecież wiadomo, że zbrodnicze doktryny produkuje się na wydziałach socjologii i filozofii znanych zachodnich uniwersytetów, a wciela je w życie w jakiejś Kambodży czy na innych, podobnych obszarach. To prawda, ale nie do końca.

Mamy bowiem dziś do czynienia z nowym i dość zaskakującym rozwinięciem tej metody. Oto uniwersytety od dawna są już nieważne i produkują jedynie niepotrzebną masę bezrobotnych, przewalającą się z jednego końca kontynentu w drugi. Masę, którą w jakiś sposób trzeba będzie zagospodarować. W jaki? No w ten znany z opisu Tadeusza Sołtyka – trzeba im dać herszta, który zapewni jakieś bezpieczeństwo, łupy i minimalne ryzyko.

To jest dopiero przed nami, albowiem na razie metoda ta ćwiczona jest w krajach islamskich i tam nawet już doszło do jej realizacji. Ludzie nazywani talibami, to po prostu studenci. My o tym zapominamy, albowiem zdaje się nam, że to takie szyderstwo, które nigdy nie zostanie zastosowane w realiach Europy. Otóż zostanie, albowiem prymitywny bandzior jest trudniejszy do kierowania niż bandzior nastawiony entuzjastycznie i ideologicznie zmanipulowany. I to także już było ćwiczone, w 1968 w Paryżu.

Teraz metody te zostaną twórczo połączone. Prymitywny bandzior wobec zagrożenia, zaczyna negocjować, ten drugi zaczyna strzelać gdzie popadnie, bo wierzy w swoją misję. Wczoraj tak zwane żółte kamizelki – organizacja rozproszona i nie kierowana przez nikogo, organizacja społecznego buntu – zaczęły wznosić okrzyki przeciwko odbudowie katedry, a także takie, sugerujące, że to oni są katedrą. Nie są. Nie jest nią także Macron, ale kiedy „lud” występuje przeciwko władzy, to znaczy, że centrum dowodzenia „ludem” mieści się poza zasięgiem tej władzy. Tyle i nic więcej.

Jeśli zaś ktoś mówi, że żółte kamizelki, państwo islamskie, czy inna jakaś cholera, nie jest możliwa do likwidacji, bo nie ma herszta, ani centrali, ten kłamie. Każda organizacja jest możliwa do likwidacji, wystarczy tylko pozwolić na pędzenie bimbru, albo na produkcję narkotyków. Nie taką na sprzedaż, ale do użytku wewnętrznego.

Na koniec wniosek najważniejszy i dość oczywisty – jeśli paliwem organizacji są informacje, to władza spoczywa w tych miejscach, gdzie informacje są preparowane. Organizacje bowiem ich nie produkują. One mogą je tylko przetwarzać na własny użytek, mogą dokonywać brutalnych demonstracji, ale nie mogą produkować informacji. Stąd tak silny nacisk na promocję określonych treści na rynku, także rynku książki. Chodzi o wyparcie wszystkiego, co nie trzyma standardów centrali, przy jednoczesnym zachowaniu pozorów pluralizmu. Dlatego tak ważne są nieoczywiste i wynikające z wyznaczenia nowych punktów obserwacji, opisy. Takie jak ten powyżej. Na dziś to tyle. Idę jeść rybę po meksykańsku.

Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

Gabriel Maciejewski 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  22 kwietnia 2019.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

  • Ilustracja tytułowa: Jerome Rodriguez (w środku) jedna z ważniejszych postaci Żółtych Kamizelek w czasie ulicznej manifestacji w Paryżu. Fot. Associated Press. Za: tvnz.co.nz, 19.04.2019. / wybór zdjęcia wg.pco

*

*

, 2019.04.26.

Autor: Gabriel Maciejewski