Byłem numerem… historie z Auschwitz


Kazimierz Piechowski

Kazimierz Piechowski, urodzony 3.10.1919 r. w Rajkowach, harcerz. Pochodzi z rodu szlacheckiego Piechowskich herbu Leliwa z Piechowic pod Kościerzyną. W swojej autobiograficznej książce pt. „Byłem numerem” pisze:

Od drugiego roku życia mieszkałem w Tczewie nad Wisłą. Tu dorastałem. Tu miedzy szkołą a domem rodzinnym pochłaniało mnie harcerstwo. Byłem harcerzem ciałem i duszą, a bycie harcerzem znaczyło dla mnie wiele, znaczyło kochać swoją Ojczyznę.

Odszedł na wieczną wartę 15.12.2017 r.

*

Gdy rozpoczął się najazd Niemiec na Polskę, z opowiadań najbliższych dowiadywał się o zbrodniach jakie dokonywali hitlerowscy najeźdźcy m.in. w podwejherowskich lasach i w lasach niedaleko Starogardu Gdańskiego. Sam otrzymał w pierwszych dniach września z Arbeitsamtu skierowanie do pracy przymusowej przy usuwaniu zniszczonych przęseł mostów na Wiśle. Tragicznie przeżywał śmierć ojca w pierwszych tygodniach września 1939 r. – który przed wojną był pracownikiem Polskich Kolei Państwowych (maszynista parowozu), zaś w końcu sierpnia 1939 r. zmobilizowany, brał udział w kampanii wrześniowej.

Widoczna i odczuwana eksterminacja polaków oraz przeświadczenie, że po likwidacji inteligencji – następnymi do likwidacji będą działacze harcerscy, działacze społeczni, spowodowało, że 12.11.1939 r. wraz z kolegą z drużyny harcerskiej Alfonsem Kiprowskim „Alkiem” próbował przekroczyć granicę by dostać się na Węgry, aby stamtąd z kolei przedostać się do Francji – gdzie tworzone było wojsko polskie. Niestety, schwytani zostali przez patrol niemiecki w pobliżu granicy, aresztowani i znęcano się nad nimi wpierw w więzieniu w Sanoku, następnie przetransportowano ich do więzienia Montelupich w Krakowie. Stamtąd w transporcie zbiorowym przewieziony do Nowego Wiśnicza i umieszczony w obozie pracy.

Dnia 20.06.1940 r. wraz z 313 współwięźniami w drugim transporcie (pierwszy był z Tarnowa) przewiezieni byli do KL Auschwitz, i tam zarejestrowany w obozowej ewidencji jako więzień nr 918.

KL Auschwitz. Nr 918 – Kazimierz Piechowski.

W obozie przydzielony był do pracy w Leichenkomando (Leichenträger) – w grupie roboczej noszącej zwłoki i wywożącej trupy z dziedzińca bloku 11-go do krematorium. Później, został przydzielony do pracy w jednym z magazynów, a praca pod dachem dawała większe szanse na przeżycie.

Od czasu utworzenia obozu, był świadkiem zbrodni dokonywanych przez Niemców. Był m.in. uczestnikiem apelu, podczas którego padły słowa „Ja chcę iść na śmierć za tego więźnia” – słowao. Maksymiliana Kolbe, który dobrowolnie poświęcił swoje życie za życie współwięźnia Franciszka Gajowniczka.

W nowym miejscu zatrudnienia, w sąsiadującym z warsztatem naprawczym samochodów SS poznał Ukraińca – Eugeniusza Benderę, wyjątkowo zdolnego specjalistę w zakresie mechaniki samochodowej. Gdy więc Kazimierz Piechowski w maju 1942 r. dowiedział się z pewnego źródła, że jest zagrożony wyrokiem śmierci, wówczas determinacja ucieczki z obozu stała się jego pierwszoplanowym celem. Problemem była wyłącznie kwestia odpowiedzialności zbiorowej stosowanej przez SS-manów wobec współwięźniów – gdy za ucieczkę więźnia, z jego bloku lub komanda, 10 osób skazywano na śmierć. Jakże więc zbawiennym był jego osobisty pomysł, stworzenia fikcyjnego komanda (najmniejsze komanda miały minimum czterech więźniów), a zatem do ucieczki trzeba było zwerbować jeszcze dwie osoby. Plan zakładał, że uciekną jako całe komando wobec czego, nikt za ich ucieczkę nie poniesie kary. Owi dodatkowo namówieni więźniowie do ucieczki to Ksiądz Józef Lampert i Stanisław Jaster. Planowali więc ucieczkę z obozu: Kazimierz Piechowski (nr 918), Józef Lempart (nr 3419) – ksiądz z Wadowic, Stanisław Jaster (nr 6438) – młody warszawiak, oraz Eugeniusz Bendera (nr 8502).

Wraz z trzema zaufanymi współwięźniami włamał się do magazynu mundurów, wykradł mundury oraz używając esesmańskiego samochodu – wyjechał nim wraz z kolegami przez obozową bramę. Nie posiadał żadnych dokumentów, a ucieczkę ułatwiło mu niezwykłe opanowanie i biegła znajomość języka niemieckiego wyniesiona z domu rodzinnego. Była to jedna z najbardziej brawurowych i spektakularnych ucieczek z KL Auschwitz w dziejach tego obozu. Po ucieczce ukrywał się w Kielcach, wstąpił do Armii Krajowej w szeregach której walczył do końca wojny.

Po wojnie i powrocie na Pomorze zapisał się na studia na Politechnice Gdańskiej, gdzie zaliczył jeden semestr, podjął pracę w jednym z zakładów pracy. Ktoś niestety doniósł o jego partyzanckiej przeszłości, więc jako były żołnierz AK został uznany za wroga klasowego nowoutworzonej Polski komunistycznej i po pokazowym osądzeniu skazany na 10 lat więzienia. Odsiadywanie dziesięcioletniego wyroku rozpoczął od więzienia w Gdańsku, potem Sztumie, we Wronkach. Następnie, pracował przymusowo w kopalni „Niwka”.

Zwolniony po siedmiu latach, dokończył studia na politechnice, i podjął pracę jako inżynier. Na emeryturze wraz z żoną zaczął podróżować po świecie, zwiedził ponad 60 krajów.

Kazimierz Piechowski potrzebował wiele lat na to, by ponownie stanąć na największym cmentarzysku świata – jakim był KL Auschwitz. Przybył w to miejsce dopiero na 60 rocznicę pierwszego transportu do tego obozu z Tarnowa tj. 14.06.1940 r. Opisał swoje losy w książce pt. „Byłem numerem”, zaś z inspiracji dr Adama Cyry, z Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, reżyser Marek Pawłowski zrealizował w 2006 r. film dokumentalny o Piechowskim zatytułowany „Uciekinier”.

*

Jedno z wielu spotkań z Kazimierzem Piechowskim

Spotykaliśmy się z Panem Kazimierzem od czasu do czasu z okazji pamiętnych rocznic. Zawsze spokojny wyciszony – nadal zachowujący arystokratyczną godność. Uczestniczył w spotkaniach autorskich, a otrzymane z tego tytułu gratyfikacje w całości przeznaczał na utrzymanie osieroconych dzieci mieszkających w jego sąsiedztwie. Od stycznia 2006 r. został Honorowym Obywatelem miasta Tczewa. Mieszkał w Gdańsku.

Jak już wyżej wspomniałem Pan Kazimierz pojawił się na terenie byłego KL Auschwitz dopiero w 2002 r. Bał się tego powrotu w miejsce, które w jego psychice wywarło tak wielkie piętno. Kilkanaście razy przybywał w to miejsce ze swoją przeuroczą małżonką, zaś żona Pana Kazimierza wyjawia z zatroskaniem: „do dziś prześladują męża sny z Auschwitz”.

Niestety, takie wyznania słyszałem z ust wielu innych moich rozmówców – byłych więźniów hitlerowskich miejsc kaźni.

Posłużę się wobec powyższego wywodu, fragmentami długiego wywiadu jaki przeprowadziła z Panem Kazimierzem redaktor Dana Platter ze Szwecji:

Dana Platter: Ten film („Uciekinier” – moje dopowiedzenie) to jest zupełnie fenomenalna sprawa. Pański pobyt w Oświęcimiu, ucieczka z obozu. Jak to jest, że ja nic o tym wcześniej nie słyszałam? Kiedy Pan z tym wszystkim wystąpił?

Kazimierz Piechowski – odpowiada: Uczeni medycy nazywają to zjawisko „syndrom KL Auschwitz”. KL to skrót od „Konzentrationslager”, obóz koncentracyjny. Syndrom polega na tym, że psychicznie ciągle byliśmy nadal w Oświęcimiu. Wielu byłych więźniów przeżywało to długie lata, niektórzy całe życie. To zależy od psychiki danego człowieka. W snach ciągle jestem tam. Może ty opowiesz lepiej (p. Kazimierz zwraca się do żony).

Iga Piechowska (żona) – odpowiada: Cały czas sprawa Auschwitz, pobytu Kazika w obozie była tabu. O tym nie wolno było mówić w domu, w rodzinie. Kazik nie był w stanie. W snach na nowo przeżywał sytuacje obozowe: płakał, zaciskał pięści, zgrzytał zębami. Raz na przykład śniło mu się, że Niemcy poszczuli na niego psy, wilczury obozowe. Kazik tak silnie kopał nogami, że uderzył w kaloryfer i złamał sobie nogę. Ja zwykłam budzić go w nocy, uspokajam, staram się wyrwać go z tego koszmaru.

Dana Platter – pytanie: milczał Pan aż do roku 2002. To pan jest gigantem, że tak ciężki bagaż niósł przez całe życie i mimo, że ma Pan nocne koszmary to jednak Pan się nie załamał i jest przy siłach umysłowych i fizycznych. Budzi Pan przysypiającą opinię publiczną i to jest bardzo cenne. Jestem pełna podziwu i szacunku dla Pana.

Kazimierza Piechowski – odpowiedz: Wie Pani, gdybym był sam to byłoby naprawdę źle, ale że jest przy mnie Iga, która mnie doskonale rozumie, to mam siły. Jesteśmy razem od 1985 roku. Żona pomaga mi też w pisaniu moich książek. Ja piszę ręcznie, a ona to przepisuje na komputerze.

Dana Platter – pytanie: W nawiązaniu do tak brawurowej ucieczki, niech mi Pan powie, czy w tamtych strasznych latach nigdy nie upadł Pan na duchu? Czy liczył Pan na to, że Pan ucieknie?

Kazimierza Piechowski – odpowiedź: Z obozu wewnętrznego, otoczonego poczwórnymi drutami pod prądem ucieczka była absolutnie niemożliwa. Stamtąd nie uciekł nikt. Ze środka, z obozu wewnętrznego wychodziliśmy do pracy, a wieczorem wracaliśmy. Tam fasowaliśmy zupę i kromkę chleba. Wchodziliśmy i wychodziliśmy przez tę bramę „Arbeit macht frei”. A obóz zewnętrzny, tam gdzie chodziliśmy na roboty, to był obszar co najmniej dziesięciu kilometrów wokół. Auschwitz wydawał codziennie przynajmniej piętnaście tysięcy więźniów do pracy w zakładach zbrojeniowych, chemicznych i innych. Gdy zginęli przy ciężkiej, katorżniczej pracy to szli następni. Potem zmieniła się polityka. Do 1942 roku polityka Niemców była taka, żeby mordować – Vernichtung (zagłada). Przywożono coraz większe transporty i coraz częściej i my nie nadążaliśmy budować dla nich baraków więc trzeba było tych, co już tam byli, wymordować. Żeby zrobić miejsce następnym. Dobry kapo to był ten, który wyprowadzał do pracy, powiedzmy, stu ludzi, a przyprowadzał z powrotem osiemdziesięciu. A dwudziestu przywoziło się na taczkach. A dobry SS-man to był ten, który bawiąc się zastrzelił więźnia, który chciał wyprostować plecy. Od wiosny 1942 Niemcy zmienili politykę ponieważ zorientowali się, że więźniowie stanowią bardzo duży potencjał do wykorzystania w pracy. Przedsiębiorstwa zbrojeniowe, chemiczne itp. potrzebowały rąk do pracy. A siły roboczej w Niemczech było coraz mniej. Niemcy przecież szli na front. Więc przestali zabijać dla zabawy. Więźniowie mieli zdychać przy pracy – jak mawiali Niemcy.

Dana Platter – pytanie: A jak było z przygotowaniem ucieczki? Przecież to nie mógł być impuls chwili tylko trzeba było przygotować, prawda?

Kazimierza Piechowski – odpowiedź: Niemcy używali określenia „Musulman” (muzułmanin) na więźnia, który już niewiele miał życia. Nie kontrolował się, jak np. znalazł gdzieś zmarznięty kartofel to go zjadł, a potem miał biegunkę. Byłem blisko tego, żeby stać się takim musulmanem. Nie mogłem się bowiem dostać do pracy pod dachem. Musiałem pracować pod gołym niebem – zimą na śniegu i mrozie. Ubranie to tylko pasiaki, bluza i koszula pod tym, nic więcej.

Dana Platter – pytanie: Ale czy w tej straszliwej rzeczywistości nie zwątpił Pan w istnienie Boga?

Kazimierza Piechowski – odpowiedź: To jest filozofia. A ja nieczęsto w Auschwitz rozważałem kwestie filozoficzne, po prostu nie było na to czasu. Może przez krótką chwilę, kiedy już się leżało na pryczy zanim się zapadło w sen. Wtedy czułem się na rozdrożu. Jak już uciekłem z Auschwitz to pomyślałem sobie tak: jednak jest coś takiego, co dopuszcza wielką zbrodnię, ale nie za daleko. Coś, co stawia granicę. Gdyby „Generalplan Ost” został zrealizowany to byśmy tu dzisiaj nie rozmawiali. Ta siła spowodowała, że człowiek się dużo nauczył, dużo stracił ale coś przy tym zyskał.

(Sztokholm 24 października 2007. Z Kazimierzem Piechowskim rozmawiała Dana Platter).

*

… pod koniec filmu „Uciekinier” (obok kadr z filmu), pojawia się na ekranie scena z żoną Pana Kazimierza. Rozmowa z mężem dotyczy marzeń podróżniczych, które z czasem udało się małżonkom zrealizować. Rozmowa ta wprowadza w zupełnie inny klimat myślowy – mimo makabrycznych przeżyć w takiej fabryce śmierci jaką był KL Auschwitz. Rozmowa emanuje spokojem głównego bohatera, i wspaniałe serdeczne relację ze swoją towarzyszką życia.

…Ta scena bardzo wzrusza i ujmuje za serce, że mimo tak ciężkich doświadczeń życiowych, można zachować romantyzm i przykładną osobowość!

*

Postscriptum.

A oto jak potoczyły się losy pozostałych współtowarzyszy ucieczki: Ksiądz Józef Lempart zginął w 1947 r. pod kołami autobusu w Wadowicach. Eugeniusz Bendera zamieszkał po wojnie w Warszawie. Zmarł w latach 70-tych. Stanisław Jaster wrócił do Warszawy do walki w AK, ale za jego ucieczkę słono zapłaciła rodzina – rodziców aresztowano, ojciec zginął w KL Auschwitz natomiast matka w Birkenau. Najtragiczniejszy był los Jastera, którego oskarżono o kolaborację z gestapo (posądzając, że dzięki temu udała się tak spektakularna ucieczka). Został skazany na śmierć, a wyrok wykonali żołnierze AK w lipcu 1943 r.

Niestety, z wielkim żalem wpisuję bardzo przykry fakt, że dnia 15.12.2017 r. gdy zapisywałem ostatnie zdania tego opracowania, Kazimierz Piechowski zmarł, a ponieważ był harcerzem ciałem i duszą, przeto odszedł na wieczną wartę. Czuwaj!

Jerzy Klistała

Artykuł opublikowany za zgodą Autora.

Ilustracja tytułowa: Fragment strony tytułowej książki Kazimierza Piechowskiego „Byłem numerem…. historie z Auschwitz”.

*

Przeczytaj więcej artykułów Jerzego Klistały na naszym portalu > > > TUTAJ.

*

Przeczytaj również inne artykuły związane tematycznie z KL Auschwitz na naszym portalu > > > TUTAJ.

*

2019.04.29.
Avatar

Autor: Jerzy Klistała