O złudzeniach historycznych i złudzeniach politycznych


Tłumaczenie przeszłości na podstawie fałszywych przesłanek to jest wręcz polski sport narodowy, a do tego jeszcze uprawiany z wielkim zamiłowaniem przez ludzi wyznaczonych do uprawiania polityki i publicystyki, ci bowiem wierzą, że w ten sposób nie tylko czynią dobrze, ale jeszcze popularyzują wiedzę o przeszłości. Ma to swoje konsekwencje.

*

Umarł Karol Modzelewski, czego w zasadzie nikt nie odnotował, ale myślę, że warto o tej postaci wspomnieć, choćby z tego względu, że przypisywano mu autorstwo nazwy NSZZ Solidarność. To jest ciekawe, ale z faktu tego nikt nie wyciąga żadnych wniosków, bo większość sądzi, że solidarność to jest właściwe słowo i ono odzwierciedla stosunki panujące zarówno w organizacji, jak i w narodzie. Z nazwą tą związane są różne mity i ekscytacje, moim zdaniem zupełnie niepotrzebne.

Karol Modzelewski był historykiem i trudno przypuścić, by nie wiedział o tym, że zanim powstał w Królestwie Polskim „Wielki Proletaryat”, zapomniany już dziś całkiem człowiek nazwiskiem Puchiewicz założył tu związek zawodowy o nazwie „Solidarność”. Było to wykonane na czyjeś zlecenie, bo nikt przecież przytomny nie przypuszczał i nie przypuszcza, że gruźlik Puchiewicz zainicjował działanie wywrotowej organizacji sam jeden, zyskując poparcie robotników Warszawy, ot tak, samym tylko przyrodzonym charyzmatem. Szybko tego Puchiewicza unieszkodliwiono, a na jego miejsce powołano do życia Proletaryat, albowiem zarówno główny rozgrywający polskiego socjalizmu czyli Mendelson, jak i człowiek który tę organizację firmował, czyli Waryński, uważali – choć jakiś czas się o to spierali – że nie ma sensu lansować jakiejś solidarności, trzeba Puchiewiecza wystawić gestapo, to jest pardon, ochranie, a samemu stworzyć organizację zajmującą się strzelaniem do żandarmów.

Okoliczności powstania i jednej i drugiej organizacji są do dziś dość tajemnicze, ale stanowią modelowy przykład tego, w jaki sposób buduje się fałszywe narracje polityczne współcześnie. O tym, by ktokolwiek zawracał sobie głowę genezą nazwy „Solidarność” nie było nawet mowy, a szkoda, bo może komuś by to dało do myślenia. Proletaryat zaś, gromada degeneratów, bez możliwości zrobienia czegokolwiek, został przez komunę nazwany „Wielkim”, tak jakby ludzie ci rzeczywiście ruszyli z posad bryłę świata, a nie tylko dali się posadzić i powiesić. O tym, by ktokolwiek zastanowił się dlaczego główny prowodyr – Waryński – nie został powieszony, a tylko wywieziony, nie było i nie ma mowy do dziś. My tutaj jesteśmy jedynymi ludźmi, których ten problem zaprząta.

Tłumaczenie przeszłości na podstawie fałszywych przesłanek to jest wręcz polski sport narodowy, a do tego jeszcze uprawiany z wielkim zamiłowaniem przez ludzi wyznaczonych do uprawiania polityki i publicystyki, ci bowiem wierzą, że w ten sposób nie tylko czynią dobrze, ale jeszcze popularyzują wiedzę o przeszłości. Ma to swoje konsekwencje.

Pierwsza jest taka, że kiedy poziom bełkotu bardzo się obniża, a egzegezy rozjeżdżają się z potocznym doświadczeniem dnia codziennego, ludzie odwracają się od takiej propagandy, a co za tym idzie odwracają się również do historii. Nie chcą jej znać, uważają, że jest ona polem dowolnych interpretacji i w zasadzie poważny człowiek nie może się tym zajmować. To z kolei powoduje, że mniejszość próbująca nadać gawędom historycznym jakieś znaczenie popada albo w szalony entuzjazm, bo nikt przecież i tak o nic nie zapyta, albo w jakiś taki dziwaczny cynizm, stanowiący najbardziej popularną metodę tłumaczenia przeszłości w Polsce. Niech za przykład posłuży tu Łysiak, choć nie jest to, z oczywistych względów, przykład najlepszy.

Pozostańmy na chwilę przy socjalizmie i przypomnijmy raz jeszcze, że władza w Polsce uwielbia posługiwać się – w swoich przemowach do ludu – przykładem siłaczki i Judyma. Ktoś powie, że to nie są przykłady historyczne, ale literackie, to prawda, ale autor, który wykreował te postaci jest żywą ciągle polską historią i mowy nie ma, by go ktoś z tej historii wyrzucił. I tak projekcje chorego z nienawiści chytrusa, stanowią treść główną pozytywistycznej ideologii, którą szermują ludzie władzy, ale nie tylko oni. O tym, by zmienić treść i formułę takich komunikatów nikt nie myśli. To się bierze po trosze z głupoty, a po trosze ze sprytu i zawsze ma opłakane konsekwencje. To znaczy, że po kolejnym powołaniu się na siłaczkę i Judyma, nikt już nie chce słuchać, ani o polskich książkach, ani o polskiej historii, a autorzy próbujący swoich sił na rynku literackim mogą pisać wyłącznie na tematy moczopłciowe lub z nimi korespondujące. Bo im się zdaje, że w ten sposób oderwą się od tego garba, jaki narzuciła nam socjalistyczna narracja.

Konsekwencja tego jest taka, że nie istnieje żaden uczciwy międzypokoleniowy język, którym Polacy mogliby się posługiwać nie okłamując jeden drugiego już na poziomie komunikatów podstawowych. To jest dobrze widoczne w polityce przed wyborami. Wszyscy usiłują posługiwać się nowomową z elementami historii, której nie rozumieją.

I tak Sakiewicz pisze czy też mówi, że Konfederacja to potomkowie morderców żołnierzy wyklętych. Dlaczego on tak mówi? Albowiem żołnierze wyklęci zastąpili dziś Solidarność i Proletaryat i do nich odnosić należy wszelkie przykłady. No, a Sakiewicz wierzy jeszcze szczerze w to, że każdy kto jest mniej sprytny od niego, to znaczy mniej niż on zarabia, musi być idiotą i przez to nie należy mu się nic poza takimi właśnie komunikatami.

Ja tu nie będę bronił Konfederacji, mowy nie ma. Organizacja ta należy do długiego łańcucha politycznych bytów, które w swojej retoryce posługują się słowem naród i deklarują, że w przeciwieństwie do obecnej władzy chcą dobra narodu. Sugerując przy tym, że właśnie oni ten naród reprezentują. Bardzo przepraszam, ale nie mam pojęcia jaki naród reprezentuje pan Mikke, z całą pewnością nie ten, do którego ja należę. Prócz narodu istotnym elementem retoryki tej organizacji jest własność, którą chcą Polakom odebrać Żydzi. Uczynią to zaś za zgodą i pośrednictwem obecnego rządu. To jest komunikat adresowany wprost do ludzi, którzy nic nie mają, a nawet gdyby coś mieli, to nie wiedzieliby co z tym zrobić. To jest komunikat adresowany do ludzi żyjących pewnym politycznym, wyrosłym wprost z tradycji Solidarności Puchiewicza i Wielkiego Proletaryatu złudzeniem. Istotą tego złudzenia jest założenie, że naród może cokolwiek posiadać.

W czasach kiedy hartowała się stal, a Waryński jechał do Schliselburga, socjaliści pisali i mówili, że naród niczego nie posiada, albowiem wszystko należy do panów i śpiewali pieśń, w której gromko brzmiały słowa – krew naszą długi leją katy. Potem kiedy socjalizm wreszcie zwyciężył, własność została panom odebrana, ale naród nie dostał z tego nic, a wszystko przejęło państwo. Było to państwo najpierw niepodległe, mające wielki kredyt w narodzie, a potem ludowe, które kredytu nie miało, ale miało rewolwer i propagandę. I ono także nadawało komunikaty o narodzie i własności.

Wniosek z tych wypadków płynie taki, że szermowanie hasłami o narodzie i własności, choćby nie wiem jak szlachetnie brzmiało, służy temu, by coś ukryć. I to się nie zmienia. Niech mi więc nikt nie próbuje tłumaczyć, że teraz jest inaczej. To jest komunikat spryciarzy, którym się zdaje, że przemawiają do idiotów. I tak w kółko. W kuluarach, można jeszcze usłyszeć czasem zdanie – ale czegóż pan chcesz taka jest polityka. Skoro taka ma być polityka w Polsce, to bardzo dziękuję, ale nie skorzystam.

Ponieważ z zacięciem i nie idąc na żadne kompromisy próbujemy tu wyjaśniać różne kwestie dotyczące przeszłości, porzućmy teraz propagandę i zajmijmy się własnością i władzą w dawnych czasach, do których nikt poza nami się nie odwoła, albowiem jest to dla ludzi zajmujących się propagandą polityczną i tak zwanym wychowaniem narodu bezużyteczne.

Oto czytamy w książce Adama Szelągowskiego, że w XV wieku cały handel na terenie Królestwa zdominowany był przez organizacje włoskie. Struktura zaś handlu średniowiecznego była taka, że istniały składy czyli miasta obdarowane przez władcę prawem do handlu napływającymi towarami i miasta oraz ośrodki takiego prawa nie posiadające. Ciekawe wobec tego z czego one żyły i do kogo należały? Zapewne z jakiejś produkcji albo wydobycia, a zarządzane były przez organizacje, które nie uczestniczyły w wymianie.

Pomiędzy ośrodkami handlu ciągnęły się szlaki, czyli drogi, które były stałymi kanałami przepływu towarów i wiadomości. To znaczy nikogo, nawet samego króla nie było stać na to, by – ze względu na swój prywatny interes lub ze złości na jakiś bank albo gildię – wytyczyć inną niż istniejąca drogę i z niej korzystać. Ktoś kto próbowałby coś takiego zrobić zostałby zapewne skrytobójczo zamordowany.

No, ale w handlu, nawet bardzo silnie skodyfikowanym obowiązuje konkurencja. Można wykluczyć jakiś, nawet duży obszar, uwalniając go od tej zasady, ale można to zrobić tylko wtedy kiedy się unieważni całą wymianę, albo postawi ją na innych niż powszechnie obowiązujące zasadach. To znaczy, jeśli się urządzi wszystko jak w Korei północnej, albo w bloku wschodnim za komuny, gdzie zamiast pieniędzy w obiegu była wódka.

Wracajmy jednak do XV wieku. Jeśli mamy drogi i handel w Polsce, a ten jest zdominowany przez Włochów, którzy kontrolują kredyt i szlak, to do kogo należy władza i co posiada naród?

Wtedy nie było jeszcze nowoczesnego pojęcia narodu – zawołają historycy. Oczywiście, że nie było, bo to zostało wymyślone przez socjalistów, żeby ułatwić dwie kwestie – pobór powszechny do armii imperialnej udającej armię ludową i jumę własności prywatnej, która miała się stać własnością narodu, a w istocie nie wiadomo czyją, bo przecież nie państwa, które zgodziło się na wprowadzenie do obiegu wódki zamiast pieniędzy.

Postawmy hipotezę taką – im więcej mówi się o narodzie tym wyżej – w hierarchii bytów politycznych – przesuwa się centrala zarządzania własnością. Kiedy o narodzi mówi się bez przerwy, to znaczy, że władza nad wymianą regulowana jest na poziomie globalnym. W socjalizmie to nie zjednoczenia przedsiębiorstw nią zarządzały i nie jaczejki, własność została czasowo unieważniona, a cały obszar zwany demoludami, czyli ten gdzie szermowano retoryką socjalistyczno narodową został zdegradowany do funkcji miast nie posiadających prawa składu. Poprawcie mnie, jeśli coś pokręciłem.

Wróćmy do książki Szelągowskiego i do XV wieku. Oto w roku 1447 wydano statuty piotrkowskie, w których czarno na białym stało, że trzeba udrożnić rzeki i przywrócić im spławność. Co to znaczy? No tyle, że na dworze Kazimierza Jagiellończyka pojawili się lobbyści, którzy złożyli mu propozycję nie do odrzucenia. To znaczy wyjaśnili królowi, że ośrodek, w którym rezyduje należy do Związku Kupców Cesarstwa i on – Król Polski a także Wielki Książę Litwy musi się z tym liczyć. Chce czy nie chce.

Wiadomo, że jeśli ktoś kontroluje drogi to nie ma możliwości – bez wojny na wyniszczenie – by mu te drogi odebrać. Nawet jeśli się to na jakiś czas uda, to pojawią się na nich zaraz organizacje outsourcingowe zwane bandami rozbójniczymi, które będą próbowały jeśli nie przywrócić stare porządki, to uniemożliwić działanie nowych, na zlecenie banków, który odebrano wpływy. No, a wiadomo jak to wpłynie na handel – katastrofalnie.

Nawet jeśli król poleci jednego z drugim prezesa organizacji outsourcingowej powiesić czy nawet wbić na pal. Nic to nie da na dłuższą metę. No, ale można udrożnić nowe kanały dystrybucji i uczynić je wolnymi czyli należącymi do narodu (tu trochę nadużywam, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie). Można i wtedy wszyscy będą szczęśliwi – chłop spławi sobie coś rzeką i hreczkosieje z Podlasia także, ale po cóż ich niepokoić i odrywać od wzniosłych myśli o narodzie i własności, niech scedują te swoje sprawy na solidnego pośrednika i dalej jeżdżą na sejmiki. Czy nie jest to dobre rozwiązanie?

Oczywiście, że jest, tyle że ma swoje wady. Są miasta i miasta, nawet w obrębie jednej organizacji, mającej teoretycznie wspólne interesy zdarzają się zdrajcy stawiający swoje sprawy przed wspólnymi. I taki Toruń na przykład notorycznie blokował Wisłę pod pozorem masowego połowu ryb. I nie pomagały żadne kary ani napomnienia.

Pora na konkluzję – władza to pieniądze czyli możliwość kreowania kredytu i kontrola przepływu towarów, reszta to propaganda. I teraz zwróćmy uwagę na rzecz ciekawą – jeśli udrożniono rzeki, to kto na tym najbardziej zyskiwał? No właściciele tych miast, które posiadały prawo składu i były położone nad rzekami. To chyba jasne.

Co jakiś czas powraca tu problem relacji pomiędzy Koroną Polską, a rodziną Hohenzollern i co jakiś czas mędrzec jakiś nie może się nadziwić, jak to jest, że Korona, taka potęga, nie mogła narzucić swojej woli takiej bandzie jak Hohenzollernowie. Trzeba być naprawdę mocno oczadziałym, żeby stawiać takie kwestie. Ile miast z prawem składu położonych nad spławnymi rzekami należało do Hohenzollernów? Jeśli ktoś to policzy i wskaże je na mapie będzie miał jakieś pojęcie o władzy tego gangu. Jeśli do tego jeszcze porówna wszystkie uwikłania dworu krakowskiego w interesy włoskie i niemieckie, a potem brytyjskie, zorientuje się jakie dwór ów miał ograniczenia, a jakie możliwości. Hohenzollernowie pewnie zgodziliby się nawet całować w tyłek polskiego króla, a nie tylko składać mu hołd, byle odczepił się od ich rzek i miast.

Tego jednak nikt w Polszcze nie rozumie, albowiem każdy uważa, że własność i władza powinny należeć do narodu i najlepszych jego reprezentantów. Z tych miast nad rzekami posiadających prawo składu wymienię jedno, które ciągle powraca w dyskusjach kuluarowych – Frankfurt nad Odrą. Dla wielu osób sprawa już jest jasna i nie potrzeba tu niczego dodawać. Zostawiam Was z tym problemem i ruszam w trasę.

Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl

Gabriel Maciejewski 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  3 maja 2019.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

  • Ilustracja tytułowa: Część okładki albumu zespołu „Proletaryat” za: spirit-of-metal, 24.09.2010 / wybór i skan zdjęcia wg.pco

*

*

, 2019.05.04.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski