RELIGIA „HOLOCAUSTU” W POLITYCE USA


Poniższy tekst został napisany w latach 1998-1999 i rozwija wątki zawarte artykułach: Tomasz Gabiś  Religia „Holocaustu” (część I), „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 29 (1996), tenże, Religia „Holocaustu” (część II), „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 30 (1997)

W wielu analizach stosunków amerykańsko-izraelskich określa się je mianem „specjalnych” [1]. Są one „specjalne”, ponieważ Izrael jest „specjalnym” państwem – państwem, które powstało z „popiołów Holocaustu”, zamieszkałym przez „Holocaust survivors”, azylem dla Żydów („Holocaust survivors”), w którym będą się oni mogli schronić, gdyby groził im nowy „Holocaust”. Dlatego USA są moralnie zobligowane do czynienia wszystkiego, co możliwe, aby Izrael przetrwał, a więc do udzielania mu praktycznie bezwarunkowego poparcia politycznego, wojskowego i finansowego. Religia „Holocaustu” czyni z Izraela specjalny protektorat Stanów Zjednoczonych umiejscowiony akurat na obrotowej tarczy trzech kontynentów, w jednym z najważniejszych geopolitycznych, geostrategicznych i (z powodu ropy) gospodarczych regionów świata. Rozciągając swoją protekcję nad państwem „Holocaust survivors” Amerykanie usadowili się na Bliskim Wschodzie, aby zgodnie z zasadą „dziel i rządź” kontrolować ten region świata. Religia „Holocaustu” daje im do tego moralną legitymację [2]. Pozwala ona też usprawiedliwić wielkie koszty, jakie muszą ponosić Stany Zjednoczone na rzecz swojego protegowanego. Oszacowanie tych kosztów jest z wielu względów niezwykle trudne. Były Podsekretarz Stanu George Ball wyliczył, że „specjalne stosunki” łączące USA i Izrael kosztowały (za okres 1948-1991) amerykańskiego podatnika 61 mld dolarów. Ball brał jednak pod uwagę tylko koszty bezpośrednie: subwencje, kredyty, dostawy broni (w tym technologii broni laserowej, myśliwców typu Phantom i bombowców Skyhawk), refinansowanie długów wobec USA, bezpłatne korzystanie z patentów wojskowych itd. Do tego dochodzą koszty pośrednie: pieniądze na kupienie układu w Camp David (2 mld dla Egiptu, 3 mld dla Izraela), straty dla gospodarki USA w wyniku arabskich bojkotów w handlu ropą naftową, straty dla gospodarki USA spowodowane mieszaniem się Izraela w handel amerykańsko – arabski etc. Doliczyć też trzeba 10 mld gwarancji kredytowych uchwalonych przez Kongres pod koniec kadencji Busha, inwestowanie obligacji rządowych w Izraelu, mniejsze wpływy budżetowe z tytułu darowizn na partie polityczne, uniwersytety, szkoły i inne instytucje izraelskie zwolnionych z opodatkowania, koszty stacjonowania wojsk amerykańskich na Bliskim Wschodzie mających chronić Izrael, koszty zwalczania wrogów Izraela będących ipso facto wrogami USA a więc Iranu, Syrii, Libii czy Iraku (w tym koszty operacji „Pustynna Burza” ). Według przybliżonych szacunków Izrael kosztował do tej pory amerykańskiego podatnika ok.500 mld dolarów [3].

Jednak religia „Holocaustu” nie tylko dostarcza elicie USA argumentów i uzasadnień dla ich polityki wobec Izraela i dla całej polityki bliskowschodniej, ale jest ważnym elementem całej globalnej strategii ideologiczno-politycznej realizowanej z Waszyngtonu, z centrum świata, w którym wzniesiona została największa świątynia religii „Holocaustu”. Według amerykańskiego historyka Ralpha Raico ciągłe wspominanie „Holocaustu” służy promotorom koncepcji globalistycznej i imperialnej Ameryki dostarczając ważnego argumentu przeciw jakiejkolwiek formie „izolacjonizmu”, któremu przeciwstawiana jest konieczność kolejnych krucjat Stanów Zjednoczonych podobnych do tej prowadzonej przed laty przeciw narodowosocjalistycznym Niemcom, którzy dokonywali „Holocaustu” (zob. Raico, „Nazifying the Germans”, „Chronicles. A Magazine of American Culture”, 1997 nr 1).

Religia „Holocaustu” należy dziś do samego jądra amerykańskiej idei wybraństwa – samowyniesienia poprzez samojudaizację: aby zdobyć status narodu wybranego należy się ogłosić „Anglożydami”. Jest to zeświecczona kontynuacja radykalnego, antytrynitarnego protestantyzmu brytyjskiego, który uległ daleko idącej judaizacji, zakładał powrót Żydów do Palestyny, gdzie mieli się nawrócić, co miało zainicjować „Second Coming of Chris””. Cała tradycja angielskiego purytanizmu i jego rozlicznych, millenarystycznych sekt przepojona jest dążeniem do samojudaizacji. Znajdziemy tu propozycje zastąpienia łaciny językiem hebrajskim, programy zorganizowania powrotu Żydów do Palestyny, przyjmowanie żydowskich imion, przestrzeganie Prawa Mojżeszowego łącznie z świętowaniem szabatu zamiast niedzieli czy też obrzezanie u sekty sabbatarianów lub „żydowskich chrześcijan”, pragnienie, aby Anglią rządził „Sanhedryn”. Protestanckie sekty licytowały się w judaizowaniu, co w skrajnych przypadkach prowadziło do konwersji na judaizm. Na sztandarach purytanów widniał lew Judy, panowanie Stuartów nazywano „niewolą egipską”, Cromwella porównywano z Gedeonem lub z Judą Machabejczykiem.

Pisał André Maurois: „Ponieważ Izraelici wyrżnęli Amelecytów, Cromwell nie wahał się wyrżnąć Irlandczyków. Ponieważ kamieniowali niektórych winowajców, słyszało się okrzyki w Izbie Gmin: »Ukamieniujmy go!«. Ponieważ Psalmy są to poematy wojenne, Purytanie zawsze gotowi byli zwalczać mieczem wrogów Jehowy. Ponieważ Biblja wynosiła lud Izraela ponad wszystkie inne narody, naród angielski, przekonany, że jest nowym Izraelem, poczuł rosnącą w nim pychę, którą wojna Stuletnia zrodziła. Taki Milton myślał, że Bóg, jeśli miał na tej ziemi jakieś trudne dzieło do spełnienia, wzywał do tego swoich Anglików. To jest uczucie, które znajdziemy w dziewiętnastym wieku, u Curzona i u Cecila Rhodes`a” (Maurois, Dzieje Anglii, Warszawa 1938, str.388) To zapewne ta tradycja samojudaizacji skłoniła Tomasza Carlyle`a do uznania, że „Anglia ma germański wygląd i żydowską duszę”, zaś Heinricha Heinego, że „angielskie chrześcijaństwo to żydostwo, które je wieprzowinę” (choć trzeba pamiętać, że istniały też protestanckie sekty przestrzegające zakazu jedzenia wieprzowiny) [4].

Anglicy przejęli żydowski mesjanizm, uznali się za prawowitych następców Narodu Wybranego i dodawszy do tego ideę handlu i zysku uczynili podstawą swoich imperialnych roszczeń do władzy nad światem. Wiara w wybraństwo Anglików istniała już zresztą przed Cromwellem. Za panowania królowej Elżbiety anglikańscy teologowie głosili, że „Bóg zawsze otaczał Anglię opieką tak jakby była nowym Izraelem”, i że „Bóg żywy jest angielskim Bogiem”. Na podobieństwie z dawnym Izraelem opiera się teokratyczna konstrukcja kościoła anglikańskiego, w której Kościół i naród są (tak jak u Żydów) jednością. Później pojawia się koncepcja, że 10 zagubionych plemion Izraela jest identycznych z ludami angloceltyckimi, że Anglicy są z ducha i rasy potomkami Żydów, którzy mieli przybyć na Wyspy Brytyjskie za czasów Jakuba. Do dzisiaj istnieje w Anglii Anglo-Israel Identity Society, które wierne jest tej koncepcji. Ponieważ hebrajskie słowo brith oznacza „przymierze”, zaś ish „mężczyznę”, co w połączeniu daje „british” , to, zgodnie z tą interpretacją, Brytyjczycy są nosicielami Nowego Przymierza. Angielscy „judaizanci” poszukiwali hebrajskiej etymologii języka angielskiego i twierdzili, iż to „w Starym Testamencie są korzenie wielkości Anglii”. Dawni królowie angielscy przypisywali sobie pochodzenie od szczepu Dawida, późniejsi stawali się członkami British-Israel World Federation.

W okresie rządów Cromwella pełnego kształtu nabiera koncepcja Anglików jako wybranego przez Boga „Herrenvolku”, który ma do spełnienia światową misję polegającą na doprowadzeniu do globalnego zwycięstwa protestantyzmu , a tym samym zbudowania Królestwa Bożego na ziemi. Naród angielski jako najbardziej chrześcijański z narodów, będąc w posiadaniu najwyższych ludzkich wartości, predestynowany jest do tego, aby panować nad światem i obdarzyć go pokojem, sprawiedliwością i wolnością. [5] Zrodzony z purytanizmu angielski mesjanizm podbudowujący religijnie roszczenia do władzy politycznej nad światem, oparty na zasadach „Anglia jest wybranym narodem Boga”, „Anglia jest narzędziem Boga dla wyzwolenia i wychowania ludzkości”, „Wrogowie Anglii są wrogami Boga”, pozwolił Anglikom na interpretację najbardziej brutalnej polityki siły jako aktu boskiego prawa. Dlatego nie przypadkiem to w anglosaskim kręgu kulturowym następuje perwersyjne odrodzenie pojęcia „wojny sprawiedliwej”, czyli tej, którą prowadzi Anglia. Stąd wzięła się opinia o „perfidnym Albionie”, który najbardziej wyrafinowane intrygi w swojej polityce zagranicznej, najbardziej okrutne akty gwałtu, łamanie wszelkich zasad prawa międzynarodowego, potrafił zawsze okryć płaszczem wzniosłych celów moralnych, co weszło do historii propagandy jako „angielski cant”. Anglicy (jako morskie mocarstwo) uprawiali Piractwo przez duże P, ale na swoich banderach nie umieszczali czaszki i skrzyżowanych piszczeli, lecz hasła Wolności, Cywilizacji, Sprawiedliwości, Pokoju itp. Zarzut obłudy, jaki się im niekiedy stawia, jest w pewnym sensie nietrafny, gdyż ich poczucie wybraństwa i moralnej wyższości nad resztą ludzkości była tak silnie uwewnętrznione, że o obłudzie nie może być mowy: każde działanie polityczne Anglii było per se działaniem sprawiedliwym. Popularne określenie angielskiej polityki: „Mówią Bóg, a myślą bawełna” nie oddaje istoty imperialnego mesjanizmu Anglii – zdobycie bawełny przez angielski naród wybrany jest przecież aktem boskiej sprawiedliwości, dlatego rzadko pojawi się poczucie, że czyni się niesprawiedliwość motywowaną np. politycznymi koniecznościami. Po prostu zawsze czyni się dobrze. Ponieważ Anglia była Imperium Dobra, to tym samym jej wrogowie stawali się automatycznie Antychrystami, reprezentantami Imperium Zła, szatańskich sił ciemności. Imperium Dobra zaś w każdych okolicznościach pozostaje „niewinne”. Warto tu dodać, że taka koncepcja polityki narodziła się jeszcze przed Cromwellem a mianowicie w Utopii Tomasza Morusa, gdzie najlepiej można prześledzić, jak humanitarystyczna utopia staje się podstawą imperialnej polityki siły. Po Brytyjczykach tradycję zjudaizowanego protestantyzmu [6] i imperialnego mesjanizmu odziedziczyli Amerykanie łącząc je w sposób naturalny z oświeceniowymi ideałami Rozumu i uniwersalnych „praw człowieka” [7], którzy wyszli od idei „narodu wybranego”, aby poprzez ideę „narodu świętego” dojść do uznania siebie za „naród boski” [8], budujący „Nowe Jeruzalem” (tak dosłownie określał Stany Zjednoczone Jerzy Waszyngton), „Nowy Eden”, „Miasto Braterskiej Miłości” . W tym „Nowym Raju” panuje harmonia, pokój i wieczna szczęśliwość, a „nowy człowiek”, uniwersalny „homo americanus” żyje bez grzechu pierworodnego [9].

Na związki zrodzonej ze zjudaizowanego protestantyzmu ideologii amerykańskiej z religią żydowską i żydowskimi koncepcjami politycznymi wielokrotnie zwracano już uwagę: „Od swojego założenia Ameryka przedstawia się jako »Gods own country«, jako nowy Izrael”, „jest ona Kanaanem, ziemią obiecaną, azylem dla wszystkich grup marginesu, dla wszystkich wykluczonych z Europy, dla wszystkich, którzy przez lata śpiewali z Mojżeszem »Let my people go!«” (Jürgen Nigra, Robert de Herte Die USA– Europas mißratenes Kind , München 1979, str.16). Prof. Noam Chomsky w swojej książce Rok 501.Podbój trwa pisze, że „protestanccy purytanie wypożyczyli zarówno retorykę, jak i wyobraźnię Starego Testamentu, świadomie modelując swe zachowania na Narodzie przez Boga Wybranym, realizującym jego zalecenie, aby »wytępić Kananejczyków« i oczyścić z nich Ziemię Obiecaną” (cyt. za: Marek Głogoczowski „Najazd kupców-wojowników. Noama Chomsky`ego odkrycie Ameryki”, „Przegląd Tygodniowy”, 1996 nr 2, str.27); „Patrząc z perspektywy Starego Testamentu można zauważyć, że cała historia nowoczesnej Anglii – a później i Stanów Zjednoczonych – stanowi rodzaj rekapitulacji (powtórzenia) dziejów starożytnego Izraela” (Marek Głogoczowski Wojna Bogów, Kraków 1996, str.27). Rabin Byron L. Sherwin twierdzi, że fundamentalnym dogmatem amerykańskiej religii obywatelskiej jest przeświadczenie, iż Ameryka to nowa „Ziemia Obiecana” a Amerykanie stanowią „Nowy Izrael” obdarzony przez Boga misją zapewnienia wolności u siebie i poza granicami. We wczesnej myśli amerykańskiej spotkać można porównywanie pierwszych Amerykanów do starożytnych Izraelitów wyzwolonych z Egiptu, czyli z Europy, Atlantyk do Morza Czerwonego. Hermann Melville powiedział: „My, Amerykanie, jesteśmy szczególnym, wybranym narodem – Izraelem naszych czasów, niesiemy arkę wolności świata”Byron wskazuje na znaczący fakt, że oryginalny rysunek oficjalnej pieczęci Stanów Zjednoczonych nie przedstawiał obecnego orła, lecz wyobrażenie wyjścia starożytnych Izraelitów z Egiptu (zob. Byron L.Sherwin Duchowe dziedzictwo Żydów polskich, Warszawa 1995 str. 230n). Werner Sombart stwierdził: „to, co nazywamy amerykanizmem jest w dużej części zakrzepłym duchem żydowskim” (Sombart, Die Juden und das Wirtschaftsleben, Leipzig 1911, str.44). Z kolei Henryk Grynberg zwrócił uwagę na to, że zawarta w zasadach Tory żydowska tradycja równości wobec Boga i Prawa „jest dziś podstawą demokracji (przynajmniej brytyjskiego i amerykańskiego typu)” (Prawda nieartystyczna, str.35) [10], zaś Francis Parker Yockey był przekonany o tym , że w XX wieku następuje utożsamienie idei żydowskiej i Ameryki (zob. Yockey Imperium. Philosophy of History and Politics, Costa Mesa 1991, str.498) [11].

Tradycja, o której mowa widoczna jest choćby w przemówieniu prezydenta Clintona wygłoszonym w czasie inauguracji jego drugiej kadencji: „Natchnieni starodawną wizją ziemi obiecanej zwróćmy teraz wzrok ku ziemi nowej obietnicy. Obietnica jaką niesie w sobie Ameryka zrodziła się w XVIII wieku ze śmiałej myśli, że wszyscy przychodzimy na świat równi. (…). A potem, w pełnej tryumfu euforii obietnica rozniosła się na cały świat, sprawiając, że upływające stulecie było Wiekiem Ameryki” (cyt. za: „Gazeta Wyborcza”, 25-26 I 1997). Dla Amerykanów jako Anglożydów i następców Narodu Wybranego cały świat staje się Ziemią Obiecaną, którą trzeba podbić, aby udzielić zamieszkującym ją narodom „błogosławieństwa amerykańskich wartości”, wyrwać je z barbarzyństwa, w którym są pogrążone i wprowadzić demokratyczną, posthistoryczną epokę [12]. Amerykańskie „manifest destiny alloted by Providence” odnosiło się najpierw do podboju kontynentu północno-amerykańskiego. Z czasem to „oczywiste przeznaczenie” kazało Amerykanom wyruszyć na podbój świata, który dokonał się po 200 latach. Bogdan Kozieł napisał : „Bardzo szybko do mitu Ameryki jako zmaterializowanej utopii, odnalezionego Raju Ziemskiego, dołączył się agresywny mesjanizm, fanatyczna potrzeba nawrócenia całego świata na swoją wiarę. W momencie ogłoszenia niepodległości przez 13 kolonii, ów apokaliptyczny mesjanizm stał się oficjalną doktryną amerykańskiej polityki zagranicznej. Takie postacie jak Wilson, Roosevelt, Kennedy czy Reagan mogą uchodzić za »świętych mężów« owego misyjnego antykościoła pod nazwą USA. Stwierdzenie: »USA to naród wybrany przez Boga«, niejednokrotnie padało z ust amerykańskich prezydentów i było usprawiedliwieniem dla amerykańskiego ekspansjonizmu” (Kozieł, „Powrót umarłych”, „Szczerbiec”, 1995 nr 10-11). Tak jak kiedyś celem był wieczny Pax Britannica, tak teraz celem staje się wieczny Pax Americana, który osiągnąć można tylko tocząc wieczną wojnę.

Amerykanie jako Anglożydzi łatwo przyswoili sobie religię „Holocaustu” czyniąc ją ważnym elementem demokratyczno-liberalnego mesjanizmu napędzanego świecką potrzebą zbawienia świata, czyli osiągnięcia „the end of history”, który jest równoznaczny z globalną ideologiczną, kulturalną, gospodarczą i polityczną hegemonią USA. „Koniec historii” Francisa Fukuyamy to przejaw świeckiej eschatologii zawierającej obietnicę powstania uniwersalnego amerykańskiego Imperium Mundi, amerykańskiego państwa światowego nazywanego Nowym Porządkiem Światowym a jak oświadczył działacz B`nai B`rith` Ian J. Kagedan: „pamięć o Holocauście jest czymś zasadniczym dla budowy Nowego Porządku Światowego” ( „Toronto Star”, 26 XI 1991). Pisze dalej Bogdan Kozieł: „Usadowienie się w USA licznej diaspory żydowskiej wzmogło jeszcze mesjanistyczno-eschatologiczne tendencje, zwłaszcza po drugiej wojnie światowej. Tzw. holocaust i powstanie Państwa Izrael uznane zostały ni mniej nie więcej za spełnienie się apokaliptycznych przepowiedni; Hitler odegrał swą rolę Antychrysta dokonując rzezi synów narodu wybranego, a teraz nowy naród wybrany, który w znacznym stopniu zasymilował »najlepszych synów« starego narodu wybranego, obejmie z mandatu bożego panowanie nad światem, zapoczątkowując w ten sposób Nową Erę wiecznej szczęśliwości, pokoju i dobrobytu” (op.cit.).[13]

Religia „Holocaustu” jest dziś dla USA instrumentem politycznej dominacji nad innymi państwami i narodami. Kontrolę tę sprawują USA poprzez przyjęcie na siebie protektora Żydów na całym świecie, którzy nie są już Żydami w dawnym religijno-etnicznym sensie, lecz „ocaleńcami z Holocaustu”[14].Ta protekcja jest nową wersją polityki „ochrony mniejszości narodowych”, która umożliwiała mocarstwom ingerencję w sprawy wewnętrzne innych państw pod pretekstem pilnowania, czy przestrzegane są prawa mniejszości. Dla USA najważniejszą mniejszością są Żydzi („ocaleńcy z Holocaustu”), których trzeba chronić przed ciągle zagrażającym im nowym „Holocaustem”. Potwierdza to wypowiedź senatora Josepha R. Bidena z komisji spraw zagranicznych Senatu USA złożona w trakcie jego pobytu w Polsce: „Chociaż USA obserwują z zainteresowaniem wasze stosunki z polskimi Niemcami, Białorusinami, Litwinami i Ukraińcami – i wydaje się, że są one całkiem dobre – to największą uwagę kierujemy na stosunki między rządem polskim a społecznością żydowską. Nawet jeśli Polska spełni wszystkie inne kryteria, ale nie upora się z wrogością do społeczności żydowskiej, to Ameryka nie będzie głosować za przyjęciem Polski do NATO. Dla nas jest to najważniejsze kryterium polityczne.(…) Jest zrozumiałe, że Żydzi przykładają szczególną wagę do tego, aby Holocaust był pamiętany w sposób zgodny z ich wrażliwością kulturową i religijną” (cyt. za: „Gazeta Wyborcza”, 26 III 1997).

Opinię Bidena podzielił Bruce Jackson, przewodniczący Komitetu na rzecz Poszerzenia NATO, organizacji obywateli amerykańskich popierających senacką ratyfikację poszerzenia paktu: „Podczas przesłuchań ratyfikacyjnych z pewnością wypłynie sprawa antysemityzmu i zadośćuczynienia ofiarom Holocaustu. W amerykańskiej polityce wątek antysemityzmu ma swoje stałe miejsce i kto w tej materii popełni najmniejszy błąd, tego spotyka śmierć polityczna” („Polityka”, 1997 nr 41). Z wypowiedzi Bidena i Jacksona ktoś traktujący całkiem serio propagandowe frazesy, mógłby wyciągnąć wniosek, że to nie w pierwszym rzędzie czynniki geostrategiczne, geopolityczne, militarne czy gospodarcze decydują o stosunku USA do danego państwa ale to, czy właściwie traktuje ono „ocaleńców z Holocustu” i czy w odpowiedni sposób kultywuje pamięć o „Holocauście”. Taki wniosek jest jednak tylko o tyle słuszny, że religia „Holocaustu” umożliwiając wzięcie pod specjalną protekcję „Holocaust survivors” jedynie uzasadnia ideologicznie polityczną kontrolę USA nad innymi państwami, która opiera się, co oczywiste, przed wszystkim na sile militarnej i gospodarczej. Wypowiedzi takie jak Bidena czy Jacksona tworzą propagandową osłonę dla imperialnej polityki i służą jako narzędzie moralnego szantażu wobec państw „bloku zachodniego”.

Religia „Holocaustu” ma jeszcze inne, ważne znaczenie polityczne analogiczne do tego, jakie miała ideologia marksistowska w „bloku wschodnim”: stanowi oficjalny, rytualny język, jakim komunikują się elity polityczne całego „bloku zachodniego” między sobą – zarówno na płaszczyźnie poziomej np. Warszawa–Bonn, jak i pionowej Warszawa–Waszyngton, Bonn–Waszyngton. Dlatego każdy polityk przybywający do metropolii Imperium Americanum powinien obowiązkowo odwiedzić United States Holocaust Memorial Museum, podobnie jak kiedyś politycy z partii komunistycznych musieli obowiązkowo odwiedzać Mauzoleum Lenina. I przybierać odpowiednio poważny, pełen najwyższego przejęcia, wyraz twarzy.

Ponieważ amerykański mesjanizm polityczny wywodzący się ze zjudaizowanego protestantyzmu znajduje w religii „Holocaustu” swoje naturalne dopełnienie, to nie jest czymś przypadkowym, że Muzeum Holocaustu, czyli główna jej świątynia wzniesiona została nie gdzie indziej, ale w dzielnicy rządowej Waszyngtonu: „mamy okazję budować w centrum Waszyngtonu, czyli w centrum świata” (przewodniczący Rady Muzeum Holocaustu Miles Lerman w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, 29 IV 1994). Muzeum to jest, jak przystało na centralną świątynię światowej religii, jest największą świątynią na świecie, jej fundamenty położone zostały na ziemi zmieszanej z ziemią przywiezioną z Oświęcimia, Bergen-Belsen i innych obozów koncentracyjnych. Heksagonalna, wysoka na 60 stóp Sala Pamięci posiada kaplicę, w której zwiedzający mają się modlić i zapalać świece. W tej „najświętszej” przestrzeni pali się „wieczny” płomień w rotundzie otoczonej cytatami z Biblii i nazwami różnych obozów koncentracyjnych. Przy wyjściu z wystawy zobaczyć można pieczęć Stanów Zjednoczonych. Na ścianach widnieją cytaty z Goerge`a Washingtona i innych sławnych Amerykanów. Być może dbałość o psychologiczny efekt zwiedzania ekspozycji spowodowała, że dyrektorem Muzeum Holocaustu mianowano dra Waltera Reicha, który jest psychiatrą (został na początku 1998 roku zwolniony ze stanowiska).

Komitet Budowy Muzeum (świątyni) powołał do życia swoim rozporządzeniem prezydent Carter w 1978 roku. W kilka lat później amerykański Kongres jednogłośnie uchwalił ustawę o powołaniu Holocaust Memorial Museum, które jest agendą rządu federalnego dotowaną z budżetu państwa. Prawie wszystkie główne stanowiska w Radzie Muzeum objęli Żydzi-syjoniści, stąd integralną częścią muzealnej wystawy jest emocjonalny hołd składany powstaniu państwa Izrael. Cytowany wyżej Miles Lerman stwierdził, że rolą Muzeum Holocaustu jest sprawić, aby „dzieci w Dubuque, rodziny w Tucson i nauczyciele w Atlancie mogli poznać historię i lekcję Oświęcimia tak gruntownie jak uczą się historii własnych społeczności”[15]. Rada Muzeum zajęła się również formami organizowania Dni Pamięci Ofiar Holocaustu, które Kongres podniósł do rangi corocznych, ogólnokrajowych, obywatelskich obchodów upamiętniających „Holocaust”. Dni Pamięci, podobnie jak Yom-ha-shoah w Izraelu, datowane są według księżycowego kalendarza hebrajskiego i obchodzone są w różne dni roku – w całym kraju, pod flagą republiki amerykańskiej, z modlitwami i śpiewami po hebrajsku, w budynkach rządowych od Kapitolu po siedziby władz lokalnych. Mimo iż oficjalnie nie ma w USA żadnej religii państwowej, to religia „Holocaustu” zyskuje powoli ten status, stapiając się w jedno z ideologią państwową.

Oprócz głównej świątyni w Waszyngtonie, wzniesionej na terenie rządowym, w pobliżu pomników Waszyngtona, Jeffersona i Lincolna[16], powstało lub powstaje w USA kilkadziesiąt świątyń (muzeów, pomników lub miejsc pamięci) oraz 36 instytutów teologicznych (ośrodków badawczych i bibliotek) religii „Holocaustu”. W amerykańskich szkołach publicznych, college`ach i na uniwersytetach organizowane są lekcje, kursy i wykłady na temat „Holocaustu”. Wprowadza się do szkół osobny przedmiot „wiedza o Holocauście”, czyli w istocie rzeczy lekcje religii „Holocaustu”. Dociera ona również do armii. Sekretarz Obrony wielokrotnie zachęcał żołnierzy, aby uczestniczyli w corocznych obrzędach upamiętniających „Holocaust”, a wydana przez Departament Obrony broszura Dni Pamięci zawierała propozycję, żeby w samej armii odprawiać holocaustyczną „liturgię pamięci”. Film Spielberga Lista Schindlera , na którego projekcję w wielu stanach organizowano zbiorowe wyjazdy do kina, ma zostać skrócony i przemontowany tak, aby mógł służyć jako film edukacyjny.

Nie powinno dziwić, że wśród amerykańskich publicystów znalazła się – dość nieliczna – grupa publicystów i aktywistów krytycznie nastawionych do wzniesienia w stolicy Muzeum Holocaustu i do roli jaka odgrywa religia „Holocaustu” w USA. [17]. Należy do nich niekwestionowany dziś lider antysyjonistycznych Żydów w USA Alfred M. Lilienthal, napisał: „Koncentrowanie uwagi kół opiniotwórczych i narodu amerykańskiego na wielu grzechach ludzkości – ludobójstwie i antysemityzmie w jego różnych formach – popełnionych wobec Żydów oznacza wtłaczanie holocaustomanii w każdą możliwą dziedzinę codziennego życia, polityki, religii, sztuki i rozrywki. W końcu nikt nie będzie zdolny do racjonalnego, logicznego osądu, w jaki sposób możemy zaprowadzić pokój na umęczonym Bliskim Wschodzie” („The Holocaust Issue and Middle East Policy”, „Journal of Historical Review”, wrzesień–październik 1993). Krytykując „holocaustomanię” Lilienthal pisał, że dzień w dzień amerykańskie media – z „New York Timesem”, „Washington Post” i sieciami telewizyjnymi na czele – informują, często w nagłówkach a to o spotkaniu rozproszonych po świecie „ocaleńców z Holocaustu”, a nawet o spotkaniu ich wnuków lub prawnuków, a to o ekshumowaniu kości doktora Mengele, żeby sprawdzić, czy naprawdę umarł, a to znów o tym, że „Bormann żyje” etc.etc. (Lilienthal op.cit) [18]. Niektórzy autorzy szacują, że media elektroniczne w USA ok. 9 godzin tygodniowo poświęcają „Holocaustowi”. Jak napisał jeden z publicystów, politycy, biurokraci, dziennikarze w USA zachowują się tak, jakby Hitler, jego oddziały i jego obozy koncentracyjne nadal istniały w wiecznej teraźniejszości.

Amerykański mesjanizm uzupełniony religią „Holocaustu” przekłada się na twardą, imperialną politykę siły. Wybór „ocaleńców z Holocaustu” (Żydów) jako grupy cieszącej się szczególną protekcją USA, posiada tę zaletę, że są oni rozproszeni po całym świecie, co dostarcza legitymizacji dla globalnego zaangażowania wojskowo-politycznego[19]. Jako protektorzy „Holocaust survivors” Amerykanie przyjęli na siebie obowiązek zwalczania „antysemityzmu” gdziekolwiek by się nie pojawił podobnie jak kiedyś zwalczali „komunizm”, co jest spowodowane również i tym, że jako Anglożydzi utożsamiają „antysemityzm” z „antyamerykanizmem” i na odwrót. USA jako mesjańska potęga imperialna nadal toczą krucjatę przeciw Imperium Zła, z tym tylko, że obecnie nie jest to już Związek Radziecki i międzynarodowy komunizm, lecz „międzynarodowy antysemityzm”[20], który jest dziś ogólnym wzorcem „nienawiści do Innych”, oraz jego pochodne: „nacjonalizm”, „faszyzm”, „rasizm” czy „fundamentalizm”. W przemówieniu wygłoszonym podczas wizyty w Warszawie prezydent Clinton powiedział: „Zniknął ucisk komunistyczny – nasz wspólny wróg, ale wspólne nam niebezpieczeństwa nie zniknęły. Zbyt wielu ludzi obawia się zmian, ponieważ nie odczuli płynących z nich korzyści i pozostają oni podatni na zatruty zew skrajnego nacjonalizmu, na nienawiść etniczną, rasową i religijną” („Gazeta Wyborcza”, 11 VIII 1997), zaś w przemówieniu inaugurującym drugą kadencję swojej prezydentury : „Nie możemy, nie będziemy poddawać się ciemnym impulsom lęgnącym się w zakamarkach ludzkich dusz na całym globie. Musimy je pokonać” („Gazeta Wyborcza”, 25-26 I 1997). Pokonać dlatego, aby „ocaleńcom z Holocaustu” nie zagroził nowy „Holocaust”[21]. Równocześnie Żydzi („ocaleńcy z Holocaustu”) a ściśle rzecz biorąc establishment żydowski, czyli kler religii „Holocaustu” pełni rolę „pasa transmisyjnego” polityki amerykańskiej wobec innych narodów. Establishment żydowski jest dla USA narzędziem kontroli politycznej innych państw. Irytuje to zwłaszcza przedstawicieli niemieckiej prawicy konserwatywno-narodowej, którzy nie wahają się w ostrych słowach oskarżać Żydów są „pachołkami zwycięskich mocarstw II wojny światowej”, przede wszystkim USA i używani są przez nie jako „policja ideologiczna” [22].

Żydowskiemu establishmentowi podoba się ta rola, czemu nie należy się dziwić, bo przynosząca rozmaitego typu profity kolaboracja z Imperium Americanum stanowi trudną do odparcia pokusę, co nie jest czymś specyficznie żydowskim, jak świadczy o tym przykład wielu nie-Żydów z różnych krajów [23]. Zacytujmy w tym kontekście bardzo szczery komentarz do zjednoczenia Niemiec zamieszczony na łamach wychodzącej w Tel Avivie gazety „Jedijot Achronot” : „Od tej chwili będą zjednoczone Niemcy testowane codziennie i co godzinę. Poddane zostaną stałej kontroli, kontroli bez czasowych ograniczeń. My, ocaleńcy z Holocaustu jesteśmy zobowiązani wobec siebie samych i wobec naszych męczenników, żeby taka kontrola odbywała się bez chwili przerwy” [24]. Bez wątpienia takiej kontroli podlegać ma również Polska, o czym świadczą np. inspekcje Ligi Przeciw Zniesławieniu w naszym kraju, tym „wszechpolskim mateczniku ciemniactwa” (Andrzej Szczypiorski) czy raporty na temat „stanu antysemityzmu na świecie” (także w Polsce) sporządzane przez Amerykański Komitet Żydowski i londyński Instytut Studiów Żydowskich[25]. Jeden z autorów raportu Anthony Lerman napisał przy okazji kontrowersji na temat kazania księdza Jankowskiego: „Zachowanie prezydenta Wałęsy po gdańskim kazaniu nakazuje od nowa przyjrzeć się prawdziwemu obliczu polskich polityków i zwrócić uwagę, jakimi hasłami będą się posługiwać, by utrzymać się przy władzy”. Z kolei dyrektor Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego David Harris oświadczył, że „bezosobowego ogólnikowego oświadczenia, wykrztuszonego po dziewięciu dniach głuchej ciszy, nie można w żadnym wypadku uznać za zadowalające” (cyt. za „Tygodnik NIE”, 1995 nr 27) [26].

Teza, że establishment żydowski, czyli elita „ocaleńców z Holocaustu” pracuje na rzecz Waszyngtonu, służąc mu jako „policja ideologiczna”, bywa krytykowana np. przez amerykańską opozycję pozaparlamentarną, która uważa, że jest dokładnie na odwrót – to establishment żydowski określa politykę Waszyngtonu. Jedni skłaniają się do opinii, że to USA są raczej „Isrameryką”, „kolonią Izraela” lub też „największym terytorium okupowanym Izraela”, drudzy natomiast są przekonani, że Izrael jest amerykańską „Generalną Gubernią” czy też zamorskim stanem USA [27]. Obie te przeciwstawne tezy mają wysoce polemiczne i propagandowe zabarwienie. Możliwe jest inne podejście odwołujące się do powszechnie obowiązujących mechanizmów politycznych. Bez wątpienia bowiem zeświecczeni Żydzi odgrywają ważną rolę w demokratyczno-liberalnym mesjanizmie amerykańskim tak samo internacjonalistycznym jak mesjanizm marksistowsko-komunistyczny, w którym ważną rolę odegrali zeświecczeni Żydzi w rodzaju Trockiego. W miarę jak religia „Holocaustu” nabiera coraz większego znaczenia w demokratyczno-liberalnym mesjanizmie USA, tym liczniejsi stają się w amerykańskiej elicie „Holocaust survivors”, co oczywiście wzmacnia z kolei dominację religii „Holocaustu”. Skoro Stany Zjednoczone są krajem, gdzie religia „Holocaustu” staje się stopniowo panującym wyznaniem, to największe szanse znalezienia się w elicie politycznej, społecznej, kulturalnej i medialnej mają ci, którzy najgorliwiej tę religię wyznają, analogicznie jak w państwie katolickim to katolicy z natury rzeczy tworzą elitę polityczną. Poza tym w każdym państwie wyznaniowym ważny wpływ na politykę państwa uzyskują również kapłani i teologowie panującego wyznania, a więc w tym przypadku kapłani i teologowie religii „Holocaustu”. Można zatem postawić tezę, że establishment żydowski w USA posługując się jako instrumentem religią „Holocaustu” staje się w ramach szerszego establishmentu amerykańskiego coraz silniejszym blokiem władzy [28]. Pociąga to za sobą, co oczywiste, wzmocnienie roli i pozycji zarówno „Holocaust survivors” jak i kapłanów i teologów religii „Holocaustu” w krajach politycznie podporządkowanych USA, zwłaszcza krajom europejskim. Można więc powiedzieć, że establishment żydowski pełni wprawdzie rolę „policji ideologicznej” Waszyngtonu , ale pragnie jednocześnie, co jest zupełnie naturalne i zrozumiale , swój status podwyższyć tak, aby mieć większy udział w podejmowaniu decyzji czysto politycznych.

Tomasz Gabiś

Przypisy

[1] Krytyczną, a niekiedy wręcz zjadliwie krytyczną, analizę tych stosunków można znaleźć w następujących książkach: Paul Findley They Dare to Speak Out: People and Institutions Confront Israel’s Lobby (New York 1985), tenże, Deliberate Deceptions: Facing the Facts About the U.S.–Israeli Relationship (New York 1993), Alfred Lilienthal The Zionist Connection: What Price Peace?(New York 1978), tenże, Druga strona medalu (Warszawa 1970), Noam Chomsky The Fateful Triangle: The United States, Israel and the Palestinians, (Boston 1983), Stephen Green Taking Sides: America’s Secret Relations with a Militant Israel (New York 1984), tenże, Living by the Sword: America and Israel in the Middle East, 1968-87 (London 1988), Donald Neff Fallen Pillars: U.S. Policy towards Palestine and Israel since 1945, (Washington 1995), tenże, Warriors Against Israel, How Israel Won the Battle to Become America’s Ally 1973 (Brattleboro, Vermont, 1988), Cheryl A.Rubenberg Israel and the American National Interest: A Critical Examination, Champaign, Illinois 1986, Lee O`Brien American Jewish Organizations and Israel (Washington 1986), Edward Tivnan The Lobby : Jewish political power and American foreign policy (New York 1987), Roger Garaudy Les Mythes fondateurs de la politique israélienne (Paris 1995).

„Specjalne stosunki” łączące USA i Izrael stały się jeszcze bardziej „specjalne” po porozumieniu podpisanym na początku listopada 1998 roku w Waszyngtonie przez prezydenta Clintona i premiera Netanyahu. Porozumienie to oznacza de facto pełne „gwarancje bezpieczeństwa” dla Izraela ze strony USA.

[2] Każda nawet racjonalnie i merytorycznie uzasadniona krytyka tej polityki jest dziś w USA tłumiona jako „antysemityzm” (zob. na ten temat: Allan C.Brownfeld Defining Anti-Semitism. Pat Buchanan and His Critics, „Chronicles. A Magazine of American Culture”, styczeń 1991). Najbardziej zażarci w zwalczaniu krytyków Izraela jako „antysemitów” są amerykańscy neokonserwatyści w typie Normana Podhoretza czy Irvinga Kristola.

[3] Takie wyliczenie przedstawił Wills A.Carto w posłowiu do: Michael Collins Piper Best Witness: The Mel Mermelstein Affair and the Triumph of Historical Revisionism (Washington, D.C. 1994). Według izraelskiego dziennikarza Barry Chamisha pieniądze niemieckie i amerykańskie płynące do Izraela jak z rogu obfitości zamieniły to państwo w królestwo korupcji panującej na wszystkich szczeblach. Mimo tej pomocy, a może właśnie dzięki niej Izrael stacza się w dół pod względem moralnym i ekonomicznym, w czym nie różni się od innych państw utrzymywanych z pieniędzy zagranicznych. Chamish dokumentuje szerzącą się w państwie żydowskim korupcję i marnotrawienie pomocy zagranicznej, dzięki której elita prowadzi życie Krezusa, podczas gdy większość Izraelczyków żyje raczej skromnie. Izrael jest dziś „permanentnym państwem żebraczym” żyjącym z „kredytu 6 milionów”. Bez strumienia pieniędzy z zewnątrz byłby najprawdopodobniej niezdolny do samodzielnej egzystencji politycznej (podobnie jak wiele innych państw Trzeciego Świata) (zob. Chamish, The Fall of Israel (Edinburgh 1992).

[4] Na temat samojudaizacji protestantyzmu zob. ks. Michał Poradowski „Socjologia protestantyzmu” [w:] tenże, Kościół od wewnątrz zagrożony, Warszawa 1983 (napisana w 1946 roku i opublikowana po raz pierwszy w 1978) oraz Helmut Simon „Von auserwählten Völkern und verheißenen Ländern” , „Staatsbriefe” 1992 numery 6 – 12).

[5] Zob. Karl Völker, Die religiöse Wurzel des englischen Imperialismus, Tübingen, 1924, Friedrich Brie Imperialistische Strömungen in der englischen Literatur, (Halle/Saale 1928), Josef Schüßlburner, „Die zwingende Frage nach einer jüdischen Vergangenheitsbewältigung“, „Staatsbriefe“ , 1993 nr 4, Helmut Simon op.cit.,

[6]Przejawem tej judaizacji jest obyczaj nadawania dzieciom imion żydowskich ze Starego Testamentu. Imiona te dzięki amerykańskim filmom i serialom telewizyjnym upowszechniają się także w Europie. Inne ciekawe zjawisko to rutynowe dokonywanie obrzezania męskich noworodków w amerykańskich szpitalach, co motywuje się względami higieniczno-zdrowotnymi. Judaizacja imion i obrzezanie są konieczne , aby w przypadku, gdyby ktoś chciał dokonać drugiego „Holocaustu”, nie mógł, na podstawie imienia i obrzezania, zidentyfikować Żydów. Poza tym, jeśli, jak uważał Freud, najgłębszym, nieświadomym i związanym z obrzezaniem Żydów, korzeniem antysemityzmu jest kompleks kastracji, to gdy wszyscy będą obrzezani, wtedy zniknie pogarda do Żydów, która bierze się stąd, że masy ludowe są przekonane, iż Żydzi są „odmieńcami”, którzy mają obcięty kawałek penisa.

[7] Oczywiście koncepcja globalnej misji Anglii a potem Ameryki ulegała z czasem sekularyzacji. Stąd nazwanie USA „antykościołem”, jak uczynił to Bogdan Kozieł, jest zabiegiem propagandowym, który celuje w ekspansjonizm Ameryki, i nie dostrzega faktu, że „antykościół” rozszerza swoje panowanie przede wszystkim dzięki sile militarno-polityczno-ekonomicznej. Nie ulega jednak wątpliwości, że zarówno kiedyś, jak i dziś jak i dziś koncepcja globalnego mesjanizmu USA jest konkurencyjna, a niekiedy wroga wobec misji Kościoła katolickiego. Fanatyczny antykatolicyzm purytanów przejawił się w amerykańskiej propagandzie wojennej w czasie wojen z Hiszpanią i Meksykiem, w bombardowaniu europejskich katedr i kościołów w okresie II wojny światowej np. w bezsensownym zniszczeniu klasztoru na Monte Cassino zbombardowanym do fundamentów przez 96 eskadrę „latających fortec” zwaną nomen omen „The Red Devils”. Dziwić się, dlaczego bez żadnego powodu Amerykanie zrzucili bombę atomową na Nagasaki, może tylko ten, kto nie wie, że w tym mieście było największe skupisko japońskich katolików utrzymujących swą wiarę od wielu pokoleń i że stała tam największa katolicka katedra w Azji Wschodniej. W Nagasaki działał, kanonizowany później, o. Maksymilian Kolbe – „osławiony antysemita”. Jeśli Nagasaki było „japońskim Niepokalanowem” (tak Iwona Merklejn w „Myśli Polskiej” 1997 nr 51-52) to czyż jako „gniazdo antysemityzmu” nie zostało słusznie zniszczone? Nie można oczywiście wykluczyć, że wybór Nagasaki był czysto przypadkowy: Szef Sztabu zamknął oczy, postawił palec na mapie Japonii i wypadło na Nagasaki. A do tego, jak utrzymywał amerykański dziennikarz Jim O`Donnel, powołując się na osobistą rozmowę z Trumanem z okresu, gdy ten już był na emeryturze, amerykański prezydent powracając z konferencji w Poczdamie na krążowniku „S.S.Augusta” wypił nieco zbyt duży whisky. Następnego ranka przyniesiono mu zaszyfrowany telegram od szefa sztabu G. Marshalla. Skacowany prezydent, któremu jeszcze mąciło się w głowie, nawet nie kazał rozszyfrować telegramu, tylko napisał na marginesie: „Whatever you want, George!”Oficer-radiotelegrafista przesłał tę odpowiedź do Stanów. Dopiero po czasie Truman dowiedział się, że w telegramie była prośba o zezwolenie na zrzucenie drugiej bomby atomowej (zob. Will Tremper, „USA – Die Atombombe auf Nagasaki. Eine bislang unbekannte Episode. Ein Whiskey – oder zwei”, „Junge Freiheit” 1998 nr 33). Niezależnie jednak od tego, jak było naprawdę, warto mieć w pamięci opinię Ewy M.Thompson: „Innym kawałkiem tego puzzla jest głęboko zakorzenione w amerykańskich elitach uprzedzenie wobec katolicyzmu, wyznania, do którego przyznaje się 98% Polaków. Antykatolicyzm jest ciągle antysemityzmem intelektualistów. Tak długo jak Polska pozostanie Polską czyli tak długo, jak długo Polacy będą odmawiać zredukowania chrześcijaństwa do rozmiarów prywatnego hobby, traktowani będą przez amerykańską klasę rządzącą jak niedotykalni” (Thompson, „Pariahs and Favorites in East Central Europe”, „Chronicles. A Magazine of American Culture”, 1995 nr 4).

[8] Zob. Connor Cruise O`Brian God Land : Reflections on Religion and Nationalism (Cambridge 1988.

[9] Jak tego dowodzą doświadczenia historyczne, każda utopia wcielana w życie, przynosi skutki odwrotne do zamierzonych. Sprawdza się to także na przykładzie amerykańskiego „Nowego Jeruzalem”.

[10] Zob. Jerol S.Auerbach Liberalism and the Hebrew Prophets („Commentary”, sierpień 1987); Milton Konvitz, Judaism and the American idea, Ithaca, N.Y 1978; Judaism and Human Rights, edited by Milton Konvitz, New York 1972 tutaj: M. R. Konvitz, The democratic ideal: Judaism and the democratic ideal, L. R. Finkelstein Foundations of democracy in the Scriptures and Talmud, Ben Zion Bokser Democratic aspirations in Talmudic Judaism.

Niektórzy autorzy przypominają tezę de Tocqueville`a o tym, że prawdziwą władzą w USA jest judykatura, i dowodzą, że ma to swoje źródła w żydowskiej koncepcji władzy sędziów zwanej dziś błędnie nomokracją czy też Rządami Prawa . USA jako republika sędziów byłyby także i pod tym względem nowożytną kontynuacją dawnego Izraela. Istnieją więc rozmaite więzi łączące USA z Izraelem. Na płaszczyźnie politycznej przejawia się to choćby w tym, że najbardziej zjudaizowani protestanccy fundamentaliści z USA (tzw. teleewangeliści) w rodzaju Falwella, Swagartta i Bakkera wierzący, że Drugie Przyjście Chrystusa musi dokonać się wśród Żydów w Palestynie, są też najbardziej proizraelscy, popierając radykalne odłamy syjonistów. Na ten temat zob. Grace Halsell Prophecy and politics: militant evangelists on the road to nuclear war (Westport, Conn. 1986).

[11] W „dodatku” do Imperium zatytułowanym Wróg Europy Yockey za głównego wroga Europy uznał „Żydoamerykę” i stwierdził, że USA są „lokajem Izraela”. Przeciwnego zdania są francuscy lewicowcy np. Roger Garaudy, dla którego Izrael jest dobrze opłacanym „żołdakiem USA” (op.cit.str.8), i Serge Thion nazywający państwo żydowskie „agresywnym przyczółkiem amerykańskiego imperializmu” (zob. Thion, „Die Freude der Kurzsichtigen”, „Sleipnir” 1995 nr 2).

[12] Oczywiście w politycznej tradycji amerykańskiej są także inne, by tak rzec, wątki „klasycznie europejskie”. Ale historia polityczno-ideologiczna USA jest historią powolnego zanikania tych wątków. Od połowy lat trzydziestych dwudziestego wieku są one w niej obecne jedynie śladowo. Gdyby Imperium Americanum rozpowszechniało na świecie te dawne „europejskie wartości”, można by temu jedynie przyklasnąć. Niestety, rozpowszechnia ono ideologię „demokratycznego kapitalizmu”, przesiąkniętą, jak napisał amerykański konserwatysta żydowskiego pochodzenia Paul Gottfried, marksizmem, sekularyzmem i egalitaryzmem.

[13] Bogdan Kozieł w cytowanym wyżej, napisanym z wielkim emocjonalnym zaangażowaniem, artykule, wychodząc z założeń tzw. tradycjonalizmu integralnego (Evola, Guénon, Schuon) i „świętej geografii”, przedstawia Amerykę jako mityczną Ziemię Umarłych, Krainę Śmierci, Królestwo Mroku i Cieni. Stworzenie tam Stanów Zjednoczonych było stworzeniem „szatańskiego Jeruzalem” i obudziło demony. Z tej religijno-mitycznej perspektywy teza Fukuyamy o „końcu historii” jawiłaby się jako słuszna w tym sensie, że „Amerykański Złoty Wiek” byłby w rzeczywistości Wiekiem Ciemnym – Kali Yuga z tradycji indo-aryjskiej czyli „Złotym Wiekiem” na wspak kończącym aktualny cykl ludzkich dziejów. Zob. też Andrzej Fiderkiewicz „Wielka wojna kontynentów. Rozważania o konflikcie żywiołów, euroazjatyzmie i atlantyzmie”, („Stańczyk” nr 32, 1998 ). Fiderkiewicz niezwykle precyzyjnie opisał naturę USA jako mesjańskiego supermocarstwa morskiego, które „chłodną realpolitik łączy harmonijnie z mesjańskim przekonaniem, że resztę świata należy koniecznie wyposażyć w powszechne prawo wyborcze, system wolnorynkowego kapitalizmu i sieć barów szybkiej obsługi”.

[14] Zjawisko to pojawia się już epoce „przedholocaustowej”. Yockey (Imperium, str.535) przypomina, że antyżydowskie wystąpienia w Rosji po wojnie rosyjsko-japońskiej 1904-1905 spowodowały zerwanie przez USA stosunków dyplomatycznych z Rosją, i że żadne wystąpienia przeciw innym mniejszościom w Rosji lub w innych krajach nigdy nie skłoniły USA do takiego kroku. Nie przypadkiem również Stany Zjednoczone naciskały na władze ZSRR, aby zezwoliły na emigrację Żydów. Los np. Kazachów był im obojętny. Według Yockey`a to sympatia „Żydoameryki” do komunizmu sowieckiego (w którego stworzeniu znaczącą rolę odegrali żydowscy bolszewicy) była powodem krucjaty dla uratowania bolszewizmu, czyli opowiedzeniem się za Stalinem a przeciw antyżydowskiemu i antybolszewickiemu Hitlerowi w okresie II wojny światowej. Jednak Yockey, sugerując ideologiczne motywy tej decyzji, nie uwzględnia w ogóle czynników geostrategicznych i geopolitycznych, które w największym stopniu wpływały na posunięcia Waszyngtonu. Ideologia to jedno, a realpolitik drugie. Dlatego też trudno zgodzić się z poglądem ideowego pobratymcy Yockey`a Austina J.Appa, który napisał, że gdyby Hitler był zajadłym wrogiem chrześcijaństwa i Kościoła, mecenasem pornograficznej „sztuki zdegenerowanej”, wielbicielem komunizmu i promotorem prostytucji, to Roosevelt i Churchill na pewno by go, jawnie lub otwarcie, poparli, tak jak poparli Stalina, tego, zdaniem Appa, „najkrwawszego antychrześcijańskiego potwora w dziejach świata” (Zob. App, “Could Hitler Have Avoid Confrontation with Jews?”, „Liberty Bell” sierpień 1978).

[15] Cyt. za: Theodore O`Keefe “The U.S. Holocaust Memorial Museum: A Costly and Dangerous Mistake”, („Journal of Historical Review”, 1995 nr 2). W czasie otwarcia Muzeum w 1993 roku prawicowi aktywiści amerykańscy demonstrowali przed nim pod hasłem „Przenieście je do Izraela”. Zastanawiając się nad tym, dlaczego Muzeum Holocaustu jest tak tłumnie odwiedzane, Michael A. Hoffman II stwierdził: „Nie dlatego, że ludzie chcą pobrać moralną lekcję, udoskonalić się lub ocalić coś. Oni idą tam w nadziei, że zobaczą funkcjonującą komorę gazową, albo bicz, którego używała »Elza z SS«, albo buty, które, jak sądzą, Himmler robił sobie ze skóry żydowskich dzieci” (w wywiadzie dla „Crash Collusion” 1994).

[16] Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie położone jest tuż obok mennicy państwowej – U.S.Bureau of Engraving and Printing, co złośliwym „antysemitom” dało asumpt do postulowania, aby skontrolować, czy obie instytucje nie są czasami połączone podziemnym korytarzem.

[17] Przytoczmy kilka opinii: „Szkaradna, monstrualna budowla”, „groteskowe muzeum” (ks. Louis Vezelis), „Muzeum Holocaustu jest, jeśli pominąć występy towarzyszące karnawałowi, najbardziej groteskową i makabryczną wystawą, jaką kiedykolwiek zaprezentowano publiczności. Malowidła przedstawiają, wywołujących wzruszenie, Żydów prowadzonych do komór gazowych. Sterty używanych butów, rzekomo ofiar »Holocaustu« (choć równie dobrze mogłyby pochodzić z jakiejś akcji charytatywnej), i inne osobiste rzeczy ogrywają okropieństwa codziennego życia w obozach koncentracyjnych. Zwiedzający, łącznie z dziećmi, nakłaniani są, aby przyjęli tożsamość internowanego podążali drogą, po jakiej ofiary udawały się do »pieców gazowych«” (Wills A.Carto), „ »Holocaust« nie umiera, lecz żyje i rośnie. Ma wpływ na każdego Amerykanina w każdym momencie, dziś bardziej niż wczoraj. Określa każdą finansową decyzję rządu i większość decyzji podejmowanych przez prywatne osoby”; „Muzea [Holocaustu] są tylko niewielkim fragmentem tego, co ktoś drwiąco nazwał »Shoah- byznes«. Telewizja, kino, książki i »opowieści« prawie codziennie drukowane w prasie pomagają lansować »Holocaust«, który stał się wielkim i zyskownym przemysłem”; „W Stanach Zjednoczonych ktoś, kto uważnie śledzi »newsy«, prawdopodobnie każdego dnia natknie się na odniesienia do Holocaustu” (Ralph Raico); „Wątki »Holocaustu« są głęboko wplecione w samą osnowę amerykańskiego życia politycznego” (Charles E.Weber); „Współczesna Ameryka znajduje się w uścisku »Holocaustomanii«. Roznosiciele tej epidemii – w Nowym Jorku, w Hollywood, w Waszyngtonie – od lat wytrwale pracują, aby przekształcić Holocaust z (…) historycznego wydarzenia w żywą, stale obecną rzeczywistość. Ich panowanie nad mediami pozwoliło im sprzedawać propagandę Holocaustu jako naukę moralną i rozrywkę dziesiątkom milionów ludzi. (…) Nasze dzieci są indoktrynowane w czasie coraz liczniejszych przymusowych zajęć szkolnych, których program nie ma na celu przekazywania informacji i kształcenia umiejętności myślenia, lecz wywoływanie emocji i kształtowania postaw przy pomocy »technik grupowego uczenia« i »wymuszonej wrażliwości« przypominających te stosowane przez chińskich komunistów w okresie panowania przewodniczącego Mao” (Theodore J.O`Keefe).

[18] Lilienthal wywołał wielki skandal kwestionując autentyczność Dziennika Anny Frank . Kontakty zerwała z nim wówczas jego alma mater – Cornwell University.

[19] W „Liście do przyjaciela-katolika w Polsce” („Gazeta Wyborcza”, 16.VII.1996) Elie Wiesel napisał: „Powiedzą mi może, że nie mam prawa mieszać się do spraw polskich? Jeśli tak, to pora, aby się obudzili: kiedy gdziekolwiek upokarza się, prześladuje lub morduje Żydów, zewsząd ich bracia i siostry czują się zagrożeni a więc zobligowania do działania”Ostateczną instancją zobligowaną do działania mogą być wojska Stanów Zjednoczonych.

[20] Nie dziwi więc fakt, że jeden z czołowych kapłanów religii „Holocaustu” (należący do frakcji „shoahowców”) Simon Wiesenthal wyraził życzenie, aby w Wiedniu powstało międzynarodowe biuro do śledzenia „skrajnej prawicy” („Gazeta Wyborcza”, 22 XII 1994). Jest to o tyle logiczne, że „skrajna prawica” w Europie przeciwstawia się politycznej, ideologicznej i kulturalnej dominacji USA na naszym kontynencie, a „antyamerykanizm strukturalnie przypomina antysemityzm” (Dan Diner cyt. za: Daniel Pipes Potęga spisku, Warszawa 1998, str.180). Prezes Europejskiego Kongresu Żydów Jean Kahn stwierdził: „ze wszystkich istniejących obecnie międzynarodówek najsprawniej działa europejska międzynarodówka rasizmu i antysemityzmu” („Gazeta Wyborcza”, 22 XII 1992). Jeśli tak, to przeciwstawić się jej może tylko międzynarodowy establishment żydowski, nad którym nadzór sprawuje Waszyngton.

[21] Nie dostrzegają tego publicyści polskiej centroprawicy wyrażający zdumienie z powodu zainteresowania, jakim w kołach rządowych USA cieszą się np. kazania polskiego księdza z Gdańska.

[22] Zob. Hans-Dietrich Sander „Von der Dummheit der Juden und der Deutschen” („Staatsbriefe”, 1993 nr 9), Helmut Simon „Die aktuelle Aura des Massakers von Hebron”, („Staatsbriefe”, 1994 nr 3). W użyciu mniejszości żydowskiej jako instrumentu swojej polityki Amerykanie naśladują zapewne Cromwella posługującego się nią przy realizacji angielskich interesów handlowych i finansowych oraz przy tworzeniu siatek agentów wpływu i szpiegów w kontynentalnej Europie. Siatki te są niekiedy uznawane za zalążek angielskiego Secret Service. Zjudaizowany purytanizm, w skrajnej wersji nieodróżnialny praktycznie od judaizmu był dobrą bazą „ideologiczną” takiej współpracy podobnie jak dziś jest nią religia „Holocaustu”. John Beaty w książce The Iron Curtain Over America (Barboursville, Virginia, 1972, I.wyd.1951, str.138) wskazuje na fakt umieszczenia przez Trumana wielu Żydów („Holocaust survivors”) we władzach okupacyjnych w Niemczech, co przypomina analogiczną praktykę Stalina po 1945 roku w Polsce czy na Węgrzech, polegającą na umieszczaniu komunistów żydowskiego pochodzenia w aparacie bezpieczeństwa i aparacie ideologiczno-propagandowym. Hans-Dietrich Sander analizując rolę Żydów jako „policji ideologicznej Waszyngtonu”, napisał, że rola ta związana jest ze sporym ryzykiem, gdyż Amerykanie „przy zmianie interesów w nowej sytuacji politycznej na świecie mogą pozwolić im zapaść się w otchłań bez dna i tak jak Piłat umyć sobie ręce – zgodnie z zasadą: Żydzi zawsze byli najlepszymi kozłami ofiarnymi” (Sander, „Von der Dummheit der Juden und der Deutschen”)

[23] Np. w Polsce praktycznie cała elita polityczno-intelektualna opowiada się dziś za „kolaboracją” z USA. Nie ma ona zresztą, podobnie jak elity pozostałych krajów Europy, innego wyjścia. Po tym jak Imperium Americanum pokonało i rzuciło na kolana Imperium Sovieticum, Polska znalazła się pod amerykańskim protektoratem, i skazana jest na „kolaborację” tak samo jak była skazana na „kolaborację” z ZSRR. „Sojusz” z USA jest dziś wymogiem politycznego realizmu i wynika z trafnego rozpoznania przez polskie elity światowego układu sił.

[24] Cyt. za: Adolf von Thadden „Deutschland unter jüdischen Kontrolle?”, „Nation und Europa” 1990 nr 11/12). I w tym przypadku wolno podejrzewać, że to Amerykanie wykorzystują żydowski establishment jako instrument kontrolowania Niemiec. Jak doniósł „New York Times” (2 x 1998) American Jewish Committee otworzył swoje stałe biuro w Berlinie. Mieści się ono w centrum Berlina, blisko planowanego pomnika „Holocaustu”. Dyrektor AJC David A.Harris oświadczył, że zadaniem biura jest czuwanie nad tym, aby dawne niemieckie demony znowu nie wyszły na powierzchnię i obserwowanie przejawów „neonazizmu” w landach b. NRD.

[25] Jak podała polska prasa w raporcie wymienia się następujące ugrupowania „antysemickie” w Polsce”: Narodowy Front Polski, Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, Polska Wspólnota Narodowa, Aryjski Front Przetrwania, „Samoobronę” Andrzeja Leppera. Autorzy raportu podkreślili, że ani „Solidarność 80” ani PSL nie odżegnały się oficjalnie od antysemityzmu. Omówienie raportu za rok 1996 w „Gazecie Polskiej” (1997 nr 11).

[26] Artykuł w tygodniku „NIE” zatytułowany został dosadnie „Opierdol od Clintona”. Cóż, trzeba zacisnąć zęby i jakoś to znieść.

[27] Pozaparlamentarna prawicowa opozycja amerykańska w swoich propagandowych materiałach określa obecny rząd USA mianem „Zionist Occupied Government” (ZOG) i swoją walkę z nim traktuje jako drugą „Wojnę o Niepodległość”. Stanowisko to podzielają niektóre polskie środowiska polityczne (zob. np. Henryk Pająk „USA pod okupacją żydowską”, „Nasza Polska” 1998 nr 25). Jednakże termin „okupacja żydowska” jest pozbawiony sensu, gdyż „Holocaust survivors” wywalczyli sobie wysoką pozycję polityczno-socjalno-finansową metodami w 100% zgodnymi z zasadami współczesnej amerykańskiej demokracji.

[28] Na temat pozycji Żydów w USA zob. omówienie w Tygodniku „NIE” (1996 nr 10) artykułu żydowskiego autora Philipa Weissa „Być Żydem”, który ukazał się na łamach tygodnika „New York Magazine”. Według Weissa Żydzi „grają obecnie pierwsze skrzypce w polityce i życiu gospodarczym Ameryki”. Zob. też Krzysztof Kłopotowski „Geniusz Żydów” („Życie”, 8-9 V 1999). Zdaniem Kłopotowskiego „Żydzi w USA mają decydujący wpływ na życie polityczne”. Nie ulega kwestii, że ten awans społeczny Żydów („Holocaust survivors”) ma związek z ekspansją religii „Holocaustu”.

Tomasz Gabiś

Za: TOMASZ GABIŚ – strona autorska, 28 kwietnia 2019.

Artykuł opublikowany za zgodą Autora.

  • Ilustracja tytułowa: Muzeum Holocaustu w San Francisco, Kalifronia. Fot.Kfir Shlomo, 20.07.2018, za: google.com.

Więcej artykułów dr. Tomasza Gabisia na naszym portalu  >  >  >  TUTAJ.

, 2019.05.29.
Tomasz Gabiś

Autor: Tomasz Gabiś