O spryciarzach i wizjonerach


Wielokrotnie już próbowano narzucać internetowi jakieś schematy narracji i zawsze było to związane albo z polityką, albo ze sprzedażą. Miało też zwykle charakter praktyk monopolistycznych. Najwyraźniej zaś widoczne było w początkach rozkwitu blogosfery politycznej, kiedy to szalona aktywność tysięcy ludzi i schematy współpracy przez tych ludzi wypracowywane były po prostu lekceważone lub nie zauważane.

Nasze lokalne sekty spryciarzy i wizjonerów nie mogły niestety zablokować internetu i nie mogły powstrzymać aktywności blogerów, próbowały więc narzucić im swoje zasady, a także swój sposób rozumienia zjawisk. I tak, nie wiem czy to pamiętacie, ale obok tej blogosfery, z której wyrośliśmy my wszyscy, istniała jeszcze rzekomo inna, z samymi gwiazdami pierwszej wielkości, które zjeżdżały się na specjalne spotkania i tam wręczano im nagrody za aktywność. Kto dziś pamięta kim byli kominek albo Budzich? Potem to zdechło śmiercią naturalną, bo dziennikarze, tak z gazowni, jak i z naszych mediów, doszli do wniosku, że blogosferę można po prostu zignorować i dalej robić swoje.

Co to znaczy „robić swoje”? To znaczy, że można lekceważyć opcjonalne, ciekawsze formuły publicystyczne tylko z tego powodu, że nie są, pardon, koszerne. Certyfikaty zaś koszerności wydaje w zasadzie nie wiadomo kto. To znaczy wiadomo, że do tego nikt się nie przyzna. Certyfikaty wydaje bowiem sponsor lub właściciel. I tak dla Lisickiego jest to właściciel „Do rzeczy” dla gazowni właściciel „GW”, a dla Karnowskich, właściciel tego co oni wydają.

Tego nie można powiedzieć głośno, bo ktoś zacznie sprawdzać tych właścicieli i zrobi się ambaras. Władza zaś polega na tym, by komunikacja odbywała się wyłącznie pomiędzy władcą a ludem, a nie pomiędzy ludem a ludem.

W systemie demokratycznym chodzi o to, by wiadomości oraz różne ciekawe rzeczy, przekazywali w lud, certyfikowani pośrednicy zwani dziennikarzami lub pisarzami. Oni bowiem mają za zadanie urabiać opinię, lansować formuły i język, umożliwiający władzy kontrolę ludu oraz właściwe tego ludu zachowania.

Ponieważ my tutaj nie uprawiamy żadnej ludowej hagady i nie uważamy ani siebie ani nikogo innego za lud, możemy opisywać te zjawiska spokojnie i bez strachu, albowiem one nas nie dotyczą. Możemy też spokojnie, albowiem blogosfera została skazana na zapomnienie i nieistnienie, wskazywać jak idiotyczne są próby zastąpienia normalnej, wynikającej z chęci zrozumienia zjawisk, komunikacji, propagandą, przystrojoną w jakieś atraktory. Propagandą, która powinna, według zleceniodawców wywoływać entuzjazm i różne wzmożenia, a która wywołuje jedynie śmiech i zażenowanie.

Ktoś tu ostatnio linkował informację dotyczącą aktywności młodego Łysiaka, człowieka, który jest po prostu ofiarą psychopatycznego ojca. Jego zaś największym osiągnięciem było prowadzenie w radio programu tak żenującego, że na samo wspomnienie, człowiek się czerwieni ze wstydu. Nazywało się to „Detektyw inwektyw”. W zalinkowanym tekście Tomasz Napoleon Łysiak, zwierza się ze swojej fascynacji Piłsudskim i legionami i pisze, że legioniści byli „duchowymi komandosami”.

Ponieważ my tutaj staramy się ze wszystkich sił zrozumieć rodzimą historię i wyśledzić błędy i zaniechania polityków, a także zablokować ślepe zaułki, w które Polaków wprowadzali przez stulecia różni spryciarze i wizjonerzy, nie możemy spokojnie przejść koło takiej konstrukcji. To jest niemożliwe.

Nie możemy, albowiem aktywność Łysiaka, który usiłuje utrzymać się na pozycji swojego ojca, korzystając z jego dorobku, jest jedną z opisywanych tu przeze mnie prób dewastowania naturalnej, wynikającej z ciekawości i przyrodzonych zalet umysłu poszczególnych osób, komunikacji.

Fakt zaś, że Łysiak junior jest lansowany przez niezalezna.pl fakt ten potwierdza. To jest portal lansujący tak zwane patriotyczne wzmożenia. Czyli nazywając rzecz po imieniu, żenującą i nie budzącą zaufania tandetę obliczoną na uwiedzenie gimnazjalistów. Tak jest chyba określony target Łysiaka, bo nie wierzę, żeby można było te treści wciskać licealistom.

Legioniści byli „komandosami duchowymi”? Nie wiadomo gdzie oczy podziać. A potem co? Komandos duchowy Kostek Biernacki koordynował w 1924, w Krakowie, akcję bojówek, w wyniku której zamordowano ponad setkę polskich żołnierzy? Czy pozostający na etapie fascynacji Piłsudskim i legionistami, duchowy komandos Łysiak w ogóle o tym słyszał?

Proszę Państwa, uważam, że tego rodzaju narracje i lans należy zwalczać ile sił. Z dwóch powodów. Po pierwsze to jest zwyczajnie nieprawda, a formuła ta jeśli, nie daj Boże, zyskałaby poklask, doprowadziłaby nas do jakiejś kolejnej katastrofy.

Ja wiem, że Łysiakowi chodzi o to tylko, żeby sobie zarobić i o poklasku mowy być nie może, ale na to także nie można przystać, bo postawa taka psuje rynek i zaniża poziom dyskusji w sposób dramatyczny.

Ludziom jednak Sakiewicza nie spędza to snu z powiek, albowiem zachowują się oni dokładnie tak samo, jak ta rzekomo prawdziwa blogosfera, którą kiedyś tam wymyślono jako popychacz masowej sprzedaży. Blogosfera składająca się z samych krewnych i znajomych królika, którzy udawali naturszczyków. Czy podobnie jak tamto środowisko, również to zostanie unieważnione albo zwinięte?

yć może, albowiem nie można zbyt długo tkwić w oszukanej niesamodzielności, a jeśli się to czyni, człowiek dostrzega w pewnym momencie, że przemawia już tylko do jakichś gipsowych łbów, a ludzi wokół niego nie ma wcale. Nie jest dobrze zaczynać, jak młody Łysiak, (piszę młody Łysiak, a gość ma niewiele mniej lat niż ja) z tak wysokiego diapazonu moralnego i od taki formuł jak, „komandosi duchowi”, bo stoi to w sprzeczności z intencją, z metodą i powszechnym doświadczeniem dnia codziennego. Nie na tym też polega wielkość autora, że produkuje on, albo wręcz pożycza od ojca, jakieś górnolotne formuły. One nikogo nie uniosą, mogą za to przyczynić się do klęski, demaskacji i upadku. Przykładów na to jest dosyć, ale ja wymienię jeden.

Dokładnie pamiętam, jak Samuel Pereira, wywnętrzał się w mediach na temat swojego stosunku do Polski i do poślubionej sobie kobiety, która jest jakoś tam spowinowacona z Marią Kaczyńską, dziś już świętej pamięci. Otóż ta żona miała Samuela „zarazić polskością” czy też może uczynić coś innego, jak to mówią na Mazowszu – w podobie. W każdym razie chodziło o to, że przed poznaniem tej pani Samuel nie był polskością zainteresowany, a po zawarciu znajomości już tak i to intensywnie. Gawędę te sprzedawał pan Pereira w mediach uważając widocznie, że ona go uwiarygadnia. Moim zdaniem było dokładnie na odwrót. I tak jest zawsze, w każdym takim przypadku. Dlatego trzeba być bardzo ostrożnym jeśli idzie o demonstrowanie swoich emocji i przenoszenie ich sprawczej i życiodajnej rzekomo mocy w obszary związane z aktywnością zawodową i polityczną.

Niedawno całkiem przez media społecznościowe przewaliła się afera związana z rozwodem państwa Pereira oraz rzekomym wywiezieniem i ukrywaniem dzieci przez pana Samuela. Oboje „zarażeni polskością” małżonkowie nie szczędzili sobie gorzkich słów, a ja – będąc w stanie poważnego szoku – przyjąć musiałem do wiadomości, że pani Pereira jest obecna na twitterze pod nickiem „czarna baronowa”. Jej profil zaś opatrzony jest fotografią, w zamyśle tajemniczą i uwodzicielską, w rzeczywistości infantylną i nieciekawą, zdradzającą jednak określony typ aspiracji, od którego opisania się tu powstrzymam.

Proszę Państwa, jeśli chcemy cokolwiek robić serio musimy się trzymać z daleka od takich historii i takich histerii. To nikomu nie pomaga, a jeśli ktoś nie wierzy, niech przypomni sobie przykład Kazimierza Marcinkiewicza.

Niestety tak się składa, że to wśród „naszych” lęgną się najczęściej takie patologiczne zachowania, które wynikają wprost, moim zdaniem z braku definicji sukcesu, a także z braku strategii medialnej całej formacji zwanej prawicą. Można to jeszcze ująć szerzej, ale to, jak sądzę wystarczy.

Ludzie, którzy niezasłużenie i nagle zdobyli popularność, chcieliby zachowywać się w sposób korespondujący z oczekiwaniami publiczności i wyborców, najlepiej licznych, żeby popularność stymulować i żeby ona stale rosła.

Niestety nikt nie zadaje sobie trudu, by zapytać wprost – jakie są te oczekiwania?

To jest poza horyzontem pisarzy, aspirujących pracowników mediów i polityków. O wiele łatwiej opowiadać o duchowych komandosach i zarażeniu polskością. Ryzyko dla opowiadających jest w sumie niewielkie.

Pan Pereira szybciej, a pan Łysiak wolniej nieco, przesuną swoje zainteresowania w kierunku mediów kobiecych i tych zajmujących się psychologią oraz problemami w związkach. Kiedy zaś już je wyeksploatują, zostanie im jeszcze mieszkaniówka oraz lifestyle – Murator i Weranda, gdzie będą mogli opowiedzieć jak i gdzie mieszkali przed rozwodem oraz jak ten rozwód wpłynął na kolor ścian w ich nowym domu. My zaś pozostaniemy tu gdzie jesteśmy dziś. Niezauważeni.

Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl

Gabriel Maciejewski 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  5 czerwca 2019.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

  • Ilustracja tytułowa: Finałowy mecz Ligii Mistrzów UEFA, w 17 min. na boisko wbiegła amerykańska instagrammerka Kinsey Wolanski między innymi po to, by zareklamować kanał na YouTube swojego partnera Witalija Zdrovezkiego. [Tottenham Hotspur vs Liverpool.] Zdjęcie: REUTER, za: Mirror.co.uk / wybór zdjęcia wg.pco

*

*

, 2019.06.06.

Autor: Gabriel Maciejewski