Szlakiem śmierci. Koniec tajemnicy Riese. Część XIII. Kompleks Książ.


Przeczytaj:          Część I.          Część II.          Część III.          Część IV.          Część V.         Część VI.         Część VII.         Część VIII.   Część IXCzęść XCzęść XI. Część XII.

„Brabant 1”

W 1966 r. obszar obecnego Parku Książ był jeszcze nie posprzątany. Idąc z głównej szosy Wałbrzych – Świebodzice, do drogi przez łąkę, na skraju lasu był bunkier, taki sam, jakie są na Włodarzu i w Rzeczce. Było ich wówczas tam kilka. Były wkopane w ziemię aż po otwór obserwacyjny. Po lewej stronie, naprzeciwko Mauzoleum Hochbergów, były rozwalające się baraki po obozie. W zasadzie to były już tylko szkielety butwiejącego drewna, ale były. Dzisiaj się twierdzi, że obóz był po prawej stronie, na wzgórzu, w pobliżu dzisiejszego parkingu głównego. To był ten sam obóz, i był b. duży. W 1966 r. od świadka, byłego więźnia Al. Fürstenstein, wchodzący w skład Arbeitslager Riese, słyszałem, że obóz liczył ponad 2 tys. ludzi. Drugi obóz OT był na Pełcznicy, dzielnicy Świebodzic, liczył ponad 3 tys. więźniów. Łącznie przy projekcie pracowało około 5 tys. ludzi. Poniżej zamku, tam, gdzie dzisiaj są hotele stacjonowało wojsko OTK.

Do zamku wpuszczał za drobną opłatą (1zł) dziadek z dużą brodą, chyba nazywał się Król, i pochodził z Pszczyny. Opowiadał nam o księżnej Daisy, i o Niemcach na zamku w czasie wojny. Księżna Daisy zmarła we wilii zamku Czettritzów w Wałbrzychu. Została pochowana w Mauzoleum Hochbergów. Pod koniec wojny, umówił się z furmanem ze Szczawienka, i przewieźli trumnę na cmentarz ewangelicki w Szczawienku. Została pochowana w obcym grobie. Dziś już tego cmentarza nie ma.

W 1941 r. ogłoszono Hochbergów „wrogami Rzeszy” i zajęto ich dolnośląskie majątki. W 1941 r. Zamek i ziemie zostały przejęte przez nazistowski rząd, częściowo po to, by zapłacić podatki, częściowo jako karę za postrzeganą zdradę swoich synów. W tym czasie jeden z nich służył w armii brytyjskiej, drugi w polskich silach zbrojnych na Zachodzie. Zamieszkałą na zamku Książ księżna Daisy usunięto w 1941r. i przeniesiono do willi w Wałbrzychu. Tam zmarła latem 1943 r. dożywszy 70 lat.

Po konfiskacie dóbr wpierw zagospodarowała się w Książu wrocławska Dyrekcja Kolei Państwowych, a następnie przechowywano tam zbiory Królewskiej Biblioteki Pruskiej z Berlina. Później zamek przejęła paramilitarna brygada specjalna organizacji Todt, która rozpoczęła działania adaptacyjne, niszcząc wszelkie elementy dekoracyjne i nadając pomieszczeniom surowy, koszarowy wygląd. To była nazistowska architektura.

Przebudowano wnętrza pozbawiając je dotychczasowego wyposażenia: sztukaterii, fresków, a także mebli i obrazów. Część zdążył uratować prof. Günther Grundmann, dolnośląski konserwator zabytków. Wyznaczone sale miały służyć potrzebom wojska. Wśród wielu wersji krążących na temat przebudowy, jedna dotyczy usytuowaniu w zamku głównej kwatery Hitlera, bądź Wehrmachtu. Jeżeli kompleks Riese w Górach Sowich nie był przeznaczony na kwaterę Hitlera, lub dla poszczególnych sztabów, to tym bardziej zamek Książ nie mógł być przeznaczony pod kwaterę Hitlera. Kompleks Riese (Gigant) był przeznaczony pod „Centrum przetwarzania uranu, i placówkę badawczo-rozwojową dla tajnych broni”, które dotyczyło wydobycia, ługowania, badań nad uranem, zarówno dla maszyn produkujących energię i broni wojennej. Zamek Książ był częścią kompleksu Riese, więc mógł być włączony do programu nuklearnego.

W 1941 r. z rozkazu gauleitera NSDAP Karla Hanke (1903-1945), gauleiter Dolnego Śląska 1941-1945 i dowódca SS w 1945 r., zamek wraz z przyległymi obszarami otoczono gęstymi zasiekami z drutu kolczastego, kordonem wartowników i zmową milczenia. Do jego wnętrz sprowadzono 1000 robotników z paramilitarnej organizacji „Todt”, którzy zapoczątkowali przebudowę twierdzy na nową Kancelarię Rzeszy. Wkrótce ilość robotników wzrosła do 3000 osób, a całość prac przygotowawczych rozplanowano do 1950 roku. Operacja prowadzona była w ramach programu Riese, zaś kompleks w Książu otrzymał nazwę kodową Brabant 1. Kompleks był budowany przez organizację Todt pod nadzorem Xavera Dorscha.

Do prac sprowadzono więźniów z obozu koncentracyjnego Gross Rosen. Niemcy utworzyli nad Pełcznicą filię lagru – Aussenkommando Fürstenstein. W 1942 r. do Książa sprowadzono robotników z Włoch, a następnie 400 górników z Donbasu. Potem utworzono dodatkowo Arbeitslager Furstenstein, jako oddział roboczy podobozu w Głuszycy należącego do obozu koncentracyjnego Gross Rosen.

Zamek Książ. Foto: Jacek Gwiazdowski

Kompleks Książ otrzymał nazwę kodową Brabant 1. Jest to żywotnik zachodni Brabant (tuja Brabant), odmiana zimozielonej rośliny iglastej, należący do rodziny cyprysowatych (Cupressaceae). Jedna z najbardziej rozpowszechnionych form żywotnika, przeznaczona na żywopłoty formowane. Cała roślina jest trująca, ze względu na zawartość związków zwanych tujonami, które po połknięciu wywołują bóle głowy, pobudzenie nerwowe, arytmię, drgawki, uszkodzenia wątroby i nerek oraz krwawienia śluzówki żołądka, a w większych dawkach – śmiertelny bezdech.

Sama nazwa kodowa wyjaśnia w zasadzie wszystko. Na zamku, obok programu rakietowego, robiono próby z bronią bakteriologiczną.

Hitlerowi grożono w lipcu 1944 r. przez Lizbonę atakiem nuklearnym na Drezno, chyba że porzuci prace nad bronią jądrową. Drezno było miejscem niemieckich badań fizyki plazmy podczas II wojny światowej. W 1944 r. Churchill ostrzegł Hitlera przez rumuńskiego Marshalla Antonescu (rumuński dyktator), że użycie broni nuklearnej przez Niemcy spowoduje, że Wielka Brytania użyje RAF, by zrzucić Anthrax (wąglik, broń bakteriologiczna) na cały Niemcy. Wykorzystanie Anthraxu spowodowałoby głód w Niemczech w ciągu zaledwie 2 tygodni (https://www.quora.com/How-close-did-Nazi-Germany-come-to-developing-an-atom-bomb). Niemcy również prowadzili badania nad bronią bakteriologiczną.

Kurt Blome

Kurt Blome (1894-1969) był wysoko postawionym nazistowskim naukowcem przed i w czasie II wojny światowej. Był zastępcą przywódcy ds. Zdrowia Rzeszy (Reichsgesundheitsführer) i pełnomocnikiem ds. Badań nad rakiem w Radzie ds. Badań Rzeszy. W swojej autobiografii Arzt im Kampf (A Physician’s Struggle) zrównał potęgę medyczną i militarną w walce o życie i śmierć.

Blome przyznał, że w 1943 r. nakazał eksperymentować ze szczepionkami przeciwko dżumie na więźniach obozów koncentracyjnych. W 1947 r. został osądzony w procesie lekarskim pod zarzutem praktykowania eutanazji i przeprowadzania eksperymentów na ludziach. W rzeczywistości, począwszy od 1943 r. „Przejął odpowiedzialność za wszystkie badania nad bronią biologiczną sponsorowaną przez Wehrmacht i SS”. Został uniewinniony z oskarżenia o zbrodnie wojenne podczas procesu lekarzy w Norymberdze, wynikało to głównie z interwencji Stanów Zjednoczonych, a jego wcześniejsze przyjęcia były dobrze znane, więc ogólnie przyjęto, że rzeczywiście uczestniczył w eksperymentach dotyczących broni chemicznej i biologicznej na więźniach obozu koncentracyjnego.

W 1943 r. Blome pracował nad bronią bakteriologiczną, chociaż oficjalnie był zaangażowany w badania nad rakiem, co było jednak tylko kamuflażem. Blome dodatkowo pełnił funkcję zastępcy ministra zdrowia Rzeszy. Uważa się, że amerykańska interwencja uratowała Blome od szubienicy w zamian za informacje obroni biologicznej, gazie nerwowym i doradztwo w sprawie amerykańskich programów broni chemicznej i biologicznej. W listopadzie 1947 r., dwa miesiące po uniewinnieniu w Norymberdze, Blome był przez wywiad przeprowadzony przez czterech przedstawicieli Camp Detrick, Maryland, w tym dr. HW Batchelor, w którym „zidentyfikował ekspertów od broni biologicznej i ich lokalizację oraz opisał różne metody prowadzenia wojny biologicznej”.

W 1951 roku został zatrudniony przez amerykański korpus chemiczny w ramach „Projektu 63”, jednego z następców operacji Paperclip, do pracy nad wojną chemiczną. W jego aktach nie wspomniano o Norymberdze. Odmówił wizy konsulowi USA we Frankfurcie, był zatrudniony w Europejskim Centrum Wywiadu Dowodzenia w Oberursel, Niemcy Zachodnie. Pracował tam nad nigdy nie odtajnionym tajnym projektem oznaczonym w aktach sprawy zagranicznego naukowca Blome jako „Army, 1952, Project 1975”.

Erich Traub

Kolejnym uczonym był Erich Traub (1906-1985), który był niemieckim weterynarzem, naukowcem i wirusologiem, specjalizującym się w pryszczycy, księgosuszce i chorobie Newcastle. Traub był członkiem Narodowego Socjalistycznego Korpusu Motorowego (NSKK), nazistowskiego korpusu motoryzacyjnego, od 1938 do 1942 roku. Pracował bezpośrednio dla Heinricha Himmlera, szefa Schutzstaffel (SS), jako szef laboratorium czołowych bionazistów, obiekt uzbrojenia na wyspie Riems.

W latach trzydziestych studiował na stypendium w Instytucie Badań Medycznych Rockefellera w Princeton w stanie New Jersey pod kierunkiem Richarda Shope’a, prowadząc badania nad szczepionkami i wirusami, w tym wirusem wścieklizny rzekomej i wirusem limfocytowego zapalenia naczyniówki (LCM). Podczas swojego pobytu w Stanach Zjednoczonych Traub i jego żona byli wymienieni jako członkowie niemieckiego Bundu, pro-nazistowsko-niemieckiego klubu trzydziestu mil na zachód od wyspy Plum w Yaphank, Long Island, od 1934 do 1935 r.

Traub pracował na Uniwersytecie w Giessen w Niemczech w latach 1938–1942. Był członkiem nazistowskiego NSKK, korpusu motoryzacyjnego, od 1938 do 1942 roku. NSKK na procesach norymberskich został potępiony, a nie został uznany za organizację przestępczą.

Od 1942 do 1948 roku Traub pracował jako szef laboratorium w Reich Research Institute przy wirusowych chorobach zwierząt (niemiecki: Reichsforschungsanstalt für Viruskrankheiten der Tiere) na wyspie Riems (niemiecki: Insel Riems). Instytutem kierował prof. dr Otto Waldmann od 1919 do 1948 r., a Traub był wiceprezesem.

Instytut na wyspie Riems był obiektem podwójnego zastosowania w czasie II wojny światowej, w którym przeprowadzono przynajmniej niektóre eksperymenty z bronią biologiczną. Został założona w latach 1909-10 w celu zbadania pryszczycy u zwierząt, a podczas II wojny światowej zatrudniała około 20 naukowców i 70-120 pracowników. Hanns-Christoph Nagel, ekspert w dziedzinie weterynarii i broni biologicznej dla armii niemieckiej, przeprowadził tam eksperymenty, podobnie jak Traub.

Instytut był zarządzany przez Innenministerium (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych), które Reichsführer-SS Heinrich Himmler przejął w 1943 r. Szefem dowodzenia był Himmler, a w skład grupy wchodzili: dr Leonardo Conti (Przywódca Zdrowia Rzeszy), Kurt Blome, Waldmann, a następnie Traub, który specjalizował się w chorobach wirusowych i bakteryjnych. Pomagała mu Anna Bürger, która po wojnie została przywieziona do Stanów Zjednoczonych, aby pracować z programem wojny biologicznej Marynarki Wojennej.

Na polecenie Himmlera i Blome’a, zastępcy przywódcy ds. Zdrowia Rzeszy i szefa niemieckiego programu walki biologicznej, Traub pracował nad uzbrojeniem wirusa pryszczycy, który, jak doniesiono, został rozproszony przez samoloty na bydło i renifery w Rosji. W 1944 r. Blome wysłał Trauba, by podniósł szczep wirusa księgosuszu w Turcji; po jego powrocie szczep ten okazał się nieaktywny (niezjadliwy), dlatego plany dotyczące księgosuszu zostały odłożone na półkę.

Zaraz po wojnie Traub został uwięziony w radzieckiej strefie okupowanej. Został zmuszony do pracy dla Sowietów ze swojego laboratorium na wyspie Riems. W lipcu 1948 r. Brytyjczycy ewakuowali Ericha Trauba z wyspy Riems jako „cel wywiadu o wysokim priorytecie”, ponieważ znajdował się on w strefie sowieckiej i obawiali się, że Traub pomaga w ich programie broni biologicznej. Traub zaprzeczył jednak, twierdząc, że jego jedynym zainteresowaniem jest pryszczyca u zwierząt.

Traub został sprowadzony do Stanów Zjednoczonych w 1949 r. pod auspicjami programu rządowego USA Paperclip Operation. Od 1949 do 1953 roku był związany z Naval Medical Research Institute w Bethesda, Maryland.

Kilka miesięcy po podpisaniu kontraktu na Paperclip Operation, Traub został poproszony o spotkanie z amerykańskimi naukowcami z Fort Detrick, głównej siedziby wojskowej armii biologicznej w Frederick, Maryland. Jak zauważył niemiecki autorytet na temat wirusów, poproszono go o konsultację programu dotyczącego chorób zwierząt z perspektywy wojny biologicznej. Traub omówił pracę wykonaną w Instytucie Badawczym Rzeszy nad chorobami zwierząt na wyspie Riems podczas II wojny światowej dla nazistów i pracę wykonaną po wojnie tam dla Rosjan. Traub przedstawił szczegółowe wyjaśnienie tajnej operacji w Instytucie i jego działalności tam. Informacje te dostarczyły gruntu pod laboratorium chorób zwierząt morskich Fort Detrick na wyspie Plum.

Jego publicznie opublikowane badania z czasów w Stanach Zjednoczonych doniosły o badaniach nad chorobami niezwiązanymi bezpośrednio z uzbrojeniem. W 1951 opublikował raport dla Naval Medical Research Institute na temat choroby Newcastle.

Byłem w sztolni, której już nie ma

Pod zamkiem Książ wykuto czterokondygnacyjny system podziemnych korytarzy i pomieszczeń. Niektóre z tych korytarzy były tak zbudowane i zabezpieczone, ze można było poruszać się w nich samochodem. Pomieszczenia miały obudowę żelbetową, a ich wysokość dochodziła do 6 m. Poszczególne kondygnacje posiadały osobne wyjścia. To są tunele znane i zbadane, ale są też tunele nieznane. Były wykończone, a przed zakończeniem wojny wejścia zostały wysadzone i zamaskowane.

W 1966 roku zaplanowaliśmy z kolegami ze szkoły wyprawę do lochów pod zamkiem Książ. Jeden z kolegów znał wejście. Niebawem nadarzyła się okazja, gdyż na 1000-lecie Państwa Polskiego ulicami Wałbrzycha wieczorem zorganizowano manifestację. Udział w niej brały wszystkie szkoły. Rozdano nam pochodnie. Wiedząc, że pójdziemy do lochów pod Książem, schowaliśmy je. Następnego dnia piechotą poszliśmy do zamku. Było nas sześciu. Mieliśmy ze sobą pochodzie, latarki i jakąś linę.

Przed narożną basztą z lewej strony zeszliśmy w dół aż do samej Pełcznicy. Idąc brzegiem rzeki po chwili zobaczyliśmy powyżej nieduży otwór w skarpie (lisia dziura). Wchodziliśmy do niego na leżąco, ale dalej się rozszerzał. Po chwili znaleźliśmy się w bardzo dużym i wysokim lochu. Mogły się w nim mijać dwa ciężarowe samochody. Tunel cały był wybetonowany, i dokładnie wysprzątany. Przy blasku pochodni było jasno jak w dzień. Tunel przecinał stare chodnik o sklepieniu gotyckim, które po kilkudziesięciu metrach zostały zaślepione murem z cegły. Po jakimś czasie tunel schodził w dół i zaczęło przybywać wody. Idąc w wodzie po pas doszliśmy do wysadzenia, bowiem ze stropu zwisały na drutach zbrojeniowych oderwane bloki betonu. Poszliśmy dalej. Niestety, wody przybywało. Tunel schodził w dół i skręcał w prawo. Poszliśmy jeszcze kawałek i musieliśmy zawrócić, gdyż woda sięgała nam powyżej pasa, i niebezpiecznie zwisały na drutach bloki betonu ze stropu. Myślę, że pokonaliśmy ponad 1000 m., a może i więcej. Później już nigdy w tunelu nie byłem.

W latach 80. XX w. gdy byłem na zamku w Książu poszedłem zobaczyć wejście, ale otwór był już zabetonowany. Po kilku następnych latach zabetonowany otwór został zasypany ziemią. Nie mogłem go odszukać, gdyż teren został mocno porośnięty krzewami. Przypuszczam, że tunel był w zboczu wzgórza poniżej ul. Wrocławskiej przed Świebodzicami. Pod koniec wojny wejście do tunelu zostało wysadzone, i dzisiaj nie ma po nim już żadnego śladu. Prawdopodobnie w pobliżu był obóz. Do dzisiaj zachowały się słupy ogrodzeniowe, fundamenty po barakach, obozowe szambo, oraz system wodny. Potem na terenie obozu powstały ogródki działkowe. Obecnie nie ma już tam ogródków działkowych, i teren jest porośnięty gęsto krzakami. Sprawa wymaga dokładnego zbadania.

Takich tuneli jest więcej. Prace były prowadzone nie tylko pod zamkiem, ale również poza nim, w promieniu około 1 km. Właśnie w takiej odległości znalazłem dwa kolejne wysadzenia.

Kiedyś oglądałem w telewizji program Wołoszańskiego, który stał na dziedzińcu przed wejściem do zamku Książ, i między innymi powiedział (cytuje z pamięci): „Proszę Państwa, stoję w miejscu, gdzie georadar wykrył jakiś tunel pod ziemią, ale nikt nie zna jego wlotu, ani wylotu”. Prawdopodobnie mówił o tunelu, w którym byłem w 1966 r., a po którym dzisiaj już nie ma żadnego śladu.

Obóz OT w Pełcznicy, dzielnicy Świebodzic

Wiadomo, że prace prowadzono zarówno w samym zamku jak i pod zamkiem, na zboczach wzgórza, na których stoi. Wiadomo też, że wykonywali je więźniowie z KL Fürstenstein pod nadzorem OT, a obóz mieścił się w okolicy dzisiejszego parkingu.

Niewiele natomiast wiadomo o tym, że w dolinie rzeki Pełcznicy istniał drugi obóz. Przebywali tam górnicy z Donbasu, zajmujący się drożeniem tuneli. Co ciekawe, górnicy nie pracowali w znanych podziemiach. Stwierdza to jednoznacznie Żyd o nazwisku Jan Weiss, który tam pracował. Jak mówi, nigdy nie spotkał żadnego z tych górników, słyszał natomiast o istnieniu ich obozu. Gdzie zatem zatrudniano tych kilkuset fachowców, których (jak wszystko na to wskazuje) zlikwidowano pod koniec wojny w nieznanych okolicznościach. Kiedy sprowadzono pana Jana Weissa do podziemi stwierdził, że obok jednego z bocznych korytarzy znajdowało się duże pomieszczenie. Dziś jest tam gruba ściana. Weiss twierdzi ponadto, że kiedy 26 lutego 1945 roku opuszczał podziemia, żaden z chodników nie był obetonowany. Na to samo miejsce wskazał także niejaki Semeniuk – Rumun z OT – który wkrótce po złożeniu zeznań zginął w Świebodzicach w tajemniczych okolicznościach. Mówił, że wielokrotnie przechodził obok pomieszczenia, które obecnie… nie istnieje. Dodał również, że wszystkich Żydów pracujących przy betonowaniu chodników zlikwidowano (Mariusz Aniszewski, Piotr Zagórski, „Podziemny świat Gór Sowich”, Wydawnictwo Technol, 2002”).

Obóz „Ausenkommando Furstenstein” znajdował się na wyjściu z wąwozu Pełcznicy, nieopodal cisu Bolko. W marcu 1978 r. na łamach „Życia Warszawy” ukazał się artykuł Sławomira Orłowskiego, który tak opisywał życie więźniów z pełcznickiego obozu pracy:

Rok 1944 chylił się ku końcowi. Pomimo zimnej i słotnej jesieni tempo robót w lochach pod górą zamkową, wokół obiektu budowy i na samym zamku Książ nie słabło. Front na Wiśle ustabilizował się, co zarząd budowy i miejscową ludność napawało pewną otuchą. Propaganda Gebelsowska na Dolnym Śląsku, jak za najlepszych czasów, dalej święciła tryumfy, rozpowszechniając pogłoski o cudownej broni, jakoby już zdatnej do zastosowania.

Odgłosy tej propagandy dochodziły do obozu przy górze zamkowej, w której umieszczona została wielojęzyczna rzesza cudzoziemców, zwieziona do pracy w lochach pod zamkiem. Rozmawiali ze sobą na ten temat strażnicy, brygadziści z organizacji Todta i specjaliści kilku licencjonowanych niemieckich firm, które wykonywały pracę. Przechwałki nazistów sprawiały w obozie nastroje pesymistyczne. Niewątpliwie kierownictwu tego osnutego największą tajemnicą przedsięwzięcia zależało, żeby Niemcy i cudzoziemscy robotnicy nie myśleli o jakichkolwiek zmianach w sytuacji wojennej. Pierwsi bowiem wpadli w panikę, a drudzy liczyli dni dzielące od wolności, stawali się krnąbrni, źle pracowali. I dlatego z Berlina i Wrocławia napływały rozkazy, komunikaty, poufne informacje, rozpowszechniane przez placówkę polityczną miejscowego SS i gestapo. Przez pewien czas hitlerowcom udawało się osiągnąć swój cel. Nic dziwnego, zgromadzeni w obozie ludzie byli odcięci od zewnętrznego świata, zdani na łaskę olbrzymiej machiny terroru: strażników, robotników i brygadzistów z Todta, majstrów i gestapo. Jedno nieopatrzne słowo, spojrzenie na teren budowy, zboczenie z wyznaczonej trasy przemarszu lub zmiana miejsca pracy, równały się przesłuchaniu na zamku, a w najlepszym przypadku doraźnej karze, wymierzonej przez strażnika lub brygadzistę w postaci tęgiego pobicia. Wiadomości o prawdziwej sytuacji wojskowej i gospodarczej Niemiec dotarły jednak i do obozu. Stało się to w głównej mierze dzięki grupie Polaków, wywiezionych po Powstaniu Warszawskim i zatrudnionych w Książu.

Co tydzień Niemcy w obawie przed epidemią pod silną eskortą przepędzali grupki więźniów z „Ausenkommando Furstenstein” do łaźni w pobliskich Świebodzicach, gdyż w obozie były zainstalowane tylko prymitywne umywalnie, zaopatrzone w zimną wodę (…) W czasie wojny Świebodzice były małą niemiecką mieściną, dziurą zabitą deskami na peryferiach wielkiego świata i wydarzeń wojennych. Liczyły około 6 tysięcy mieszkańców. Posiadały jednak silnie rozwinięty drobny przemysł, w całości przestawiony na potrzeby wojenne. W licznych dobrze zorganizowanych fabryczkach, pracowało mnóstwo cudzoziemców, a przede wszystkim młode silne kobiety, zatrudnione w zakładach metalowych, części precyzyjnych do rakiet i samolotów (dawna fabryka zegarów), włókiennictwie, odzieży, spożywczych i koncentratów.

I tak okazało się, że w starej i prymitywnej fabryczce lin i powrozów, założonej w ubiegłym stuleciu, w niezwykle ciężkich warunkach pracują uczestniczki Powstania Warszawskiego. Jak wszystkich cudzoziemskich robotników, tak i je obowiązywał ostry rygor. Pracowały na różne zmiany, a mieszkały w nędznych barakach obozowych, szczególnie dotkliwie odczuwając pierwsze jesienne przymrozki. Sobie tylko wiadomymi drogami warszawianki dowiedziały się o kilkudziesięciu powstańcach, przywiezionych do pracy w tajemniczych lochach pod zamkiem Książ. Przypuszczały, że wśród warszawiaków znajdą swoich bliskich lub znajomych, z którymi rozdzieliło ich powstanie i zagłada miasta. Obawiały się o życie tej grupki rodaków, gdyż obóz Furstenstein cieszył się złą sławą wśród mieszkańców Świebodzic i okolicznych miasteczek. O pracach w masywie górskim i na zamku Książ okoliczna ludność mówiła z niechęcią i półgębkiem. Nikt dokładnie nie wiedział, jakie roboty są tam prowadzone. Samodzielna zamkowa placówka SS i gestapo, zabezpieczająca tajemnicę i cel robót, liczyła się z możliwością przeniknięcia pewnych informacji do świadomości okolicznej ludności. Pewne wiadomości już wcześniej ujawnili w świebodzickich knajpach i piwiarniach nieopatrznie wypuszczeni włoscy górnicy.

Ponad 3 tysiące robotników, silna kilkuset osobowa załoga wartownicza SS i policji, wielkie ilości materiałów budowlanych, tajemnicze kolumny wyładowanych samochodów, wszystko to uniemożliwiało zachowanie sekretu przedsięwzięcia. Mając do wyboru ujawnienie prawdy lub częściowe zamaskowanie robót, wydział polityczny wybrał oczywiście mniejsze zło.

Aby uspokoić domysły i ciekawskich, SS zaczęło od czasu do czasu rozpowszechniać dyskretnie pewne skąpe w fakty pogłoski o przebudowie zamku i przystosowaniu go do celów reprezentacyjnych III Rzeszy. Chodziło tu głównie od odwrócenie ogólnej uwagi od robót prowadzonych w lochach pod górą zamkową. Gwoździem zainteresowań ogółu miał być zamek, lochy powinny pozostać w cieniu robót remontowych starej budowli.

Pogłoski mówiły, że skoro to będzie siedziba reprezentacyjna brunatnych władców Niemiec, to niewątpliwie znajdą się tam również pokoje dla fuhrera. I na pewno była w tym część prawdy. Hitler miał bowiem przygotowane do swojej dyspozycji apartamenty w setkach miejscowości, na wypadek niespodziewanego przyjazdu. Szczególnie tam, gdzie działo się coś ciekawego, co by mogło doprowadzić do zwycięskiego końca wojny. A więc przy tajnych ośrodkach badawczych różnych nowych broni. Te apartamenty były przygotowane przez usłużnych gauleiterów, którzy chcieli przypochlebić się swojemu wodzowi. Były to więc tylko zarezerwowane pokoje gościnne dla Hitlera, a nie jego główna kwatera, jak z czasem zaczęto – już po wojnie – mówić o Książu. Ale propaganda SS osiągnęła swój cel. O przebudowie, a nie o lochach i w jakim celu je wykuwano, napisał w swoich wspomnieniach niemiecki dolnośląski konserwator zabytków prof. G. Grundmann. Najdziwniejsze jest jednak to, że propaganda ta święci swoje tryumfy do dziś, rozpowszechniane głównie ustami różnych amatorów szperaczy, a nawet znalazła odzwierciedlenie w encyklopedii (…).

Naziści byli mistrzami w wykorzystywaniu darmowej siły roboczej. Wracając z łaźni robotnicy „Ausenkommando Furstenstein” zabierali różne materiały budowlane ze świebodzickich fabryk. I tak doszło do krótkich spotkań warszawiaków z zamku Książ z warszawiankami z fabryki lin i powrozów. Od nich dowiedzieli się prawdy o katastrofalnej sytuacji wojennej Niemców i wiadomości te rozpowszechnili w obozie.

Podczas tych spotkań więźniowie z zamku zaczęli zaopatrywać warszawianki w koce. Oni mieli ich wystarczającą ilość, one marzły w prymitywnych barakach. Więźniowie przedzierali koce na pół, aby stan się zgadzał, dostarczali Polakom mydło, otrzymywali papierosy i trochę chleba, które warszawiankom udało się zdobyć, gdyż korzystały z odrobiny swobody podczas powrotu do baraków. Te spotkania musiały się odbywać ukradkiem, a jednocześnie niemal na oczach Niemców: strażników, robotników, majstrów. W każdej chwili mogło dojść do wykrycia zabronionych kontaktów z więźniami z zamku. Przypadkowe ujawnienie tych spotkań lub denuncjacja jakiegoś nadgorliwca groziły karą śmierci za działanie przeciwko wojennemu wysyłkowi III Rzeszy (…) Z nadejściem pierwszych mrozów w obydwu obozach zamkowych, aryjskim i żydowskim, zdarzyła się rzecz niesłychana i nie stosowana dotychczas w niewolniczym systemie III Rzeszy. Zarząd budowy otrzymał duży transport ubrań i płaszczy. Ubrano w nie tych więźniów, którzy nie mieli ciepłego przyodziewku. Były to niewiadomo skąd zdobyte przez Niemców szynele i mundury angielskie, włoskie, francuskie, amerykańskie. Naziści tak bardzo spieszyli się z kontynuowaniem prac, że zrezygnowali z pracochłonnego naszywania syjonistycznych gwiazd i rombów z oznakami narodowościowymi więźniów. Na plecach szyneli i marynarek, nogawkach spodni, zostały natomiast namalowane białą farbą duże krzyże lub sześcioramienne gwiazdy. Najciężej pracowali Żydzi, przydzielani do różnych ekip, które wykonywały roboty zarówno przy wykuwaniu lochów jak i na terenie całej budowy. Oni najbardziej odczuwali jesienne słoty i zbliżającą się zimę, pierwsze mrozy i śnieg. Byli natomiast najgorzej  ubrani. Przez porwane pasiaki widać było gołe ciało. Teraz władze obozowe ubrały ich w owe mundury. W obozie aryjskim niektórzy więźniowie również otrzymali swoje „sorty mundurowe”.

Dwaj, jedyni jak dotychczas bohaterowie i naoczni świadkowie wydarzeń w obozie „Ausenkommando Furstenstein” Jan Sitkowski i Alfred Rzepliński – pracowali w lochach i bezpośrednio nie od czuwali nadejścia zimy. Dlatego nie otrzymali żadnego przydziału ubrań i płaszczy. Ale i oni pracując stale w lochach przemarzali. Dopiero po zakończeniu wojny można było stwierdzić, że w głębi podziemnych korytarzy – bez względu na porę roku – utrzymuje się stała temperatura +7°C. Coraz częściej dochodzi do wypadków. Zginęli dwaj Francuzi – Jean z Rungis i Daniel z Paryża oraz trzech górników ukraińskich z Donbasu, ranni zostali dwaj górnicy i minerzy Włosi, a także kilku robotników z organizacji Todt. Wśród więźniów chodziły słuchy, że wycieńczeni pracą nad siły Żydzi umierają po kilkanaście osób dziennie, a ich zwłoki wywożone są do pobliskiego obozu zagłady Gross Rosen.

2. Gauleiter Erich Koch, Adolf Hitler, architekt Hermann Giesler, szef niemieckiej organizacji pracy Reichsorganis. Fot. za: agefotostock.com

Poczynania Niemców i praca przybrały objawy gorączkowego pośpiechu. Od sekretarza stanu i tajnego radcy w Berlinie Meissnera napływały coraz bardziej stanowcze przynaglenia do gauleitera Dolnego Śląska Karla Hankego z Wrocławia i generalnego wykonawcy robót prof. architekta Giesslera, brata monachijskiego gauleitera. Ale zarówno Hanke jak i Giessler, obydwaj naziści z krwi i kości, należący do starej gwardii partyjnej i tak wychodzili ze skóry, żeby roboty były kontynuowane za każdą cenę. Bowiem cena ludzkiego życia była tania. Na częstych odprawach z kierownictwem robót Hanke i Giessler stale podkreślali, że więźniowie pracować muszą do ostatniego tchu. I zaznaczyli, że od szybkiego wykończenia robót i przystosowania obiektu do użyteczności w dużej mierze zależy zwycięskie zakończenie wojny, gdyż Książ ma w tym przypadku ważne znaczenie (Tekst pochodzi z marca 1978 roku z „Życia Warszawy”. Autor artykułu jest jedynym dziennikarzem, który przez 5 lat spotykał się z byłym gauleiterem Erichem Kochem podczas jego pobytu w więzieniu na Mokotowie).

Erich Koch (1896-1986), gauleiter Prus Wschodnich, odpowiedzialny za ludobójstwo w Polsce i na Ukrainie, po wojnie ukrywał się pod fałszywym nazwiskiem. W 1950 r. Erich Koch został wydany Polsce. Aż dziewięć lat czekał na wyrok. Został skazany na śmierć, jednak wyroku nigdy nie wykonano. Oficjalnie podawano, że egzekucję odłożono ze względu na obłożną chorobę więźnia. Choć w korespondencji z władzami naczelnik więzienia twierdził, że lekarze nie widzą żadnych przeciwwskazań do egzekucji. Koch zmarł śmiercią naturalną w 1986 r. w wieku 90 lat w więzieniu w Barczewie (https://www.rp.pl/artykul/260747-Jak-SB-i-KGB-tropily-Bursztynowa-Komnate.html).

Udało się ustalić jedynie nazwiska kilku SS-manów (Krieger, Schwerk, Horvat i Lippok). Funkcję Lagerältestera pełnił Markowic. Po ustabilizowaniu się sytuacji na Dolnym Śląsku, do zamku Książ skierowani zostali nowi więźniowie, którzy pracowali aż do 6 maja 1945 r. Wówczas zostali wywiezieni w rejon Walimia i tam pozostawieni na pastwę losu.

Więźniowie pracowali dla firm: Sänger u. Laninger, Singer u. Müller, Hegerfeld, Kemna u. Co, Pischel. Prace polegały głównie na drążeniu tuneli, obróbce kamieni i układaniu kabli. Zdaniem ITS Arolsen (Międzynarodowa Służba Poszukiwań, ang, International Tracing Service, ITS) pracowali oni także w Schmiedeberg (Kowary), dokąd na krótko byli przeniesieni („Świebodzice. Dzieje miasta”, nr 5 (31), maj 2000).

Architekt prof. Herman Giesler

W 1941 r., przybył do zamku Książ gauleiter Dolnego Śląska Karl Hanke. To on wdrażał decyzję władz o zmianie przeznaczenia zamku, który miał się stać surową siedzibą dolnośląskiej NSDAP. Hitler przysłał na miejsce swojego ulubionego architekta, profesora Hermana Gieslera. Nad projektem przebudowy zamku jego biuro pracowało niemal rok i w październiku 1942 r. Giesler przedstawił swoje dzieło konserwatorowi zabytków prowincji dolnośląskiej, Guntherowi Grundmannowi. Biuro konstrukcyjne Gieslera zatrudniało 35 architektów.

3. Hitler w 1937 roku ze swoim architektem Hermannem Gieslerem. Jego pierwszy architekt i Albert Speer stoi z tyłu, uważnie nasłuchując. Hitler uwielbiał Speera, ale to Giesler, któremu dał swój najświętszy projekt, odbudowę Linzu w Austrii, gdzie zamierzał przejść na emeryturę. Fot. za: adolfhitler33.wordpress.com

Hermann Giesler (1898-1987), niemiecki architekt w czasach nazistowskich, ulubieniec Hitlera, był jednym z dwóch architektów najbardziej uprzywilejowanych i nagrodzonych przez Adolfa Hitlera (drugim był Abert Speer).

Giesler dołączył do partii nazistowskiej w 1941 r. w Organizacji Todt (OT) jako szef „Zgromadzenia Państw Bałtyckich Giesler”, jako szef Einsatzgruppe Rosja na północ od OT (1942–1944) oraz jako dyrektor OT-Einsatzgruppe VI (Gaue Bayern i Danube). Więźniowie obozu koncentracyjnego budowali broń w podziemnych fabrykach (1944-1945). W związku z tym miał odpowiedzialne zarządzanie budową w celu utworzenia przez więźniów obozu koncentracyjnego Mühldorfr Hart (1944-1945).

W przypadku projektu budowlanego w Mühldorf wpływ OT był szczególnie wysoki, ponieważ OT w Bawarii miał specjalny dostęp do władzy politycznej. Jako budowla w Mühldorf w maju 1944 r., pod zwierzchnictwem specjalnego personelu OT „Annemone”. Stało się to jednak częścią VI grupy zadaniowej OT w czerwcu lub lipcu. Szef Einsatzgruppe VI został profesor Hermann Giesler, którego Hitler wyznaczył w 1938 r. jako Generalbaurat dla „stolicy ruchu” Monachium. Giesler był odpowiedzialny za budowę bunkra w obozie koncentracyjnym Mühldorfr Hart.

W 1944 r. Trzecia Rzesza rozpoczęła prace nad budową częściowo podziemnego bunkra o nazwie Weingut I (angielski:Winnica I) w lesie zwanym Mühldorfr Hart, nieco na zachód od Mühldorfr am Inn w Górnej Bawarii. Plany budowy bunkra wymagały masywnego żelbetonowego sklepienia kolebkowego składającego się z 12 łukowych sekcji, pod którym miały być produkowane silniki odrzutowe Messerschmitt Me 262 w dziewięciopiętrowej fabryce.

4. Paryż, 30 czerwca 1940, Martin Bormann, Hermann Giesler, Arno Breker, Albert Speer, Adolf Hitler. Fot. za: https://commons.wikimedia.org

Główne biuro konstrukcyjne OT w Berlinie, a zatem zastępca Speera w OT Franz Xaver Dorsch, był odpowiedzialny za planowanie i organizację projektu. Na miejscu „OT-Einsatzgruppe Deutschland VI” (OT-Task Force Germany VI) nadzorował budowę z biur w Ampfing, Mettenheim i Ecksberg w Mühldorf. Architekt Bruno Hofmann był „OT Oberbauleiter” (Główny Lider Budownictwa). Techniczne aspekty budowy zostały przypisane firmie Polensky & Zöllner (P & Z). (https://wikivividly.com/wiki/Weingut_I).

Stanowisko Hermanna Gieslera było niepodważalne, ponieważ jego brat Paul Gauleiter z Górnej Bawarii, był premierem Bawarii i ministrem spraw wewnętrznych, a także pełniący obowiązki dyrektora spraw bawarskiego Ministerstwa Gospodarki ds. Kultury, Finansów i Wojny.

W 1939 roku Weimar został włączony do serii „nowych miast projektowych”, a Gauleiter Fritz Sauckel zlecił Gieslerowi „architekta Gauforum” wraz z zasadniczym przeprojektowaniem miasta. Sauckel mianował Gieslera w roku ukończenia honorowego obywatelstwa miasta Weimar w Villa Sauckel

W sierpniu 1943 r. został członkiem Reichstagu. W sierpniu 1944 r. Hitler umieścił go na liście Gottbegnadeten z dwunastoma najważniejszymi artystami wizualnymi, w tym czterema architektami. Niedługo wcześniej został powołany przez Alberta Speera do pracy na rzecz odbudowy zniszczonych bombami miast.

W czasie wojny Giesler i Speer mieli kilka gorących argumentów na temat stylów architektonicznych. We wrześniu 1944 r. Giesler został uznany za jednego z najważniejszych artystów Rzeszy na liście Gottbegnadeten (Gottbegnadeten-Liste).

W 1947 r. Hermann Giesler został skazany przez amerykański wojskowy sąd w procesie KZ Mühldorf w Dachau na karę dożywocia. W 1952 r. został przedwcześnie zwolniony. Pozostał nazistą do końca życia. Jego brat Paul Gisler, zbrodniarz wojenny, zmarł w wieku 49 lat, w dniu 8 maja 1945 r. On i jego żona popełnili samobójstwo, gdy Amerykanie zbliżyli się do Berchtesgaden. Zostali pochowani na Alten Friedhof (Stary Cmentarz) w Berchtesgaden, ale ich nagrobek został zniszczony. Na tym cmentarzu pochowani są także szef Reichskanzlei, dr Hans Lammers, i mentor Hitlera we wczesnych latach Johann „Dietrich” Eckart (https://ww2gravestone.com/people/giesler-hermann/).

KZ Mühldorf w Dachau podczas II wojny światowej był to kompleks obozu koncentracyjnego. Kilka alianckich nalotów skierowanych na ten obszar miało na celu skierowanie połączeń kolejowych do Monachium i zakłócenie transportu materiałów z parku przemysłowego „Innwerk” w Toging am Inn. Około 44 pracowników US Air zginęło podczas lotu powrotnego po jednym z tych nalotów. Uważa się, że ofiary cywilne są znacznie wyższe, ponieważ wiele załóg samolotów nie jest w stanie zidentyfikować swoich głównych celów.

Czy w wąwozie Szczawnika był kolejny obóz?

5. Wąwóz Szczawnika. Napis na drzewie. Foto: Stanisław Bulza.

Wchodząc do wąwozu Szczawnika od strony Pełcznicy, dzielnicy Świebodzic, jeszcze przed mostkiem, są pod lasem na skarpie rzędem wkopane betonowe słupki ogrodzeniowe z drutem kolczastym, który jest mocno pordzewiały. Czy jest to teren po obozie? Niewiadomo. Trochę dalej już w wąwozie Szczawnika są pozostałości fundamentów pod baraki. Na starych drzewach bukowych zachowały się napisy wykonane przez więźniów. Jeden z nich pod swastyką ma liczbę 41. Czy to data?

6. Wąwóz Szczawnika. Napis na drzewie. Foto: Stanisław Bulza

Na zboczach wzgórza prowadzone były roboty ziemne. Do dziś zachował się duży wał. Został usypany ziemią wybraną z jego boków, tak, że po wybraniu ziemi pozostały głębokie rowy. Mógł to być obóz tymczasowy, powstały na czas układania przez robotników kabla sieci telekomunikacyjnej „Rüdiger”. Jest to trzeci odcinek, jaki znalazłem. Tam, gdzie w gruncie była skała, i nie można było prowadzić wykopów, kabel zasypywano ziemią w kształcie wałów.

7. Wąwóz Szczawnika. Na zboczu wzgórza wał ziemny. Foto: Stanisław Bulza

Ogrodnictwo i kort tenisowy przy zamku Książ

W Książu był nowoczesny kort tenisowy, który powstał w 1907 r., kiedy przeniesiono zamkowe ogrodnictwo do pobliskiego Lubiechowa.

Ogrodnictwo powstało na tym miejscu w XVII wieku, może nawet wcześniej i produkowało warzywa i owoce na potrzeby hrabiowskiego dworu. W roku 1860 książę Jan Henryk (Hans Heinrich) XI von Pless zawarł umowę z budowniczym W. Heinzelem ze Szczawna i kamieniarzem o nazwisku Baumart pochodzącym z Chełmska Śląskiego na postawienie nowej cieplarni właśnie w tym miejscu. Służyła ona Hochbergom przez kilka dekad, ale po śmierci starego księcia w 1907 roku zapadła decyzja o budowie nowego ogrodnictwa w Lubiechowie, gdzie już wtedy projektowano ogromną Palmiarnię – mówi Mateusz Mykytyszyn z Fundacji Księżnej Daisy von Pless (https://walbrzych.dlawas.info/historia/ksiaz-amfiteatr-to-nie-amfiteatr-foto/cid,11240,a).

Wtedy zlikwidowano podzamkowe szklarnie, a stare zabudowania częściowo wykorzystano do budowy luksusowego kortu tenisowego. Przyjacielem rodziny Hochbergów był czempion Niemiec w tenisie ziemnym, hrabia Vico Voss. Często bywał w Książu i zaraził tym sportem młodszego księcia oraz jego żonę, księżną Daisy Mogli więc podczas wizyt swoich arystokratycznych przyjaciół grać z nimi na własnym korcie – tenis był wtedy niesłychanie modny w tych kręgach. Hochbergowie uprawiali go z taką pasją, że wkrótce potem dla odmiany stworzyli dla siebie kolejny kort tenisowy w Szczawnie-Zdroju (https://walbrzych.dlawas.info/historia/ksiaz-amfiteatr-to-nie-amfiteatr-foto/cid,11240,a).

Hohbergowie od dawna przyjaźnili się z hrabią Vico Vossem, i zapewne za jego namową zbudowali kort tenisowy.

Ze wspomnień księżnej Daisy:

15 lutego 1904 r., Pałac Pless, Berlin […]
Dziś wieczorem cesarz je tu obiad z Vaterem, to bankiet dla mężczyzn mający coś wspólnego z polowaniem; wydaje mi się, że nazywa się Świętem Białego Jelenia. Idę do Cyrku z Sierstorpffami, hrabią Vico Vossem i dużą grupą, by usunąć się w cień […]
”.

28 lutego 1904 r., Książ.Hrabia Vico przyjechał dziś rano; jutro popołudniu przyjedzie Lady Elcho – siostra Guya Wyndhama – wraz ze swym synem i córką, którzy studiują w Dreźnie”.

Na planie z 1783 r. „Carte vom Polsnitzer” plac nazywał sie Vorweg, ogród Hirsch Garten (Ogród Jeleni). Jest to fragment większego planu autorstwa mierniczego G.G. Maynhardta. Z zabudowaniami gospodarczymi, które ulokowano na wschód od zamku, wiązało się istnienie dwóch ogrodów o charakterze czysto użytkowym. Pierwszy stanowiła obszerna pasieka, drugi to regularna w planie, wydzielona łąka przeznaczona do wypasu świń (Schweine Garten).

Gazownictwo

W 1776 roku w okolicy Wałbrzycha po raz pierwszy w Europie dokonano koksowania węgla. W wałbrzyskich koksowniach rozpoczęto też produkcję gazu koksowniczego. Odegrało to ważną rolę w historii Wałbrzycha oraz Dolnego Śląska, jak i całej Europy. Dokonał tego nadleśniczy rodu Hochbergów z zamku Książ J. Ch. Heller. W 1799 roku wytwarzano już 140 tysięcy szaflików gazu koksowniczego z istniejących koksowni wałbrzyskich, które istniały przy czterech kopalniach. Na skalę przemysłową zaczęto produkować gaz miejski w 1850 roku. Pierwszą wałbrzyską gazownię dalekosiężną oddano do użytku w 1863 roku. Prawdopodobnie znajdowała się przy obecnej ulicy Dojazdowej, dawniejszej części ulicy Józefa Lewartowskiego (Cochiusstraße).

8. Lata 1990-96. Zbiornik gazu DOZG Zakładu Gazowniczego „Wałbrzych”. Zdjęcie z albumu „Wałbrzyski pejzaż górniczy. Fot. za: https://polska-org.pl

Według planu „Gaszentrale Niederschlesien Waldenburg-Altwasser” z marca 1925 r., zamieszczonego w książce „Das Buch der Stadt Waldenburg in Schlesien, 1925”, do sieci gazowej podłączone były między innymi następujące miejscowości: Szczawno Zdrój, Książ, Świebodzice. Punktem końcowym sieci w tych miejscowościach była Gasbehälterstation (stacja gazowa). Zbiornik gazowy to Gastank. Zbiornik gazowy służy do magazynowania gazu. W Książu nie był takiej potrzeby. Gasbehälter to pojemnik gazu.

„Amfiteatr”

Według niektórych informacji, obok zamku Książ był amfiteatr, który rzekomo miał być zbudowany obok zbiornika gazowego, ale nie ma o nim żadnych wiadomości.

9. Dezinformacja. Amfiteatr. Foto: Stanisław Bulza

Dopiero po wojnie miejsce to nazwano „amfiteatrem”, pokazywano w nim różne artystyczne przedsięwzięcia – ostatnim z nich była rekonstrukcja wydarzeń z Powstania Warszawskiego w czerwcu 2013 roku. Potem zaniechano wykorzystywania tego miejsca ze względu na to, że nie jest bezpieczne dla widzów. Czy jeszcze coś czeka je w przyszłości? Zobaczymy. Na pewno wielu wałbrzyszan wspomina je z sentymentem (https://walbrzych.dlawas.info/historia/ksiaz-amfiteatr-to-nie-amfiteatr-foto/cid,11240,a).

10. Dezinformacja. Amfiteatr. Foto: Sanisław Bulza

Jest bardzo wątpliwe, by Hochbergowie zgodzili się na zbudowanie tak brzydkiego obiektu, jakim jest amfiteatr. Elewacja betonowego obiektu została wyłożona kamieniami, by sprawiała wrażenie murów zamkowych. Jest to zamaskowanie, kamuflaż, rzeczywistego znaczenia obiektu.

Przeczytaj Część XIV.

Stanisław Bulza

Przeczytaj więcej artykułów Stanisława Bulzy na naszym portalu  >   >   > TUTAJ .

2019.06.30.
Avatar

Autor: Stanisław Bulza