O oświeconych ciemniakach


Tytuł zapożyczyłem z komentarza Grzeraltsa, a opowiadał będę dziś o specjalistach od wszystkiego. Nigdy nie zapomnę swojego egzaminu na studia. Zapytano mnie wtedy dlaczego ja, mając taki piękny zawód, a wszyscy wiedzą jaką szkołę zawodową kończyłem, chcę zostać historykiem sztuki. Nie pamiętam co odpowiedziałem, bo byłem bardzo zdenerwowany, ale musiałem wypaść przekonująco. Przez całe studia nikt nigdy nie usiłował tej mojej decyzji kwestionować, podważać, czy w jakiś sposób komentować. Może poza Michałem Nowosielskim, który parę razy poczuł się w obowiązku wyjaśnić jakimś ludziom, nieznanym mi zupełnie, że jestem takim oto dziwadłem, co po technikum leśnym poszło na historię sztuki.

Przez całe życie bardzo się pilnowałem, by nie ingerować w kompetencje innych, no chyba, że ktoś wyraźnie i jawnie zdradzał ich brak. Nie lubiłem też przyglądać się cudzej pracy i jej komentować, a to z tego powodu, że kilka lat pracowałem w tak zwanym newsroomie, który niektórzy dziś określają mianem open space. To jest koszmar. Cały czas ktoś zagląda w komputer i o tym, by się jakoś skupić nie ma mowy. Ciśnienie jednak jest i trzeba robić swoje, bez względu na wszystko.

Nienawidziłem tego i nienawiść ta została ze mną do dziś. Dlatego lubię pracować sam i swoim współpracownikom daję zawsze dużo swobody, co nie jest do końca słuszne, ale inaczej nie potrafię. Nie przypominam sobie, i uważam, że to była jakość sama w sobie, by ktokolwiek z moich kolegów na studiach, albo ktoś z wykładowców zabierał głos w sprawach odległych od jego zawodowych zainteresowań. Okay, nie widziałem tych ludzi w życiu codziennym, ale nawet politykę komentowano oszczędnie, choć wiadomo było, że wszyscy byli za UW, albo UP i za Mazowieckim. O tym, by ktokolwiek wypowiadał się na temat lasu, nie było mowy. To by dopiero było kuriozum. Więcej – do dobrego towarzyskiego tonu należało wyrażanie zdziwienia, że istnieją takie organizacje jak Polski Związek Wędkarski – tak jakby to było dziwactwo jakieś, samo w sobie.

Dzisiaj, kiedy zaglądam na profile kolegów i koleżanek, których pamiętam ze studiów, nie mogę się nadziwić. Wszyscy, albo prawie wszyscy znają się na ekologii, mają wyrobione zdanie na temat szkodników drzewostanów dojrzałych, posiedli całą wiedzę o prowadzeniu wyrębu, a niedługo zaczną pouczać jeden drugiego na okoliczność trzebieży wczesnych i późnych. Czekam aż dojdzie do rozpoznawania pędów bezlistnych i drewna bez kory. A dojdzie na pewno. I co ja mogę wobec tak postawionych kwestii zrobić? Sam nie wiem. Mogę zaapelować, żeby może spróbowali zainteresować publiczność swoją specjalizacją. To są przecież bardzo ciekawe rzeczy. Oni tego jednak nie zrobią. A jakby tego było mało, każdy kto spróbuje wkroczyć na teren, gdzie czują się kompetentni zostanie potraktowany jak wróg. To jest pewne.

Na lesie bowiem znają się wszyscy i wszyscy autorytatywnie mogą się w kwestiach gospodarki leśnej wypowiadać. Co innego historia sztuki i inne humanistyczne dziedziny. To jest wąska specjalizacja dostępna umysłom wybitnym i niezwykłym. To nie prawda. Wszyscy o tym dobrze wiemy, a ja poprzez dawne sentymenty, pozostanę tu przy tej formule łagodnego szyderstwa i dalej się nie posunę. Rzecz bowiem ma kontekst szerszy, a imię jego „żebranina o chwilę uwagi”.

Oto Jan Hartman ujął się publicznie za Kamilem D, kierowcą, który mając we krwi 2,6 promila wsiadł do samochodu i wjechał na autostradę. Czy Hartman musiał zabierać głos w tej sprawie? Nie musiał, ale jego popularność pikuje w dół, a do końca sierpnia, kiedy to weźmie udział w tym antykościelnym marszu upamiętniającym spalenie na stosie agnostyka, jeszcze daleko. Musi więc coś zrobić, by media o nim pamiętały. No ale Hartman to wykładowca akademicki, ma nawet jakiś dorobek, po co on się angażuje w takie idiotyzmy, czy nie rozumie, że to go degraduje?

Jeśli ktoś nie ma tego szczęścia i nie załapał się do dzielenie budżetów, a jest tylko „z dorobkiem”, a do tego jeszcze pokazywał się w mediach, nie może postępować inaczej, bo zginie. Wszyscy o nim zapomną. Popularność to spirala, która się rozkręca i nie ma mowy o tym, by się zatrzymała, szczególnie jeśli ktoś wpadnie na pomysł, że będzie ją „sprytnie” stymulował angażując się we wszystkie medialne hucpy. To jest początek katastrofy.

Mnie wcale nie jest żal Jana Hartmana, marzę wręcz o tym, by jak najprędzej się wykoleił, żeby już nie trzeba go było oglądać w internecie i w gazetach. Pozostaje jednak pytanie – dlaczego Jan Hartman nie próbuje nas zainteresować dziedziną, w której się specjalizuje? Otóż dlatego, że wie on doskonale iż jego specjalizacja i kariera to jeden przekręt i hucpa. Rozumie też, że nikt nie będzie traktował poważnie ani przedmiotu jego badań, ani stosowanych przezeń metod. Najmniej zaś serca i zrozumienia znajdzie wśród swoich kolegów z uczelni. Tak to już jest. Nie ma więc pan Janek wyjścia i musi gwiazdorzyć.

Wczoraj w gazowni ukazał się tekst o torturowaniu więźniów w Polsce. Okazało się, że torturowany więzień to ten morderca Kristiny z Dolnego Śląska. A znęcanie się polegało na skuciu mu kajdankami rąk i nóg, a także na podniesieniu go za ramiona do góry. Jest już specjalna organizacja, która się przypadkami takich tortur w polskich więzieniach zajmuje.

Palikot, jak to zostało wskazane w jednym z komentarzy, wzywa do prowokacji, namawia wręcz ludzi do tego by zaczepiali innych i pozwalali się bić. To jest niezwykłe jeśli weźmiemy pod uwagę, że parę lat temu Palikot domagał się wypatroszenia Lecha Kaczyńskiego, pokazano to nawet w Wiadomościach. Nikt z obecnie protestujących przeciwko zezwierzęceniu prawicy nie wypowiedział się w tej sprawie. To jest, moim zdaniem, zadziwiający przykład organizacyjnej dyscypliny. Szczekają tylko na hasło i zawsze bez refleksji.

Wczoraj w Białymstoku, odwojowanym dla sił światła, prawdy, dobra i piękna, odbyła się manifestacja solidarności z LGBT [lesbian, gay, bisexual, transgender – dopisek red. PCO]. Nie wiem dlaczego podobna manifestacja nie odbyła się w dwa miesiąca temu w Londynie, gdzie zaczepiono w metrze dwie lesbijki, najpierw je upokorzono, a następnie pobito. I nie było w całym, wielkim pociągu żadnego rycerza, który by się za nimi ujął. Czy to nie dziwne? Na ulice Londynu nie wyszedł marsz solidarności z tymi dziewczynami, a polskie organizacje LGBT nie wydały oświadczenia w tej sprawie. Ja oczywiście rozumiem, dlaczego tego nie zrobiły, ale nie oznacza to, że nie mam prawa wskazywać tej niekonsekwencji. Jacek Dehlen wziął cywilny ślub ze swoim kolegą w tym strasznym mieście, gdzie prześladuje się mniejszości seksualne, a policja nic nie robi, że o mieszkańcach nie wspomnę. Nie wstyd mu teraz? Nie chce oddać tego certyfikatu, tak jak zrzekł się przynależności do Kościoła? To zastanawiające.

Możemy sobie troszkę z nich podrwić, ale wiemy, że sprawa jest poważna, bo chodzi o to, by sprofilować przeciwnika, pozbawić go możliwości obrony, a nawet możliwości argumentowania w swojej sprawie, a na koniec zniszczyć. W jaki sposób, to już się zobaczy. To jest metoda, którą łatwo wskazać. Na pewno tego nie pamiętacie, ale ja pamiętam. Pokazywali kiedyś w telewizji taki program – Latarnia czarnoksięska. Było to podobne do programu „W starym kinie”, ale inny zasłużony funkcjonariusz opowiadał o filmach. Taki bardziej podobny do arystokraty, gdzieś z południa, z Francji, albo Włoch. Pokazywał on w tym programie głównie filmy radzieckie. Ja obejrzałem dwa – jeden o zaprowadzeniu komunizmu w Mongolii, jeszcze niemy, a drugi o wolności jaka zaświtała w ZSRR. W tym drugim wystąpiła wybitna, rosyjska aktorka, Lubow Orłowa. Grała ona kobietę, która musiała uciekać z USA, albowiem miała dziecko z Murzynem. Groziła jej śmierć za przestępstwo rasowe. Całe szczęście, było gdzie uciekać. Finałem jest sprawa sądowa, jak najbardziej publiczna, gdzie amerykański adwokat, o wyglądzie demonicznego fryzjera, tłumaczy zgromadzonym licznie towarzyszom co to jest przestępstwo rasowe. Oni zaś nie mogąc uwierzyć w jego podłość milczą. Potem wstaje jakiś zasłużony radziecki profesor – stary ubek o wyglądzie dobrotliwego pediatry – i mówi, że w ZSRR każdy może mieć dzieci jakie chce: białe, czarne, kolorowe, nawet w kropeczki. I śmieje się przy tym serdecznie. Na koniec pokazują małe, śliczne Murzyniątko.

I popatrzcie sami, czy to nie jest niezwykłe – w ciągu jednego pokolenia ludzie zapominają o tym, jak działa zbrodnicza propaganda i łapią się na te same plewy. I mowy nie ma, żeby trafił do nich jakikolwiek racjonalny argument. Wiara w to, że tym razem nie skończy się wszystko rzezią i łagrami, że teraz będzie już cudownie, jest nie do zwalczenia.

Zapraszam do księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl do sklepu FOTO MAG i do księgarni Przy Agorze.
Zapraszam też na stronę www.prawygornyrog.pl

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  29 lipca 2019.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa: Fot. za Kroniki Historyczne / wybór zdjęcia wg.pco

*

, 2019.07.30.

Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski