Kto był tajemniczym doradcą Gabriela Chrzanowskiego, czyli o prawdziwych inspiratorach budowy portu w Gdyni


Po wczorajszej popołudniowej i wieczornej lekturze postanowiłem, że nie będę Was dręczył i co ciekawsze kawałki z tego o czym będzie III tom socjalizmu, publikował będę na bieżąco. Tam jest i tak wystarczająco dużo horroru, w dodatku takiego zbieranego wprost z drogi, że nie ma się co ochrzaniać. Oto, w nawiązaniu do tekstu zatytułowanego „Niepodległa Polska jako konieczny etap na drodze do powstania niepodległego państwa Izrael”, proponuję lekturę wspomnień Feliksa Młynarskiego. Tego, który w czasie okupacji, za zgodą Sikorskiego, dyrektorował Bankowi emitującymi pieniądze okupacyjne. Po wojnie zaś – nie oskarżony wcale o współpracę z okupantem – co się przecież przytrafiło wielu Bogu ducha winnym żołnierzom AK i zwykłym cywilom, został wykładowcą nauk ekonomicznych. Te jak wiadomo są czystym szamaństwem, gorszym niż historia sztuki. Nie potrafię bowiem wyobrazić sobie co mogło dziać się w głowie człowieka stojącego tuż przy Grabskim w czasie sławetnej reformy, który później musiał zaznajamiać się w ekonomią polityczną w wydaniu lansowanym w ZSRR i w PRL. To są rzeczy silnie demaskujące ekonomię moim zdaniem. Dziś jednak nie będzie o ekonomii, ale o Gdyni i budowie portu. O największym, jeśli nie liczyć COP sukcesie międzywojennej Polski. Czytajcie uważnie, ale przytrzymajcie się przy tym koniecznie krzeseł.

W pierwszych miesiącach 1919 roku zdawało się, że mój wydział nie będzie miał wiele pracy. Sezonowe wychodźctwo do Niemiec odpadało zupełnie. Z Ameryki należało oczekiwać silnych repatriacji zamiast dalszej emigracji. Inne kraje nie wchodziły w rachubę. Wbrew temu wyrosło nagle pilne zadanie. Ze wschodu, z miesiąca na miesiąc, zaczęły napływać fale emigrantów żydowskich. Przybywali różnymi drogami, przenikali przez każdą „dziurę” graniczną. Celem ich była nie Polska lecz USA. Była to emigracja tranzytowa, którą należało się zaopiekować, aby nie musiała osadzić się stale na naszej ziemi, wbrew swoim zamiarom i naszym interesom. Na szczęście w Ameryce powstała szybko bogata w środki i wpływy organizacja żydowska, pomagająca tym emigrantom. Przedstawiciele jej zjechali do Warszawy, zostali akredytowani przy Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej. Przywieźli zarazem potwierdzenie pogłosek prasowych, że w USA rozpętała się propaganda, domagająca się wprowadzenia zakazu emigracji. W obawie, że ustawa w tej sprawie zostanie uchwalona przez Kongres, należało się spieszyć, aby możliwie dużo emigrantów przewieźć za Ocean, przed wejściem tej ustawy w życie.

Należało wobec tego liberalnie traktować zachodnie linie okrętowe, starające się o koncesje na werbunek pasażerów. Przeprowadziłem to szybko w nadziei, że droga przez Gdańsk nie będzie przedstawiała trudności, wyjazd zaś do USA był ułatwiony, ponieważ władze amerykańskie uznawały karty identyczności wystawiane przez wspomnianą wyżej organizację żydowską, jako substytut paszportów. Przejazd kolejami do portów zachodnich był droższy i komplikowały go trudności formalne na kilku granicach tranzytowych. Wyjazd więc przez Gdańsk uśmiechał się wszystkim jako najłatwiejszy i najtańszy. Zamiast jednak otwartych, formalnych przeszkód, zaczęto w Gdańsku stosować szykany różnego rodzaju, opóźniające transporty gotowe do drogi. Wprawdzie komitet żydowski przełamywał je dość gładko i lepiej od naszych władz urzędowych, ale mimo to były one sygnałami ostrzegawczymi, że ta jedyna droga łatwa, tania i dostępna może przekształcić się w zaporę nie do przebycia. Gdańsk przecież był Wolnym Miastem pod opieką Ligi Narodów i nasze uprawnienia tam były ograniczone.

Kłopoty z emigracją tranzytową i szykany gdańskie nie stanowiły oczywiście wydarzeń zasługujących na to, by dużo o nich pisać. Jeżeli mimo to piszę, to dlatego, ponieważ związały się ze sprawą wielkiej wagi, jaka się wówczas narodziła i stopniowo była realizowana. Mam na myśli pierwszy projekt i późniejszą budowę portu w Gdyni. Złośliwe stworzenie państewka gdańskiego dla zakorkowania jedynego naszego portu wywołało w kraju oburzenie. Znaleźli się zaraz romantycy, marzący o budowie drugiego portu obok Gdańska, w tej samej zatoce. Na szczęście znaleźli się także fachowcy, którzy zaraz po zaślubinach wojsk gen. Józefa Hallera z morzem pojechali na odzyskany brzeg bałtycki, aby zbadać możliwości takiego przedsięwzięcia. Ostoją ich był Gabriel Chrzanowski, szef Wydziału Żeglugi w Ministerstwie Przemysłu i Handlu. Prawą jego ręką był wybitny fachowiec, który właśnie wrócił zza granicy i postawił się do dyspozycji. On właśnie aprobował Gdynię jako najlepsze miejsce. On opracował pierwsze plany i dokonał obliczeń. Niestety w naszym rządzie i w kołach gospodarczych nie brano sprawy na serio. Nie wierzono. Niemcy zaś gdańscy głośno kpili z naszego romantyzmu i uważali go za jeszcze jeden dowód polskiego braku trzeźwego rozsądku.

Były to pierwsze i najtrudniejsze do przełamania przeszkody.

W takiej atmosferze Chrzanowski zbliżył się do mnie, aby szukać pomocy. Z nim i jego doradcą zwiedziłem teren Gdyni niedługo po dojściu wojsk Hallera do morza. Dziś jeszcze mam w oczach ubogą wioskę rybacką, jaką wówczas była Gdynia. Zapał gospodarzy stopniowo rozwiewał moje wątpliwości. Wierzyłem w realność projektu. Nie bez wpływu były moje własne trudności z emigracją tranzytową i obawy przed szykanami gdańskimi. Doszliśmy więc do wniosku, że przede wszystkim należy zbudować prowizoryczne molo, przy którym okręty mogłyby zabierać pasażerów. O ładowaniu lub wyładowywaniu towarów nie mogło być jeszcze mowy. Chodziło tylko o to, aby pokazać na przykładzie, że Gdynia nadaje się i do pełnej budowy portu, skoro można zbudować molo prowizoryczne, dostępne dla statków emigracyjnych.

Obawa, że fala emigracji tranzytowej nie zdąży odpłynąć i osadzi się na stałe na naszej ziemi, stała się nagle dostatecznie silnym argumentem, aby zaryzykować pierwszą i relatywnie niezbyt drogą próbę. Za kulisami biurokracji ministerialnej, gdzie miałem z tytułu mojej przeszłość politycznej znaczne stosunki i wpływy, popierałem inicjatywę Chrzanowskiego. Sprawę udało się załatwić pozytywnie. Rząd wyasygnował potrzebne kredyty i budowa posuwała się szybko naprzód. Już w 1921 r. byłem świadkiem, jak od nowego mola odbijał statek „Gotland”, holenderski dziesięciotysięcznik, specjalnie przystosowany do przewozu emigrantów. Odbijał z pełnym kompletem pasażerów. Omijał Gdańsk, gdzie złośliwe oczy przymykały się, aby nie patrzeć na ten sukces polskiego romantyzmu, sukces wróżący, że w ślad za tym pójdzie dalsza, regularna budowa i z czasem niemożliwe okaże się możliwym.

Żywo mam w pamięci ten pierwszy statek na wodach gdyńskich. Widzę go dzisiaj z pióropuszem dymu. Ów pióropusz wydawał mi się wówczas wywieszeniem zwycięskiego sztandaru.

Eksperyment prowizorycznego mola zrobił swoje. Przyspieszył przede wszystkim likwidację emigracji tranzytowej. Gdańsk zaprzestał szykan. Przejazd tysięcy emigrantów był zresztą dobrym interesem. Należało go przyciągać zamiast spychać na gdańskie, konkurencyjne molo. Dzięki temu, wszystkimi dostępnymi drogami, koleją i portami, udało się wyekspediować grubo ponad sto tysięcy emigrantów żydowskich, zanim w USA weszła w życie ustawa antyimigracyjna. Ale i po jej wejściu reszta fali tranzytowej powoli odpływała, ponieważ ustawa antyemigracyjna zezwalała na łączenie się członków rodzin. Nie to było jednak ważne. Zasadnicza rola polegała na tym, że przełamaliśmy niewiarę w możliwość obejścia Gdańska. Budowa portu w Gdyni nabrała charakteru państwowego, a nie tylko resortowego.

Projekt budowy zyskał szybko aprobatę rządu, który uruchomił potrzebne kredyty na wstępne roboty. Przedsięwzięciem zainteresowały się zagraniczne firmy, specjalizujące się w budowie portów. Odstraszała je początkowo nasza sytuacja walutowa. Jednak po zatrzymaniu inflacji i wprowadzeniu nowej waluty w 1924 r. już latem tego roku Władysław Grabski podpisał długoletnią umowę na budowę portu w Gdyni z czołową firmą francuską. Podpisał ją z nim razem Czesław Klarner, ówczesny wiceminister skarbu. Przed ich podpisaniem projekt umowy przeszedł także przez moją cenzurę jako dyrektora kompetentnego departamentu. Gdy zaś jesienią 1927 r. doszła do skutku pożyczka stabilizacyjna i finanse państwowe znalazły się w doskonałym położeniu, każdy rząd preliminował, a każdy sejm uchwalał coroczne, potrzebne kredyty na budowę Gdyni, budowa ta stała się hasłem narodowym. Stała się jednym z głównych sukcesów okresu międzywojennego.

W miarę jednak jak wyrastała Gdynia zanikała w pamięci ludzkiej geneza tego przedsięwzięcia. Zapomniano powoli o jego inicjatorach i o głównej przeszkodzie, jaką była niewiara w realność projektu i drwiny z rzekomego romantyzmu. Pamięć Gabriela Chrzanowskiego zachowała się o tyle, że jego imieniem słusznie nazwano w Gdyni jedną z ulic. Nie wiem, czy jest jakaś ulica imieniem jego doradcy. Nawet ja dzisiaj nie pamiętam jego nazwiska. Natomiast każdy postęp w budowie był referowany przez odpowiednich ministrów resortowych i wiązany przez opinię publiczną z ich nazwiskiem. Nie roszczę sobie oczywiście pretensji, aby mój skromny udział w genezie Gdyni zasługiwał na pamięć. Był zbyt skromny. Piszę natomiast o tej stronie ludzkiej wdzięczności, aby uczcić pamięć prawdziwych twórców Gdyni, którzy wiele w związku z tą swoją inicjatywą wycierpieli, a owocem sukcesu karmili się inni. Dzisiaj obaj nie żyją. Ale jakiś sumienny historyk odgrzebie z niepamięci ich zasługę. Jestem o to spokojny.

Zacznę to tłumaczyć od początku, bo nie wiem czy wszyscy widzą, gdzie się znajdują. Mamy rok 1919, a Feliks Młynarski zajmuje się remigracją i powrotami ludzi z zagranicy. I już na samym początku oznajmia nam, że Polska jest pułapką. Mówi o tym wprost, ale zdaje się tego nie widzieć, albowiem ktoś wdrukował mu w głowę inną jakąś hagadę. Oto zaczynają się repatriacje Polaków z USA do wyzwolonej ojczyzny. Jest rok 1919, a więc granica wschodnia nie jest jeszcze ustalona. Zanosi się na wojnę, ale nikt nie wie, jak i kiedy ona się zacznie. W tym czasie, po latach całych ściągania robotników z Galicji i Królestwa USA zamierzają ten ruch zatrzymać jedną ustawą. Ciekawe czemu? Może dlatego, że zapadła decyzja o powstaniu niewolniczej zony na wschodzie Europy? Zony o nazwie ZSRR, która właśnie nabiera kształtów realnych, choć na południu i północy – co ważne – rozsiedli się jeszcze biali generałowie, którzy blokują dostęp do portów Morza Białego i Morza Czarnego, przez co lobby żydowskie z Ameryki nie może wydobyć swoich współbraci, tych oczywiście, których wydobywać warto, z tej piekielnej czeluści w jaką zamieniła się matuszka Rosja. Judenicz i Denikin wciąż fikają. Trzeba więc – na szybko opracować jakiś plan awaryjny, który umożliwi ewakuację tych ludzi. Można to zrobić – po deklaracji prezydenta Wilsona – przez Polskę, która jakiś tam kształt będzie miała, ale o jej charakterze ustrojowym zadecyduje się później. Próby wywożenia żydów z Rosji przez Gdańsk napotykają znaczne trudności, o czym pisze wprost Młynarski. Znaczne trudności, to znaczy, że polskie organizacje nie są w stanie ich przełamać, albowiem traktowane są przez Niemców z Gdańska jak piąte koło u wozu i ludzie, którzy chcą nie wiadomo czego. Jasne bowiem jest dla tych Niemców, że z chwilą kiedy wojska sojusznicze wycofają się z terenów uznanych za polskie, Niemcy je zajmą, być może w porozumieniu z czerwonymi, a tak zwany wolny świat bezradnie rozłoży ręce. Organizacje żydowskie bez trudu pokonują piętrzące się na drodze repatriantów trudności, albowiem znają czarodziejskie słowa, które otwierają serca gdańskich urzędników. Polacy zaś nawet nie przypuszczają, że słowa takie istnieją. Nagle jednak pojawia się koncepcja prawie szalona – trzeba zbudować nowy port. Cóż to znaczy? No chyba tyle, że urzędnicy gdańscy zaczęli liczyć sobie za dużo od jednego wypuszczonego żyda. Tak sądzę. A swoją drogą ciekawe co ci sami urzędnicy robili w Gdańsku w 1940 i ile wtedy liczyli za pojedynczego żyda, pewnie się nigdy nie dowiemy, widzimy jednak, jak powstają pewne nawyki, żeby nie powiedzieć tradycja. Nie wiem jakie szanse miała koncepcja budowy portu polskiego sąsiadującego z Gdańskiem, ale Młynarski pisze, że żadne. Za to – niczym chłopiec z zaczarowanym ołówkiem – zjawił się, w otoczeniu Gabriela Chrzanowskiego, inicjatora budowy nowego portu, tajemniczy inżynier, który powrócił zza granicy. Młynarski nie pamięta jego nazwiska, choć w swoich wspomnieniach przywołuje takie szczegóły, że mnie samemu zaparło dech. Tu jednak coś poszło nie tak, nazwisko uleciało z pamięci. On to właśnie typuje Gdynię jako miejsce idealne na nowy port, a do tego jeszcze wykonuje wszystkie potrzebne obliczenia. Potem Gabriel Chrzanowski i ten tajemniczy inżynier idą do Młynarskiego, żeby uzyskać poparcie kół rządowych. I je, rzecz jasna, uzyskują. Następnie, jak wszyscy przeczytali, zaczyna się budowa wielkiego molo w Gdyni, do którego cumować będą statki zabierające na pokład żydowskich emigrantów. Ci zaś będą już mieli w kieszeni specjalne dokumenty, ważne tak samo jak paszport, które uprawniać ich będą do wjazdu na teren USA. Ja tylko przypomnę, że przez I wojną światową, do wyjazdu takiego nie był potrzebny paszport, wystarczył list napisany przez byle kogo, w którym znajdowała się zachęta do podróży, bo nie zaproszenie nawet.

Jak widzimy, kredyty na budowę molo, wyasygnował rząd polski. Nie wiem kto je spłacał, bo tego Młynarski nam nie zdradza, ale wszystko się udało i skończyło dobrze. Gdańszczanie dostali po nosie za swoją niewiarę w to, że Polak potrafi i rozpowszechnianie plotek o polskim romantyzmie, a Polska zyskała miejsce pod nowy port. Potem zaś, zapewne po zwycięskiej wojnie z bolszewikami, okazało się, że ta ustawa, której tak bały się organizacje żydowskie, nie jest wcale straszna, bo przepchnięto ją w takim kształcie, że zezwalała na łączenie rodzin. A ponieważ, o czym powszechnie wiadomo, wszyscy żydzi są spokrewnieni, kłopotu nie było żadnego. Aż do następnego rozdania kart, rzecz jasna. Rozdania, które przyznało jednak rację Niemcom, coś z nieodpowiedzialnych romantyków jednak w tych Polakach jest.

Zwróćmy też uwagę na to, że budowa portu ruszyła na całego, kiedy Polska uzyskała tak zwaną pożyczkę stabilizacyjną. Ja jeszcze nie doszedłem w czasie lektury do szczegółów dotyczących tej pożyczki, ale sądzę, że są one interesujące.

Na koniec ważne pytanie – dlaczego Polacy nie mogą mieć dziś wiz do USA skoro tyle zasług położyli w zakresie łączenia rodzin żydowskich z Rosji i Ameryki? Dlaczego do roku 1914 można było jeździć do Ameryki z przysłowiowym kwitem na węgiel w ręku, a dziś trzeba mieć paszport, wizę i Bóg jeden wie co jeszcze? Ponoć dlatego, że za dużo rosyjskich szpiegów dostałoby się do USA. Mam inne zdanie na ten temat. Utwierdza mnie w nim Feliks Młynarski. W USA może zainstalować się dowolna ilość agentów dowolnego państwa, nie ma to żadnego znaczenia. Chodzi o coś innego. O strefę zgniotu w Europie, tak myślę. A przekonuje mnie do tej koncepcji ostatecznie kariera i wyczyny tego faceta. 

On zrobił większy sukces niż Jack London i Ernest Hemingway razem wzięci. Na dziś to tyle. Pozostaje jednak jeszcze to dręczące pytanie – kim był ów tajemniczy inżynier, którego nie upamiętniono nawet nazwą ulicy w mieście Gdynia? Skąd przyjechał, zza której granicy? Kim byli jego rodzice? Ja tego niestety nie potrafię odgadnąć, ale może Wam się uda.

Zapraszam do księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl do sklepu FOTO MAG, do księgarni Przy Agorze i na stronę www.prawygornyrog.pl

Z różnych przyczyn nie mogłem wrzucić tekstu dziś rano. Ponawiam też prośbę

Tak się niestety składa, że dynamika rynku (a nie mówiłem, a nie mówiłem) w związku z okrągłymi rocznicami politycznych sukcesów Polski, jest tak słaba jak nigdy chyba do tej pory. Mamy wielkie plany dotyczące tłumaczeń, które od kilku lat są realizowane z budżetów, generowanych bieżącą sprzedażą. Niestety budżety te nijak nie pokryją dalszych, będących w trakcie realizacji projektów. Jeśli więc ktoś ma taki kaprys, żeby wspomóc mnie w tym dziele i nie będzie to dla niego kłopotem podaję numer konta. Ten sam co zwykle

47 1240 6348 1111 0010 5853 0024

i pay pal [email protected]

Jestem tą koniecznością trochę skrępowany, ale ponieważ widzę, że wielu mniej ode mnie dynamicznych autorów nie ma cienia zahamowań przed urządzeniem zbiórek na wszystko, od pisania książek, do produkowania filmów włącznie, staram się odrzucić skrupuły. Jak nic się nie zbierze trudno, jakoś sobie poradzę…

Gabriel Maciejewski

*

Wybrane [przez red. PCO] komentarze:

Hitost ubija, 20.08.2019
Stalin mial wiekszy gest, bo przylaczyl kawal ziemi poniemieckiej do Polski, zeby Zydzi mieli gdzie mieszkac po wojnie. Zydzi z Niemiec, Czechoslowacji, ZSRR i Polski. Anegdota o Churchillu dorzucajacym skwapliwie Szczecin do tych obszarow bynajmniej nie swiadczy o hojnosci wobec Polakow laureata literackiej Nagrody Nobla z 1953 r. Wpadlem na to po spotkaniu z Weissem, ktory natychmiast po zakonczeniu wojny, a przed wyjazdem do Palestyny pojawil sie akurat w Walbrzychu. Stalin w latach 1943/44 nie mogl zakladac, ze na pewno Izrael powstanie, wiec musial opracowac plan B. Kolacja wydana przez rajcow miejskich na czesc pana Weissa (to bylo jeszcze w czasach PO) tak oslabila budzet, ze w tym samym miesiacu trzeba bylo zamknac jedna z trzech ksiegarn w miescie i urzadzono tam lokal z wodka i zakaskami przynoszacy wiecej dochodu miastu. Na pytanie publicznosci, co laczy pana Weissa z miastem i dlaczego zostal zaproszony, byl w stanie tylko wydukac eee… Breslau? Obrazal Papieza mowiac, ze Jan Pawel II nie byl mile widziany podczas pielgrzymki w Izraelu cytat: „wiadomo, dlaczego”. Smial sie ludziom w twarz, ktorzy czesto maja problem, zeby przezyc od pierwszego do pierwszego, ze z towarzyszem Szmajdzinskim zalatwil sprzedaz Polsce rakiet izraelskich za 8 miliardow zlotych i ze jesli te rakiety zardzewieja w magazynie, to moze dorzucic nastepne. 10 kwietnia przy pamiastkowej tablicy Szmajdzinskiego w miejscu, gdzie mial swoje biuro poselskie (nie wiadomo, czy towarzysz w ogole bywal osobiscie w miescie) stal harcerz, byly znicze i kwiaty. W ksiazce opisujacej okolo stu najwybitniejszych mieszkancow miasta nazwiska Szmajdzinskiego nie ma. Weiss obecnie wydaje bajki dla dzieci i kazdy zydofil powinien miec bajki Weissa na polce i czytac je swoim dzieciom i wnukom. Do znanych bajkopisarzy zaliczam rowniez Tomasza Grossa i Staska Gline (Stanislaw Lehm). Niech mi ktos prosze udowodni, ze Stasiek Glina opisujacy przygody Trurla i Klapaucjusza mial cokolwiek wspolnego z nauka. Nie wiem, czy Stasiek znal dobrze chociaz jeden jezyk programowania, ale o komputerach i internecie mogl opowiadac, ze hoho! Tylko, ze jego wyobrazenie o komputerach calkowicie rozminelo sie z rzeczywistoscia, tak jak wyobrazenie Stalina o Ziemiach Odzyskanych, bo przezylo wojne zbyt malo Zydow, zeby zasiedlic i zagospodarowac ogromny teren w dorzeczu Odry, dlatego stocznia w Szczecinie zardzewiala, tereny wiejskie porastaly laki i pastwiska, wloczyly sie bezpanskie krowy, a woda regularnie zalewala Klodzko i Wroclaw, jak delte Nilu. Nie bylo pomyslu na Ziemie Zachodnie, dopoki Niemcy sie za to nie wzieli i teraz bedziemy mieli nawet zaklady mercedesa w Jaworze, skad pochodzi nowa pani marszalkini sejmu RP, moze rodzice byli z tego samego kontyngentu, co Szymek.

*

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  20 sierpnia 2019.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa: 29 kwietnia 1923 r. z udziałem prezydenta Stanisława Wojciechowskiego i premiera Władysława Sikorskiego odbyło się w Gdyni uroczyste otwarcie Tymczasowego Portu Wojennego i Schroniska dla Rybaków. Niepodległa II Rzeczpospolita zyskała okno na świat. Fot. za: tvn24.pl , 23.04.2013.. / wybór zdjęcia wg.pco

*

, 2019.08.24.
  Podziel się:
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski