NASZ DZIENNIK
Sobota-Niedziela, 30-31 stycznia 2010, Nr 25 (3651)
Dział: Myśl jest bronią
Jakuba Bermana biografia ułomna
Leszek Żebrowski
Mimo upływu dwóch dekad od zmian zapoczątkowanych w Polsce w 1989 r., w
dalszym ciągu bardzo mało wiemy o tym, co się działo w latach 1944-1989 w tzw.
Polsce Ludowej. Co najmniej do 1956 r. nie było przecież żadnego "polskiego
socjalizmu" czy też "polskich komunistów". Był co najwyżej "socjalizm/komunizm w
Polsce".
Funkcjonariusze partii komunistycznej nie czuli żadnych więzi z Polską. Dawali
temu wyraz już w okresie międzywojennym, gdy gorliwie i bez zastrzeżeń służyli w
sowieckich strukturach agenturalnych, takich jak Komunistyczna Partia Polski i
jej przybudówki.
Nie było "dobrych" i "złych" komunistów
Ukazuje się wiele przyczynków często pogłębionych i wyjaśniających "białe plamy"
z tego okresu, ale do pełnej, prawdziwej syntezy dziejów PRL bardzo dużo nam
jeszcze brakuje. W dalszym ciągu nie mamy rzetelnej wiedzy o agenturalnych
powiązaniach aparatu władzy w Polsce Ludowej (nie pojedynczych funkcjonariuszy,
ale całych struktur politycznych i bezpieczniackich), bardzo mało wiemy o
czołowych postaciach tego okresu, z konieczności więc opinia publiczna żyje w
kręgu wytworzonych przez dziesięciolecia mitów i stereotypów. Zapominamy przy
tym, że owe mity tworzone były na użytek walki o władzę w kręgach poszczególnych
komunistycznych frakcji. Mamy więc przypadek jakoby "dobrego" Władysława
Gomułki, który, jak mógł, z całą mocą przeciwstawiał się "złym" stalinowcom i
partyjnym "kosmopolitom". Z drugiej strony mamy oświeconych "liberałów",
zaciekle walczących z twardogłowymi "nacjonalistami" i funkcjonariuszami o
ograniczonych horyzontach myślowych. Z grubsza można to sprowadzić do mitologii
Października '56, gdy doszło do wyniszczających walk partyjnych między "Chamami"
a "Żydami". W wielu współczesnych publikacjach można nawet doczytać się, że z
upadku "Żydów" w partii komunistycznej należy wywodzić genezę tzw. opozycji
demokratycznej z drugiej połowy lat 70. XX wieku.
To wszystko jest jednak bardzo ułomne. Prawdziwy ideowy podział w ówczesnej
Polsce nie przebiegał bowiem pomiędzy różnymi frakcjami partii komunistycznej,
ale między komunistyczną władzą i zniewolonym społeczeństwem. Gomułka czy
Bierut, Moczar czy Berman - to nie była alternatywa dla polskich
niepodległościowców tworzących Polskę Podziemną 1939-1945 oraz walczących z nową
okupacją po 1944 roku podczas Powstania Antykomunistycznego. Komuniści cieszyli
się w Polsce znikomym poparciem, dlatego wszystkie "wybory" i "referenda" przez
nich organizowane były fałszowane. Uczył ich tego przysłany z Moskwy mjr/ppłk
NKWD Aaron Pałkin, którego przybrane zapewne nazwisko (od narzędzia ulubionego w
jego formacji) było szczególnie znamienne.
Dlatego nie powinniśmy sugerować się podziałami na "dobrych" i "złych"
komunistów, jest to bowiem nie tylko nieadekwatne do analizy ówczesnej sytuacji,
ale i głęboko niemoralne. Czy można sobie wyobrażać analizy III Rzeszy
Niemieckiej, u których podstaw byłby podział na "dobrych" i "złych" nazistów?
Historia magistra vitae est
Mamy w Polsce do czynienia z siłami, które mocno są przesiąknięte już nie tyle
dawną ideologią, co przynajmniej sentymentami organizacyjnymi, rodzinnymi i
towarzyskimi. W tym sensie "potomstwo" dawnych właścicieli Polski Ludowej
pieczołowicie zadbało o to, aby po 1989 r. nie doszło do faktycznych rozliczeń
systemu komunistycznego: prawnych, moralnych, organizacyjnych i - co warto tu
szczególnie podkreślić - majątkowych. Dlatego też stalinizm w Polsce
(ograniczony dość arbitralnie do okresu 1944-1956), a szerzej - cały okres
władzy komunistycznej rozliczony nie został. Przedstawiano różne "racje":
prawne, że jakoby nie da się tego przeprowadzić; "moralne", że nie wszyscy
towarzysze popełnili ciężkie przestępstwa, a jeśli nawet - to olbrzymia
większość z nich już dawno uległa przedawnieniu; i przede wszystkim ideowe, że
nie należy stosować zasady "odpowiedzialności zbiorowej". O rozliczeniach
majątkowych w ogóle mowy nie było, albowiem milcząco przyjęto założenie, że...
własność prywatna jest rzeczą świętą! Dlatego też "uwłaszczenie" komunistycznej
nomenklatury po 1944 r. nie podlegało jakiejkolwiek dyskusji.
A był przecież czas, zaraz po 1989 r., gdy siły starego porządku siedziały
cicho, obawiając się losu Nicolae Ceausescu (dla przypomnienia: był to przywódca
"bratniej" partii komunistycznej w Rumunii, stracony 25 grudnia 1989 r.), i były
gotowe na bardzo daleko idące ustępstwa. Był czas, żeby dokonać całkowitej
delegalizacji organizacji komunistycznych, zakazać propagowania zbrodniczej
ideologii (a za taką należało uznać komunizm), rozliczyć - w sensie prawnym -
etatowych funkcjonariuszy PPR/PZPR i funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa
publicznego 1944-1989 oraz przyjrzeć się ich nielegalnie zgromadzonym majątkom i
finansowym uposażeniom w postaci partyjnych czy ubeckich rent i emerytur.
Niestety, nie zrobiono tego, a wszelkie nieśmiałe próby w tym kierunku były
natychmiast tłumione. Posłuszny aparat propagandowy stawał na głowie, aby takie
pomysły ośmieszać jako "zoologiczny antykomunizm". Dziś pozostaje nam zatem
jedynie gorzka refleksja - czym był w istocie ten ustrój, jacy ludzie go
budowali, w jakim stopniu byli agenturą obcego mocarstwa i jakie ponieśliśmy
straty na skutek okupacji komunistycznej. Temu powinno służyć badanie naszej
najnowszej historii, w myśl zasady, że jest ona nauczycielką życia. Aby nas
jednak czegoś mogła nauczyć, musi być prawdziwa, a nie tendencyjna, unikająca
jednoznacznych ocen moralnych, politycznych i prawnych. Nie sposób sobie
wyobrazić, aby ktoś normalny zechciał badać nazizm "obiektywnie", uwzględniając
"racje i dylematy moralne" nazistów, okazując im w tym zakresie sporą
przychylność i nawołując, aby jego ocenę pozostawić wyłącznie... historii i
historykom. W całej rozciągłości akceptujemy takie podejście, że badamy i
potępiamy, oceniamy i rozliczamy, a nawet ścigamy i osądzamy. Dziwi zatem fakt,
że istnieje nadmierny zakres społecznej tolerancji dla postawy, iż z komunizmem
powinno być inaczej, stajemy więc po stronie "racji" oprawców, pomijając racje i
wrażliwość ofiar. Pomijamy zwyczajną przyzwoitość.
Ta postawa jest utwierdzana publikacjami, w których autorzy nadmiernie zżywają
się ze swymi "bohaterami", doszukują się "ludzkiego oblicza" badanej ideologii i
jej głównych architektów. A przede wszystkim stronią, jak diabeł od święconej
wody, od koniecznych ocen moralnych i jednoznacznych wniosków...
Autorka autobiografii szuka pozytywów
Mam przed sobą książkę Anny Sobór-Świderskiej "Jakub Berman. Biografia
komunisty" wydaną przez Instytut Pamięci Narodowej (Warszawa 2009). To
imponująca praca naukowa (doktorat), licząca - z aneksami i indeksami - aż 620
stron i 26 fotografii. Berman był jednym z czołowych komunistów w Polsce. W
latach 1944-1956 odgrywał jedną z najważniejszych, jeśli nie najważniejszą rolę,
niezależnie od licznych pełnionych (formalnie i nieformalnie) funkcji w aparacie
władzy. Nie było takiej dziedziny życia, na której nie odcisnąłby wówczas
swojego piętna, od spraw - wydawałoby się - najważniejszych (ideologia
komunistyczna, sprawy organizacyjne i personalne, aparat bezpieczeństwa, nauka i
sztuka), aż po drobiazgowe ingerowanie w pojedyncze śledztwa bezpieki. Czuwał on
nad ich "prawidłowym" przebiegiem, doprowadzając nie tylko do eksterminacji
polskich patriotów, ale także do ich propagandowego zohydzenia w oczach opinii
publicznej, oczywiście na podstawie spreparowanych materiałów "dowodowych".
Rzetelna biografia Jakuba Bermana jest jak najbardziej potrzebna, trudno bowiem
bez niej zrozumieć wiele spraw i wydarzeń, na które miał on przemożny wpływ. Aż
dziw bierze, że powstała dopiero teraz, chociaż lepiej późno niż wcale. Już na
początku należy sobie zadać pytanie: czy wypełnia ona dotychczasową lukę i
odpowiada na szereg podstawowych pytań? W tym celu sięgnąłem na jej koniec, aby
zobaczyć podsumowanie wysiłku badawczego autorki. Oto co ma ona nam do
powiedzenia (s. 520-521): "Nie mogę powiedzieć, że proces sublimacji nie stał
się moim udziałem. 'Przebywając' z bohaterem mojej pracy tak długo, zdążyłam się
do niego przyzwyczaić. W ostatecznym rozrachunku proces ten jednak nie
zwyciężył. Mocno przemówiło do mnie sformułowanie, jakiego użył prof. Andrzej
Paczkowski w recenzji mojego doktoratu, że w części swych wywodów dotyczących
odpowiedzialności Bermana za zbrodnie reżimu występuję bardziej jako adwokat niż
prokurator. Rzeczywiście, wobec opinii, jaką posiada 'oskarżony' w
historiografii i świadomości potocznej, aż korci, by ubrać się w togę adwokata,
nawet podświadomie. Pozwala ona może bardziej dogłębnie i sprawiedliwie spojrzeć
na pewne elementy jego biografii. Ale to raczej postawa advocatus diaboli, tyle
że w tym przypadku jego zadaniem jest znaleźć coś pozytywnego".
Pytanie podstawowe: dlaczego był komunistą?
Historyk, niezależnie od własnych sympatii i antypatii, powinien przede
wszystkim rzetelnie ustalać fakty, stawiać ważne pytania i próbować - na
podstawie zgromadzonej wiedzy - wyczerpująco na nie odpowiadać. Szukanie
pozytywów w działaniach Bermana i moralizowanie o jego "racjach" i powodach
takich, a nie innych wyborów ideowych i organizacyjnych, jest co najmniej nie na
miejscu, jest przede wszystkim przedwczesne, skoro w sumie tak mało o nim wiemy.
Berman należał do nieformalnej trójki partyjnej posiadającej w Polsce Ludowej do
1956 r. pełnię władzy. Z uwagi jednak na fakt, że umysłowo przewyższał Bolesława
Bieruta (który traktował go jak swego mentora i uważnie słuchał jego rad), był w
tej trójce postacią czołową. Jako taki ponosi więc całkowitą odpowiedzialność -
bezpośrednią i pośrednią - za wszystko, co się wówczas w Polsce działo
(oczywiście nie tylko on). Dlatego dobrze byłoby zrozumieć, co skłoniło go do
takiego wyboru drogi życiowej, że już na zawsze (miejmy nadzieję) pozostanie
jednym z symboli zbrodni komunistycznych popełnionych w Polsce po 1944 roku.
Autorka takie pytanie odważnie stawia. "Pozostaje niezwykle trudna i chyba nie
do końca możliwa do rozstrzygnięcia kwestia - dlaczego związał się z ruchem
komunistycznym?" (s. 27). Zapewne nigdy się tego nie dowiemy. Autorka posługuje
się jednak jednostronną literaturą, by ten dylemat rozwikłać. Robi to w
następujący sposób:
"Jaff Schatz, analizujący życiorysy komunistów polskich pochodzenia żydowskiego,
uważa, że główną rolę odegrało poczucie odrzucenia, alienacji w społeczeństwie,
brak możliwości rozwoju naukowego i zawodowego, a także występujący w
międzywojennej Polsce antysemityzm. (...) Adam Schaff w swoich wspomnieniach
tłumaczy fenomen atrakcyjności komunizmu dla żydowskiej młodzieży. Twierdzi, że
sytuacja młodych Żydów była beznadziejna, 'otwierały się przed nimi dwie drogi:
ucieczki w syjonistyczny nacjonalizm, co robiła większość, albo w komunizm, co
robiła mniejszość, ze względu na ryzyko i koszty takiej drogi'. Podkreśla, że
była to młodzież wykształcona w duchu nowoczesnym, szukająca dla siebie
możliwości lepszego, piękniejszego życia, ale także walki ze złem otaczającego
świata. (...) Wpływ na związanie się Bermana z ruchem komunistycznym miało na
pewno jego pochodzenie i wynikające z niego poczucie obcości i nieprzydatności
społecznej" (s. 28).
Taki sposób argumentacji należy jednak w tym przypadku całkowicie odrzucić jako
błędny i opierający się na fałszywych przesłankach. Berman wprawdzie pochodził z
żydowskiej rodziny i do końca życia swej przynależności narodowej się nie
wypierał ani jej nie odrzucił. Nie było jednak tak, że nie miał wyboru.
Pochodził z dobrze sytuowanej rodziny inteligencji żydowskiej. W 1925 r.
ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim (wszystkie dzieci
syjonisty Isera Lejba Bermana i jego żony Guty z Bernikierów otrzymały staranne
wykształcenie). Aplikacji adwokackiej nie zrobił wyłącznie dlatego, że nie
chciał. Był na uniwersytecie nieetatowym asystentem prof. Ludwika Krzywickiego,
ale swe pasje zawodowe realizował głównie jako dziennikarz. Gdzie zatem mamy
"brak możliwości rozwoju naukowego i zawodowego", jak chce Jaff Schatz, a co
bezkrytycznie przytacza autorka? Gdzie "beznadziejna sytuacja młodych Żydów", co
bezkrytycznie powtarza za Adamem Schaffem? A wymyślone przez autorkę "poczucie
obcości i nieprzydatności społecznej" w świetle jego pozycji społecznej,
zawodowej i majątkowej brzmi wprost jak farsa.
Na podstawowe pytanie swej pracy autorka nie potrafiła czy też nie zechciała
odpowiedzieć, zawężając swe rozważania do rzekomego antysemityzmu, który miałby
tłumaczyć wszystko, a zatem w jakimś sensie usprawiedliwiać wybór Bermana i w
konsekwencji jego późniejszą działalność.
Jak można o tym nie napisać?
Nieporadność autorki (bo, mam nadzieję, że nie jest to świadome ograniczenie)
widać przede wszystkim w trosce o tłumaczenie Bermana z takiego, a nie innego
wyboru życiowego, skrupulatnym przedstawianiu kolejnych etapów jego partyjnej (i
pozapartyjnej) kariery w ruchu komunistycznym, przy wykorzystaniu licznych,
często nowych źródeł archiwalnych, a całkowitym pominięciu podstawowych choćby
informacji, czym był wówczas komunizm i jego formalne struktury organizacyjne. W
1928 r. Berman wstąpił do Komunistycznej Partii Polski, organizacji nielegalnej,
całkowicie kierowanej z Moskwy, będącej narzędziem w rękach Stalina i jego
ekipy. KPP była organizacją przestępczą i w II RP zdelegalizowaną. Jej działacze
i funkcjonariusze zwalczali zaciekle państwo polskie, odmawiając mu racji bytu.
Kwestionowali jego granice (uznając działalność "niemieckich" partii
komunistycznych na Kresach Zachodnich oraz "białoruskiej" i ukraińskiej" partii
komunistycznej na Kresach Wschodnich). Działali oni, nie tylko
rozprzestrzeniając ideologię, ale stosowali terror, sabotaż, dywersję i
skrytobójstwa popełniane na funkcjonariuszach państwa polskiego, a także
pospolite napady rabunkowe w celu dodatkowego uzupełniania funduszy
organizacyjnych, i tak obficie płynących z moskiewskiej centrali. Znaczna część
aparatu organizacji komunistycznych w II RP (tzw. funki i półfunki) była na
sowieckim żołdzie. Tego w imponującej objętościowo biografii Bermana nie ma! Czy
zatem powinniśmy odnieść wrażenie, że Berman po prostu wstąpił do jednej z wielu
działających w II RP partii politycznych i realizował się jako... "polski"
opozycyjny polityk?
Czym była KPP, z pracy Anny Sobór-Świderskiej możemy się bowiem tylko domyślać.
Tak jest np. w przypadku ledwo zaznaczonych przez nią wątpliwości, że Berman
mógł być agentem "dwójki", czyli polskiego kontrwywiadu. Z drugiej strony
autorka twierdzi, że nie znalazła żadnych związków swojego bohatera z NKWD. Jest
to o tyle dziwne, że z jednej strony Berman jako jeden z nielicznych działaczy
komunistycznych nie stanął nigdy przed sądem II RP, z drugiej zaś cieszył się
zawsze bezgranicznym zaufaniem moskiewskiej centrali, choć oficjalnie żadnego
przeszkolenia w Sowietach przed wojną nie przeszedł. Takich zagadek, bardzo
pobieżnie potraktowanych przez autorkę, jest w jego biografii oczywiście więcej.
Dlaczego np. w 1928 r. otrzymał zgodę władz partyjnych na zawarcie ślubu w
obrządku żydowskim "pod baldachimem", choć komuniści tak zaciekle zwalczali
wszelkie przejawy "klerykalizmu"? Samo wystąpienie o taką zgodę mogło skutkować
jego wykluczeniem z KPP!
Obrońca polskości z beznadziejną sklerozą
Do cennych wątków książki Anny Sobór-Świderskiej należy drobiazgowe odtworzenie
jego formalnej kariery - kolejno pełnione funkcje (zarówno w KPP, jak też
podczas pobytu w Sowietach 1939-1944), rola w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach w
Polsce Ludowej, działalność zawodowa i życie prywatne po 1956 r., gdy został
"bezpartyjnym komunistą" wyrzuconym z PZPR (do końca życia starał się o powrót
do partii!). W tym celu autorka wykorzystała wiele nowych, nieznanych dotąd
archiwaliów, także pochodzących z Instytutu Pamięci Narodowej, dotyczących
inwigilacji Bermana przez SB w latach 1963-1974. Jest paradoksem, że rodzina
(córka Lucyna, żona "historyka ruchu robotniczego" Feliksa Tycha, po 1989 r.
specjalizującego się w problematyce żydowskiej) mogłaby uzyskać dla niego
status... pokrzywdzonego przez organa bezpieczeństwa.
Jako komunista w Polsce reprezentował mentalność podobną do Mieczysława Moczara
(vel Mikołaja Demki), choć jest mu stale przeciwstawiany. Moczar, niezwykle
często opisywany jako komunista "nacjonalistyczny" (co ma sugerować, że był
jakoby... polskim nacjonalistą), w 1948 r. powiedział: "Polska to jest tylko
takie powiedzenie dla narodu, to jest propaganda, żeby po prostu oszukać ludzi.
Natomiast naszą prawdziwą Ojczyzną jest Związek Sowiecki. Dzisiaj ma on granice
na Łabie, ale jutro będą Pireneje i dalej". Czy nie jest to również manifest
ideowo-polityczny Bermana? Czym ci ludzie w istocie różnili się w oczach swoich
ofiar? Zarówno jeden, jak i drugi nie ponieśli żadnej odpowiedzialności za swoje
czyny. Próba rozliczenia Bermana na forum partyjnym (VIII Plenum KC PZPR w
październiku 1956 r.) dotyczyła wyłącznie jego przestępstw w stosunku do
działaczy partyjnych. Berman, człowiek inteligentny i przezorny, prawie zawsze
mówił: "nie przypominam sobie", "nie pamiętam". W wewnątrzpartyjnej dyskusji
padły wreszcie słowa: "Cała Warszawa wiedziała, że są karce, gdzie ludzie stoją
w ekskrementach po kostki. Cała Warszawa wiedziała, że Różański osobiście
zdziera ludziom paznokcie z nóg. Tow. Berman, przewodniczący komitetu do spraw
bezpieczeństwa - nie wiedział". Takich cytatów w jej biografii nie znajdziemy.
Dlaczego? Bo ważniejsze było szukanie pozytywów?
Szkoda, że autorka tak mało uwagi poświęciła matactwom Bermana, jak również
próbom późniejszej samooceny, jak choćby dotyczącej roli, jaką odegrał w latach
1939-1941 pod okupacją sowiecką, gdy twierdził, że po prostu zajął się...
ochroną polskości. Zamiast tego autorka poświęciła dużo miejsca gołosłownym
przypuszczeniom, że zapewne po latach nie był już gorliwym komunistą: "Wydaje
się jednak, iż pewne wydarzenia, jak Grudzień '70 czy stan wojenny nie pozostały
bez wpływu na złagodzenie jego poglądów" (s. 515). Dlaczego zatem tak usilnie
walczył o powrót do PZPR, czego nie zaniechał aż do śmierci? Co było dla niego
tak fascynującego w zbrodniczej ideologii, którą stosował w Polsce w praktyce
wobec prawdziwych i urojonych "wrogów klasowych"? I w 1983 r. przyjął (z
wdzięcznością?) Medal Krajowej Rady Narodowej ustanowiony przez Radę Państwa PRL
w 40. rocznicę utworzenia tej praktycznie fikcyjnej organizacji. Dekoracja
odbyła się w gmachu Sejmu w 1983 r., zatem ekipa stanu wojennego sięgnęła w
pewnym momencie do swych najbardziej osławionych stalinowskich antenatów.
Morderca zza biurka, reżyser procesów politycznych
Był to człowiek, który zbrodnie planował i nadzorował osobiście, dbając o
najdrobniejsze szczegóły. Jakże znamienna jest odręczna notatka Bermana dla gen.
UB Romana Romkowskiego (vel Menasze Grünszpana-Kikiela, tu zwanego Romkiem,
wiceministra MBP) dotycząca prowadzenia śledztwa przeciwko Adamowi
Doboszyńskiemu: "Romku, przesyłam akt oskarżenia z jedną poprawką, t.[owarzysz]
Tomasz [Bolesław Bierut] również nie ma zastrzeżeń. Warto popracować w tym
kierunku, aby w toku przewodu sądowego jaskrawiej wystąpiła rola Watykanu,
szczególnie proniemieckich kół w Watykanie i konkretnie formy ich akcji - tak,
aby to było przekonywujące dla wierzących katolików. Na tle przewidzianych
rozmów i akcji to by mogło mieć dosyć istotne znaczenie. Trzeba zmobilizować
stare i nowe materiały i wystąpić z nimi w toku procesu" (Filip Musiał, Procesy
pokazowe w Polsce 1944-1955). Na podstawie sfałszowanych "dowodów" Doboszyński
został uznany za szpiega wielu państw, był niezwykle okrutnie torturowany,
został zamordowany 29 sierpnia 1949 roku. W jego sprawie (i nie tylko jego)
Berman odegrał więc rolę mordercy zza biurka.
Skądinąd wiemy również, że Berman miał na swoich usługach dyspozycyjnych
dziennikarzy i publicystów, którzy na jego polecenie cierpliwie fałszowali nawet
źródła historyczne. Na przykład Arnold Mostowicz spreparował nową wersję
wspomnień gen. Józefa Rybaka, uczestnika wojny 1920 roku. Czy autorka nie mogła
iść dalej tym tropem?
Zamiast tego serwuje nam pseudomoralne rozważania: "Starałam się w wielu
wypadkach wyjaśnić, dociec, wniknąć w motywy jego postępowania, dowiedzieć się,
dlaczego zrobił tak, a nie inaczej, jakie przyniosło mu to profity, a jakie
straty. Próbowałam odpowiedzieć na pytanie, jakim był człowiekiem, nie mogę
jednak, czy też nie mam prawa, oceniać go w kategorii moralnej" (s. 516). Przez
opuszczanie najbardziej interesujących - i z punktu widzenia jego biografii -
najważniejszych informacji (wspomniany brak wyjaśnienia, czym w istocie była KPP
i PPR/PZPR, jak wyglądało niezwykle krwawe "ustanowienie i utrwalenie władzy
ludowej" w Polsce po 1944 r.) nie tylko sama nie ocenia swego bohatera, ale
praktycznie uniemożliwia dokonanie tego swoim czytelnikom.
W wywiadzie dla Teresy Torańskiej, opublikowanym po raz pierwszy w
wydawnictwie tzw. drugiego obiegu (T. Torańska, Oni, Przedświt 1985), Berman sam
ocenił swą rolę: "Zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że najwyższych stanowisk
jako Żyd objąć albo nie powinienem, albo nie mógłbym. Zresztą nie zależało mi,
by ustawiać się w pierwszych rzędach. Nie dlatego nawet, że z natury jestem taki
skromny. Faktyczne posiadanie władzy nie musi wcale iść w parze z eksponowaniem
własnej osoby. Zależało mi, żeby wnieść swój wkład, wycisnąć piętno na tym
skomplikowanym tworze władzy, jaki się kształtował, ale bez eksponowania siebie.
Wymagało to, naturalnie, pewnej zręczności". Anna Sobór-Świderska wielokrotnie
dyskredytuje ten wywiad Bermana, odmawiając mu wiarygodności. Szkoda, albowiem
te słowa jej bohatera mówią nam o nim znacznie więcej niż całe partie jej
książki.
I jeszcze jedna uwaga - autorka biografii Bermana już na samym początku (we
wstępie) zauważa, że informacje o nim zawarte w internecie nacechowane są
"brakiem obiektywizmu". (...) "Do tego nurtu pseudobiografistyki, posługującej
się bardzo często inwektywami, podkreślającej żydowskie pochodzenie i szczególną
rolę w budowaniu 'żydokomuny', należy zaliczyć publikacje Henryka Pająka i
Jerzego Roberta Nowaka" (s. 7). Przywołując tu ogólnie publikacje prof. J.R.
Nowaka, powinna choć wspomnieć, co w nich należy do "pseudobiografistyki", co
jej się nie podoba i dlaczego. Profesor Nowak jest też autorem hasła "Berman
Mieczysław" w Encyklopedii "Białych Plam" (t. II, s. 311-313), czego autorka nie
zauważyła (?), nie zamieszczając tej pozycji nawet w swej bibliografii. To tylko
źle świadczy o jej intencjach - zamiast odnieść się krytycznie do publikacji
bardzo nielubianego przez nią autora, woli go całkowicie przemilczeć. Cóż, tak
jak kiedyś bywało (także w czasach Bermana) i dziś są osoby oraz publikacje
"jedynie słuszne" oraz "całkowicie niesłuszne". Tylko co to ma jeszcze wspólnego
z nauką?
www.naszdziennik.pl
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100130&typ=my&id=my61.txt]