Marcin Czajkowski – BLITZ NAD WIELKĄ BRYTANIĄ


Projekt inwazji hitlerowskich Niemiec na Wielką Brytanię nosił kryptonim Seelöwe, co oznacza „lew morski”. Zanim jednak ów zwierz wytoczyłby się na angielskie wybrzeże, miało ono zostać poszarpane orlimi szponami. Adler bowiem, czyli orzeł, był nazwą nadaną przez Göringa planowi bitwy, jaką wydał Wyspom. Bitwy lotniczej.

Od 1 września 1939 roku działania wojenne prowadzone przez armię niemiecką były nieprzerwanym pasmem sukcesów. Pod żelaznym butem padały kolejne państwa − Polska, Dania, Norwegia, Holandia, Belgia, Luksemburg… 22 czerwca 1940 roku w Compiègne, w tym samym wagonie kolejowym, w którym podpisano zawieszenie broni kończące pierwszą wojnę światową, francuski rząd Philippe’a Pétaina przyjął podyktowane mu warunki pokoju.

Następnym celem Hitlera była Wielka Brytania. Zwycięstwo nad Albionem miało zabezpieczyć niemieckie tyły i pozwolić uderzyć na sowiecką Rosję. Powodzenie inwazji na Wyspy zależało jednak od sforsowania kanału La Manche. To wprawiało w zaniepokojenie głównodowodzącego niemiecką marynarką wojenną admirała Ericha Raedera. Był świadom, że jego Kriegsmarine nie może się równać z brytyjską Royal Navy. Potrzebował wsparcia Luftwaffe.

Użycie samolotów do działań wojennych sięga czasów pierwszej wojny światowej, lecz operacje myśliwców i bombowców prowadzone na dużą skalę w 1940 roku wciąż były nowością. Prawdziwym poligonem doświadczalnym dla lotnictwa niemieckiego była hiszpańska wojna domowa. Legion Condor, wysłany do Hiszpanii, aby wesprzeć frankistów, walnie przyczynił się do wielu zwycięstw nad stroną republikańską. Jednocześnie Niemcy mieli niepowtarzalną okazję do przetestowania taktyki i uzbrojenia. To doświadczenie okazało się niezwykle cenne.

Jednak Hitler wciąż miał nadzieję, że Zjednoczone Królestwo podda się bez walki. Nie były to bezpodstawne rojenia. W angielskich kręgach władzy nie brakowało ludzi gotowych do zawarcia pokoju z Trzecią Rzeszą (np. przewodniczący Izby Lordów hrabia Halifax), nawet za cenę utraty znaczenia w Europie i zwrotu odebranych Niemcom zamorskich kolonii.

Premier Churchill nie miał jednak zamiaru układać się z Hitlerem. Nieoficjalnie podsycając nadzieje ugodowców, w istocie kupował czas niezbędny do zmobilizowania całego kraju do maksymalnego wysiłku. Na jednym ze spotkań w stanowisku dowodzenia znajdującym się w podziemiach gmachów rządowych powiedział do zgromadzonych tam wojskowych i ministrów: To jest pokój, z którego będę kierował wojną. I jeżeli nastąpi inwazja, tutaj właśnie będę siedział, na tym krześle. I będę tu siedział do chwili, aż Niemcy zostaną odparci lub wyniosą stąd mojego trupa. Bitwa była nieunikniona.

NADCIĄGA BURZA

Dowodzący Luftwaffe Hermann Göring nie czekał biernie na podjęcie przez Hitlera decy­zji o ataku i zawczasu zajął się translokacją samolotów z baz we Francji, Belgii i Holandii nad kanał. Niemcy zgromadzili do walki 969 bombowców Dornier Do-17 i Heinkel He-111H, 336 bombowców nurkujących Junkers Ju-87 (znanych jako sztukasy), 869 myśliwców Messerschmitt Me-109 i 268 Me-110. Łącznie było to niemal 2,5 tys. maszyn, zgrupowanych w trzy floty powietrzne.

Royal Air Force mógł przeciwstawić tej potędze znacznie szczuplejsze siły. Na początku lipca dysponował zaledwie 620 (skądinąd znakomitymi) myśliwcami Supermarine Spitfire i Hawker Hurricane oraz 436 bombowcami gotowymi do podjęcia działań odwetowych. Brytyjczycy mieli także pewna liczbę myśliwców Boulton-Paul Defiant, które jednak szybko okazały się nieskuteczne i nie odegrały większej roli. Obronę przeciwlotniczą zapewniało 2 tys. dział przeciwlotniczych różnego kalibru i 1,5 tys. balonów zaporowych.

Brytyjczycy mieli jednak dwa poważne atuty. Pierwszym był system radarowy oplatający od 1936 roku wschodnie i południowe wybrzeża Anglii siecią stacji zdolnych do wykrywania samolotów w promieniu 240 km. Drugim − złamane przez Polaków kody Enigmy. Pozyskane informacje spływały do stanowiska dowodzenia RAF w Bentley Priory pod Londynem, a dowódca Lotnictwa Myśliwskiego Hugh Dowding miał pełny obraz sytuacji.

Cywile z energią zabrali się do przygotowań na wypadek przełamania pierwszej linii obrony. O możliwości inwazji nikt tu nie myślał od czasów wojen napoleońskich, toteż podejmowane działania nosiły znamiona improwizacji. Celem zdezorientowania agresorów usunięto drogowskazy (na czym ostatecznie ucierpieli jedynie brytyjscy kierowcy). Pospiesznie powołano ochotniczą formację Home Guard. By ją uzbroić, odkurzono zalegające w magazynach od czasów pierwszej wojny światowej karabiny; sięgnięto nawet po strzelby myśliwskie, widły i… kije do golfa.

Podczas gdy Hitler kusił zbrojących się Brytyjczyków zawarciem pokoju, nad kanałem La Manche regularnie dochodziło do potyczek myś­liwców. Za początek bitwy powietrznej uznaje się 10 lipca, kiedy to radary wykryły dwie grupy kilkudziesięciu bombowców, które zaatakowały płynący kanałem konwój oraz porty w Kornwalii i południowej Walii. Wysłane do odparcia nalotu spitfire’y i hurricane’y starły się z messerschmittami. Brytyjscy piloci zestrzelili wtedy 13 wrogich maszyn i uszkodzili dwie, tracąc dwa myśliwce (dziesięć zostało uszkodzonych). Dla brytyjskiego lotnictwa była to cenna lekcja. Po pierwsze, okazało się, że tradycyjny szyk trzech samolotów w kluczu lecących blisko siebie był zdecydowanie mniej efektywny od stosowanego przez Niemców, którego nauczyli się podczas walk w Hiszpanii. Messerschmitty operowały czwórkami, w razie potrzeby dzieląc się na dwie pary; cały czas utrzymywały między sobą dystans umożliwiający lepszą obserwację nieba, a co za tym idzie – szybsze reagowanie. To nie wróżyło dobrze Brytyjczykom.

Po drugie, Me-109 okazał się nieco wolniejszy od osiągającego prędkość 580 km/h spitfire’a (choć jednocześniemógł operować na pułapie 10 450 m, a więc 600 m wyżej niż supermarine), a Me-110 mało zwrotny. Ta wróżba była już pomyślniejsza.

Zanim podniebne walki rozgorzały na dobre, Hitler postanowił ostatni raz odwołać się do rozsądku Brytyjczyków. 19 lipca w gmachu opery berlińskiej wygłosił perorę piętnującą Churchilla jako zbrodniczego podżegacza wojennego wiodącego swój naród ku przepaści.

Naród ów odpowiedział już godzinę po przemówieniu ustami dziennikarza radiowego Seftona Delmera. Fale BBC poniosły jego skierowaną do Führera, wypowiedzianą po niemiecku replikę: „Pozwoli pan, że powiem, co tu, w Wielkiej Brytanii, myślimy o apelu, w którym zechciało się panu odwołać do naszego zdrowego rozsądku. […] Odrzucamy go, proszę go sobie wsadzić w pański plugawy pysk!”

Zuchwałe słowa zdały się ostatecznie przekonać Hitlera do ataku. Podpisana przez niego dyrektywa nr 16 nakazywała wcielić w życie plan Seelöwe. Wstępną datę desantu wyznaczono na 15 września. Z kolei dyrektywa z 1 sierpnia zawierała wytyczne do prowadzenia poprzedzającej inwazję wojny lotniczej. Hitler zakładał, że rozgromienie RAF-u umożliwi zniwelowanie przewagi Royal Navy nad Kriegsmarine. Göring zaś nie posiadał się ze szczęścia, licząc, że potęga jego lotnictwa rzuci Anglię na kolana, co uczyni Seelöwe zbędnym. Łasy na zaszczyty, już widział się otoczony nimbem zwycięzcy. 2 sierpnia zatwierdził plan działania, ochrzczony chełpliwą nazwą Adler (orzeł), dając sobie cztery dni na unicestwienie lotnictwa myśliwskiego bazującego na południu Anglii, a od dwóch do czterech tygodni – reszty RAF. Czas miał pokazać, jak bardzo się mylił.

DZIEŃ ORŁA

Pogoda opóźniła zmasowany atak o kilka dni. 13 sierpnia dywizjony bombardujące osłaniane przez myśliwce ruszyły nad największy brytyjski port w Southampton oraz na lotniska w Eastchurch, Andover, Detling i Rochester. Dokonały dużych zniszczeń, ale brytyjskie spitfire’y i hurricane’y mocno przerzedziły szeregi sztukasów. Jeden z angielskich pilotów opowiadał później, że choć nie mógł wziąć udziału w tegorocznym otwarciu sezonu polowań na kuropatwy, tradycyjnie odbywającym się 12 sierpnia, odbił to sobie z nawiązką dnia następnego.

Niemniej Luftwaffe zanotowała wówczas rekordową liczbę 1485 lotów bojowych przy 700 odbytych przez RAF. Wracający piloci zameldowali o strąceniu łącznie 88 angielskich myśliwców przy stracie 12 maszyn własnych. Rozradowany Göring zaordynował podanie szampana w mesach pilotów, nieświadom, że otrzymane dane mocno mijały się z prawdą. Luftwaffe strąciła bowiem tego dnia raptem 13 wrogich maszyn przy stracie 34 własnych…

Już 15 sierpnia walki okazały się jeszcze bardziej zaciekłe. Niemcy zaatakowali wszystkimi trzema flotami. Hangary lotnisk stanęły w płomieniach, a pasy startowe były dziurawione jeden po drugim. Jednak RAF nie dawał się zmiażdżyć tak łatwo, jak zapowiadał to dowódca Luftwaffe, a rozdźwięk między sukcesami meldowanymi a realnie osiąganymi pogłębiał się. W pewnym momencie Göring oceniał angielskie siły na… 150 myśliwców. W rzeczywistości było ich pięciokrotnie więcej.

Największym zmartwieniem Hugh Dowdinga nie były jednak straty maszyn, lecz braki kadrowe. Aby nie tracić ludzi, zabronił im angażować się w walki nad kanałem, bowiem Niemcy znacznie skuteczniej niż Brytyjczycy wyławiali strąconych pilotów. W połowie sierpnia w żadnym dywizjonie RAF nie było pełnego stanu, mimo iż czas szkolenia skrócono z pół roku do… dwóch tygodni. Lotnicy byli coraz bardziej przemęczeni, gdyż rozkaz zażywania przez nich ośmiu godzin odpoczynku dziennie i obowiązkowego korzystania z jednego dnia wolnego w tygodniu pozostawał martwym przepisem.

Sposobem na krótką ławkę brytyjskiego lotnictwa okazali się ochotnicy przybyli z innych państw. 16 sierpnia rozpoczął służbę polski 302. Dywizjon Myśliwski Poznański, dwa tygodnie później – 303. Dywizjon Myśliwski Warszawski im. Tadeusza Kościuszki. Ogółem w bitwie o Anglię wzięło udział 143 Polaków, którzy stanowili najliczniejszą grupę obcokrajowców w służbie RAF. Następni za naszymi rodakami byli Nowozelandczycy w liczbie 94, Kanadyjczycy (92) i Czesi (87).

Lotnicy Dywizjony 303. Fot. Muzeum Pracownia Literacka Arkadiusza Fidlera.
Lotnicy Dywizjony 303.
Fot. Muzeum Pracownia Literacka Arkadiusza Fidlera.

Wyczynami rodzimych pilotów i zyskujących coraz większą sympatię cudzoziemców powszechnie interesowało się społeczeństwo brytyjskie, wszelkie informacje przechodziły jednak przez gęste sito cenzury, a przechwałkom berlińskiego radia nie dawano wiary. Toteż niecierpliwie czekano na okresowe sprawozdania premiera z przebiegu operacji wojennych. W jednym z nich, 20 sierpnia, Churchill wygłosił pamiętne słowa: Wdzięczność każdej rodziny na tej wyspie, całego naszego imperium i doprawdy całego świata – z wyjątkiem siedziby winowajców – należy się lotnikom, którzy nie bacząc na przewagę nieprzyjaciela, niezmordowani stałą walką i śmiertelnym niebezpieczeństwem, swoim męstwem i poświęceniem przechylają szalę wojny. Nigdy przedtem w czasie zmagań ludzkich tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym.

Göringowi ci nieliczni coraz bardziej zachodzili za skórę. Ustawiczne bombardowanie lotnisk nie przybliżało go bowiem do oczekiwanego sparaliżowania RAF. Zniecierpliwiony, dał pilotom wolną rękę w doborze celów – z wyjątkiem Londynu i Liverpoolu, co uzależnione zostało od wyłącznej decyzji Führera. Mimo to w nocy 24 sierpnia dwaj niemieccy piloci zabłądzili, a trafiwszy pod ostrzał artylerii przeciwlotniczej, zrzucili bomby na chybił trafił i czmychnęli. Pech chciał, że ich ładunek spadł na centralne i północno-wschodnie dzielnice Londynu. Churchill natychmiast zarządził nalot odwetowy na Berlin, dokonany następnej nocy. Nie spowodował on większych zniszczeń, lecz znacząco nadszarpnął prestiż Göringa, a kolejne ataki doprowadziły Hitlera do furii. Marszałek nie czekał z działaniem. 6 września wydał dla swych oficerów bankiet, na którym zapowiedział, że osobiście obejmuje dowodzenie bitwą, i wzniósł toast za przyszłe zwycięstwo.

LONDYN W OGNIU

7 września na bezchmurnym niebie nad kanałem La Manche zaroiło się od niemieckich samolotów. Ruchy Niemców były zaznaczane na wielkiej mapie w Bentley Priory, gdzie uważnie obserwował je Hugh Dowding. Nad Wyspy nadlatywało 300 bombowców osłanianych przez dwa razy więcej myśliwców. Po osiągnięciu brzegów Anglii winny one rozproszyć się na grupy lecące nad przypisane im cele – lotniska, zakłady przemysłowe, zbiorniki paliwa i rafinerie. Dowding rozważał ponure konsekwencje ewentualnego nalotu dokonanego zmasowanymi siłami, gdy z zamyślenia wyrwał go adiutant: To dziwne, ale mam wrażenie, że się nie dzielą.

Keith Park, komenderujący powołaną do obrony południowo-wschodniej Anglii 11. Grupą Myśliwską, poderwał do lotu wszystkie jednostki. Wśród nich znalazł się również polski dywizjon 303. Jego brytyjski dowódca mjr Ronald Kellet raportował później: Poczęstowaliśmy ich wszystkim, co mieliśmy, otwierając ogień z odległości 400 m, i odchodziliśmy od nich w chwili, gdy ich sylwetki wypełniały nasze celowniki. Jednak mimo zestrzelenia przez RAF aż 47 wrogich maszyn odsiecz była spóźniona.

Grad bomb spadł na leżący na brzegu Tamizy arsenał, londyńskie doki oraz przeludnione domy robotniczej dzielnicy East End, zbierając żniwo 400 ofiar i kilku tysięcy rannych. Łuna wznieconych eksplozjami pożarów była sygnałem naprowadzającym dla kolejnej fali bombowców, która nadleciała nocą. Powtarzający się przez cały następny tydzień scenariusz przyniósł śmierć dalszym 2 tys. londyńczyków i ruinę całym dzielnicom miasta. Churchillowi natomiast – wielką ulgę. Mimo przekonania (jak miało się wkrótce okazać, błędnego), że frontalny atak na stolicę oznacza początek desantu, premier dostrzegał jego pozytywną stronę. Skupienie przez Niemców uwagi na Londynie automatycznie zmniejszyło ich nacisk na lotniska RAF, umożliwiając odbudowę lotniczej infrastruktury i tym samym podejmowanie skuteczniejszych akcji odwetowych.

Marszałkiem Rzeszy targały natomiast sprzeczne uczucia. Uszczęśliwiony zniszczeniami powodowanymi przez jego lotnictwo we wrogiej stolicy, niepokoił się towarzyszącymi im stratami. Bombowce były strącane przez dywizjony spitfire’ów i hurricane’ów, które według niemieckiego wywiadu powinny już nie istnieć; nadto piloci messerschmittów narzekali na niewystarczający zasięg swoich maszyn. Paliwa starczało im bowiem na 80 minut lotu, odliczając zatem czas potrzebny na dotarcie nad Londyn i powrót, byli w stanie walczyć od 10 do 20 minut. Jednak Göring uparcie wierzył, że ofiary wśród ludności cywilnej miasta w końcu zmuszą Brytyjczyków do kapitulacji.

Nadzieje te okazały się płonne, choć opowieści o niezłomnych londyńczykach, którzy, nie tracąc determinacji, dzielnie znosili bombardowania, należy włożyć między bajki. W zależności od losów toczącej się powietrznej bitwy nastroje ludzi wahały się od entuzjazmu po niemal otwarty bunt wobec władz. Najbardziej niespokojny był East End, dzielnica doków, fabryk, montowni i magazynów. To właśnie domy robotników, stojące w bezpośrednim sąsiedztwie ich zakładów pracy, najczęściej padały ofiarami nalotów. W tym samym czasie dalsze (i bogatsze) kwartały miasta spały dużo spokojniej, co sprawiało wrażenie, że poszczególne warstwy ludności znoszą ciężary wojny w nierównym stopniu. Fakt, że władze miasta bardziej troszczyły się o zgromadzenie zapasów tanich trumien i niegaszonego wapna niż o budowę porządnych schronów w uboższych dzielnicach, dopełniał czarę goryczy.

13 września zbłąkana bomba przebiła się przez dach pałacu Buckingham i eksplodowała w królewskiej kaplicy, około 70 m od pokoju, w którym przebywał król Jerzy VI z małżonką Elżbietą. Królowa, nie tracąc rezonu, oznajmiła: Cieszę się, że nas zbombardowano. Dzięki temu mogę spojrzeć w oczy mieszkańcom East Endu. Premier pomyślał w ten sam sposób, nakazując, by informacja o tym zdarzeniu trafiła na czołówki gazet. Zmiana nastrojów społecznych nie nastąpiła od razu, lecz z czasem dało się wyczuć nowego ducha.

BLITZ NOCĄ

Nastał 15 września, czyli dzień realizacji planu Seelöwe. Göring, obiecawszy Hitlerowi przełom, zmobilizował do lotu 400 bombowców i 700 messerschmittów. Smugi kondensacyjne poprzecinały niebo we wszystkich kierunkach, gdy na spotkanie Luftwaffe wyleciały myśliwce RAF. Brytyjczycy zestrzelili 61 maszyn nieprzyjaciela, a kilkadziesiąt kolejnych zmusili do odwrotu z poważnymi uszkodzeniami. 15 września zapisał się w pamięci Brytyjczyków jako Dzień Bitwy o Wielką Brytanię. Przełom faktycznie nastąpił, gdyż Hitler odłożył inwazję na czas nieokreślony, polecając wciąż nękać Londyn nalotami.

Rosnąca liczba strąconych samolotów wymusiła na dowódcy Luftwaffe zmianę strategii. W październiku nakazał dokonywać wyłącznie nocnych nalotów, w dodatku na dużych wysokościach, co znacząco osłabiało celność ataku, ale pozwalało bombowcom operować poza zasięgiem artylerii i reflektorów. Szala wojny przechyliła się na moment na korzyść Niemiec. Brytyjczycy nie mieli bowiem w tym czasie prawie żadnego myśliwca do walki w ciemnościach – przystosowane do tego celu beaufightery (myśliwce Bristol Beaufighter) dopiero zaczynały schodzić z taśm montażowych.

Sytuację uratowali naukowcy zorganizowani w zespół o nazwie 80. Skrzydło RAF. Ci spece od elektroniki rozgryźli niemiecki sposób naprowadzania na cele nocą. Polegał on na przesyłaniu z wybrzeży Francji wiązki sygnału radiowego, który brzmiał w słuchawkach pilota jako ciągły ton, przechodząc w przerywany w razie zejścia z kursu. Na krótko przed osiągnięciem wyznaczonej pozycji z pierwszym sygnałem krzyżował się drugi, powodując zmianę dźwięku. Wtedy załoga spuszczała bomby. Wystarczyła ingerencja polegająca na wysłaniu fałszywej wiązki, by piloci mylili się lub zrzucali bomby na ślepo. Takie osłabianie celności wroga miało pozytywny wpływ na morale ludności Londynu. Bomby groziły odtąd w równym stopniu biedakom z East Endu i właścicielom domów na Park Lane.

Ci pierwsi zaczęli się kryć nocami na peronach metra. Wkrótce w całym mieście stały się one celem conocnych pielgrzymek londyńczyków, którzy zjeżdżali ruchomymi schodami z dziećmi, kocami oraz zapasami jedzenia i picia. Władze, po początkowych próbach odwodzenia ich od tego pomysłu, otworzyły w podziemiach dodatkowe toalety i punkty pierwszej pomocy. Wkrótce na stacjach metra mimo ciężkich warunków zaczęło kwitnąć życie towarzyskie; na perony z improwizowanymi skeczami zaglądali nawet aktorzy, z Lawrence’em Olivierem na czele.

Pod koniec jesieni Luftwaffe zaczęła bombardować kolejne miasta. Glasgow, Manchester, Liverpool, Birmingham i Bristol usiane były lejami po bombach i wypalonymi ruinami. Społeczeństwo było coraz bardziej zmęczone. Od początku 1941 roku Churchill mobilizował ludność ciągłymi ostrzeżeniami o nadchodzącej niemieckiej inwazji, mijał się jednak z prawdą – z przechwyconych szyfrogramów i innych źródeł wywiadowczych wiedział doskonale, że Hitler zrezygnował z operacji Seelöwe. Na początku maja Göring zarządził dyslokację większości sił Luftwaffe na wschód, aby użyć ich przeciwko Związkowi Sowieckiemu.

Ostatni wielki nalot zaczął się 10 maja 1941 roku o godz. 23.30 i trwał do 5.30 rano następnego dnia. W tym czasie niemieckie samoloty zrzuciły na Londyn ponad 700 ton bomb zapalających i burzących, które wywołały 2200 pożarów. Wobec niskiego poziomu wody w Tamizie ogień rozprzestrzenił się szybko, obejmując w pewnym momencie aż 280 ha miasta. Zginęło niemal półtora tysiąca londyńczyków, drugie tyle odniosło rany. Bomby trafiły we wszystkie dworce kolejowe, gmach Parlamentu, opactwo Westminster, Muzeum Brytyjskie i słynną Tower. Nie ominęły też Big Bena, przebijając wieżę i osmalając tarczę. Mechanizm zegara pozostał jednak nietknięty i dalej wybijał kuranty.

Wreszcie w sierpniu, gdy walki w ZSRR niemal bez reszty pochłonęły militarny wysiłek Trzeciej Rzeszy, londyńskie gazety ogłosiły: Blitz się skończył! W wyniku walk nad Anglią strącono 1733 samoloty niemieckie i 915 brytyjskie. Zginęło 497 pilotów RAF oraz 2,5 tys. Luftwaffe (wraz z członkami załóg bombowców). Ci ostatni zrzucili łącznie niemal 37 tys. ton bomb, które zabiły 44 tys. ludzi, raniły 50 tys. oraz zniszczyły blisko milion budynków. Zjednoczone Królestwo ogłosiło krwawo okupione zwycięstwo.

ZMIERZCH BOHATERÓW?

Hugh Dowding nie doczekał się triumfu. Jeszcze 25 listopada 1940 roku został odwołany ze stanowiska dowodzącego Lotnictwem Myśliwskim ze skutkiem natychmiastowym. Decyzja ta była podyktowana po części sprzeciwem wojskowych wobec przyjętej przez niego strategii. Wielu było zdania, że lepsze efekty można było osiągnąć, kładąc nacisk na odwetowe działania większej liczby bombowców. Nie bez znaczenia jednak była także niechęć, jaką Dowdinga darzyło wiele wpływowych osobistości w kręgach władzy, z szefem rządu na czele.

Churchill po kilku latach podzielił los podwładnego. Zmęczeni wojną Anglicy poszli do urn w lipcu 1945 roku i podziękowali swemu premierowi, oddając głosy na dotychczas opozycyjną Partię Pracy.

Nie zapomniano natomiast o poległych lotnikach. Co roku 15 września na pamiątkę Dnia Bitwy o Wielką Brytanię na ich grobach płoną tysiące świec.

Mówią Wieki: http://www.mowiawieki.pl

http://www.mowiawieki.pl/artykul.html?id_artykul=3097 .

 

POLISH CLUB ONLINE

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci