Łukasz Warzecha: CZAS SASKI


clip_image001

Do dziś trwają między historykami spory o to, czy wiek XVIII, czas rządów dynastii saskiej, a następnie Stanisława Augusta Poniatowskiego, były dla Polski naprawdę aż tak nieszczęśliwe. Rezultat – zniknięcie państwa z mapy Europy, z krótkim i kalekim bytem cząstkowym pod postacią Księstwa Warszawskiego, a po klęsce Napoleona – Królestwa Polskiego pod berłem Aleksandra I i jego następców – potwierdza jednak taką tezę. Tak, to był czas nieszczęśliwy.

Widać to jednak wyraźnie dopiero z odpowiedniej perspektywy. Ludzie, żyjący w czasach Augusta Mocnego w większości nie musieli wcale mieć wrażenia, że są świadkami upadku Rzeczypospolitej. Mogło im się wydawać, że jest wręcz przeciwnie. Owszem, przemarsze obcych wojsk po polskim terytorium były zapewne nieco uciążliwe, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Był wszak król w Warszawie, był Sejm, kwitły magnackie fortuny, dobrze miała się sztuka, Belotto malował piękne weduty z widokami Warszawy, powstawały wspaniałe budynki, formalnie Rzeczpospolita miała się dobrze, choć oczywiście nie brakowało „drobnych trudności”. Dla części społeczeństwa szlacheckiego szok nastąpił dopiero w latach 60., stąd rozpaczliwa konfederacja barska.

Nie sposób dzisiaj zobaczyć współczesnych nam czasów z takiej perspektywy, z jakiej możemy oglądać wiek XVIII. Nieodparcie nasuwają się jednak porównania: przy pozorach państwowości, a nawet sukcesów, pod wierzchnią warstwą następuje gnicie podstaw państwa. Publika w dużej części tego nie dostrzega, mamiona opowieściami o spokojnym i dostatnim życiu (za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa). Można zadać sobie pytanie, czy – podobnie jak w XVIII-wiecznej Polsce – zewnętrzne siły nie zyskują zbyt dużego wpływu na naszą politykę. A jeżeli nie, to co robili na dorocznej odprawie polskich ambasadorów Siergiej Ławrow oraz przedstawiciel niemieckiego MSZ?

W historii III RP były już okresy, gdy dominowało poczucie beznadziei i biernego oczekiwania na jakieś wydarzenie, które zmieni sytuację. Ostatni taki czas to okres rządów Marka Belki: nie mający nawet sejmowej większości lewicowy rząd, wywodzący się z formacji, skompromitowanej aferą Rywina, niezdolny do jakichkolwiek poważniejszych działań, zarządzający jedynie zastygłym w bezruchu państwem. To były bardzo przykre miesiące, ale wówczas poczucie beznadziei nie było jednak tak dojmujące. Po aferze Rywina z marazmem mieszała się nadzieja, płynąca z ostrego współzawodnictwa dwóch sił opozycyjnych – Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. Nie było to jednak współzawodnictwo, jakie znamy dzisiaj, ale konkurencja o to, która z sił mocniej i śmielej zabierze się za przebudowę polskiego państwa. Oba ugrupowania mały to czynić solidarnie.

Dziś takiej nadziei nie ma. W tunelu nie ma żadnego światełka. Niemal pełnię władzy dzierży partia, której lider otwarcie mówi, że nie obchodzi go przyszłość, a jedynie czas teraźniejszy. Partia, która wyspecjalizowała się w pozornych, pseudopolitycznych przedsięwzięciach, a jednym z jej niewielu namacalnych sukcesów są „orliki”. Partia, która sprowadziła debatę publiczną do poziomu telewizyjnych szoł z celebrytami oraz – poprzez niektórych swoich członków – przyczyniła się jak żadna inna do skrajnej brutalizacji języka.

Opozycja jest zajęta sama sobą, a jej lider deklaruje, że zasadniczym problemem jest „zwalczanie nielojalności” w jej własnych szeregach. Opozycja jest słaba i nie ma na siebie pomysłu, a w każdym razie ma pomysł tylko dla swoich najwierniejszych zwolenników, w ekspresowym tempie marnując kapitał z wyborów prezydenckich. Jedyną sprawą, do której tak naprawdę się przykłada, jest kwestia katastrofy smoleńskiej, i tak niemożliwa do wyjaśnienia bez posiadania choćby jednego przyczółka realnej władzy. A na jego zdobycie się nie zanosi. Ugrupowanie to nie jest nawet w stanie wskazać takiego kandydata na prezydenta stolicy, który miałby szansę choćby na mocne drugie miejsce. Ściśle rzecz biorąc, nie jest w stanie wskazać żadnego kandydata.

Druga partia opozycyjna, lewicowa, zresztą coraz wyraźniej biorąca udział w podziale tortu władzy (vide sytuacja w mediach publicznych), postawiła na otwarcie nowej wojny światopoglądowej, co oczywiście rozpala umysły – tak jak w XVIII wieku kwestia innowierców – ale niewiele ma wspólnego z realnymi problemami państwa. Wypracowany w tej dziedzinie w latach 90. kompromis sprawdzał się znakomicie, a jego obalenia chce jedynie marginalne środowisko, którego znaczenie wyolbrzymiają lewicowe media.

Jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci polskiej historii pozostaje król Stanisław August Poniatowski. Do dziś trwają o niego ostre spory. Jedni – jak Jarosław Marek Rymkiewicz – widzą w nim po prostu zdrajcę, inni – jak Józef Hen – człowieka ambitnego, chcącego dobra państwa, ale skrępowanego przez okoliczności. Która opinia jest prawdziwa – nie sposób rozstrzygnąć. Zapewne do końca ani jedna, ani druga. Donald Tusk miał kiedyś zadatki na Poniatowskiego – czy w wydaniu lepszym, czy gorszym, o to pewnie trwałyby spory jak o samego króla Stasia – ale dziś przywodzi na myśl raczej Augusta III, królującego upadającemu państwu przy pokrzykiwaniach chaotycznej i bezsilnej opozycji i werblach maszerujących przez nasze ziemie obcych wojsk.

Upadek I Rzeczpospolitej nie był skutkiem złośliwości naszych sąsiadów. Oni po prostu wykorzystali – zgodnie z obowiązującymi wówczas metodami uprawiania polityki – nadarzającą się okazję. Źle by o nich świadczyło, gdyby tego nie uczynili. Pretensję mogliśmy mieć głównie do siebie.

Podobnie głównie do siebie będziemy mogli mieć pretensję, jeśli za lat kilkadziesiąt okaże się, że świat nie stał w miejscu i znów nasi sąsiedzi skwapliwie skorzystali z okazji. Oczywiście nie skończy się to rozbiorem ani zapewne najazdem na polskie terytorium. Po co atakować armią, skoro można rozciągnąć swoje wpływy w całkiem inny sposób, poprzez powiązania gospodarcze, redukcję dostępnych funduszy i podporządkowanie sobie liderów dzięki ogranym metodom nacisku psychicznego i marchewce w postaci różnego rodzaju pustych gestów?

Od objęcia tronu przez pierwszego króla z dynastii Wettinów (1697) do ostatecznego upadku państwa polskiego (1795) upłynęło 98 lat. Tyle że czas biegł wówczas znacznie wolniej niż dziś. Ile czasu mamy teraz? Ciekawe, czy któryś z zapatrzonych w siebie liderów politycznych zadaje sobie to pytanie.

Esej Łukasza Warzechy, wPolityka.pl – 6 września 2010 r.
Żródło:
wPolityce.pl – http://wpolityce.pl/
http://wpolityce.pl./view/1632/CZAS_SASKI__Wazny_esej_Lukasza_Warzechy__specjalnie_dla_wPolityce_pl.html

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek