Adam Wielomski: Polityka bez Boga i konsekwencje, demokracja bez Boga (cz. I)


Właściwie od początku przemian demokratycznych w Polsce, czyli od roku 1989, jednym z głównych punktów sporu w polskiej polityce jest kwestia zwana potocznie mianem wartości chrześcijańskich, a którą lepiej i trafniej byłoby jednak określić mianem sporu o miejsce Boga w życiu publicznym oraz o afirmowanie przez Państwo Polskie cnót chrześcijańskich.

image Nikt poważny, znający polską historię, nie może zanegować roli jaką Kościół katolicki odegrał dla zachowania polskości i przekazania idei niepodległej Rzeczypospolitej w trakcie rozbiorów czy w okresie komunistycznym. Jak ujął to trafnie na początku XIX wieku Patron naszej Szkoły Bogdan Jański, „w Chrystusie całe zbawienie Ojczyzny naszej” . Zdarzające się tu i ówdzie negacje dotyczą przeto raczej roli Boga i Kościoła w świecie współczesnym. Rzadko też są to negacje wprost, dążące do otwartego i pełnego wykluczenia Boga i religii z życia publicznego. Tak radykalne stanowisko uważane jest w Polsce za autentyczny ekstremizm. O wiele częstsze – i dlatego bardziej niebezpieczne – wydaje się nie tyle proste zakwestionowanie tej obecności, co jej relatywizacja, wyszukiwanie ograniczeń, wedle znanej wszystkim specjalistom od erystyki metody, tak, ale… Stanowisko takie może doprowadzić do sytuacji, gdy wszyscy będą zgadzali się na obecność Boga w życiu publicznym, ale w takiej formule, że poza pustymi deklaracjami nie będzie to za sobą pociągało jakichkolwiek skutków praktycznych. Właśnie dlatego nie lubię wspomnianego na początku terminu wartości chrześcijańskie – wartości można wypisać wszędzie na wielkich tablicach i absolutnie ich nie respektować w praktyce. Cnoty chrześcijańskie są zaś albo praktykowane, albo nie. Do terminu wartości chrześcijańskie dobrze zaś pasuje myśl Jańskiego, iż „narody nie zmieniają swoich przesądów i nałogów przez proklamacje, choćby najwymowniejsze” .

Trudno abym próbował kogoś w trakcie wykładu inaugurującego rok akademicki przekonywać, że Bóg istnieje i że właśnie dlatego należy Go uszanować także w życiu publicznym. Jako politolog stwierdzić muszę, że nie takie jest zadanie dyscypliny, którą reprezentuję, gdyż problemem tym winni zająć się teologowie, duchowni lub katecheci. Wątpię także czy forma wykładu akademickiego w ogóle w tym celu się nadaje, chyba, że ograniczyłbym się do wygłoszenia mowy apologetycznej, której wartość w dziele nawracania oceniam stosunkowo nisko, szczególnie gdyby miała wyjść z ust naukowca a nie misjonarza. Jako politolog czuję się kompetentny do przeprowadzenia wykładu pod nieco innym kątem, a mianowicie zastanowienia się jakie są praktyczne polityczne i społeczne skutki tytułowych problemów: polityki bez Boga oraz demokracji bez Boga.

I. Polityka bez Boga

Makiawelizm jawny i utajniony

Politykę bez Boga zwyczajowo potocznie określamy mianem makiawelizmu, czyli takiej formuły działalności politycznej, która realizowana jest z całkowitą pogardą dla praw Boskich i ludzkich, zasad moralnych i etycznych, wedle znanej formuły Niccolo Machiavelliego, że nie liczą się środki, lecz cele, a więc nie powinniśmy oceniać działań politycznych wedle zastosowanych metod, lecz osiągniętych skutków.

Tak pojęty makiawelizm zawsze stanowił znakomity cel dla ataków moralistów, którzy postrzegali florenckiego polityka i teoretyka polityki jako człowieka zdegenerowanego i pozbawionego wszelkich moralnych skrupułów. Również Patron naszej Szkoły – Bogdan Jański – pijąc do dziewiętnastowiecznych uczniów politycznego makiawelizmu pisał z odrazą: „Przez ojczyznę rozumieją zwykle tradycje narodowe pogańskie, chwały zwycięstw, świetności ziemskiej, mocy ziemskiej; podniecają pychę narodową i miłość zwierzęcą kraju i rasy. Chrześcijanin powinien raczej szukać w niej tradycji chrześcijańskich, wwiązujących kraj i rasę w jedność pewną chrześcijańską, w przyszłe Królestwo Boże” .

Zapewne także i ja w tym miejscu mógłbym obrzucić makiawelizm kilkoma epitetami i powiedzieć, że Machiavelliego nie tyle trzeba analizować, co raczej potępiać – jak to stwierdził niedawno jeden z polskich badaczy we wstępie do książki poświęconej jego myśli politycznej . Nie uważam jednak takiego działania za nadmiernie twórcze, gdyż chyba wszystko w tym względzie zostało już dawno napisane, ponieważ dzieło florenckiego pisarza potępiane jest przecież już pół tysiąca lat. Nie zmienia to jednak faktu, że o ile wszyscy zgodnie potępiają werbalnie makiawelizm, to mimo wszystko był on, jest i pewnie będzie jeszcze wielokrotnie praktycznie stosowany. Jak zauważa bowiem późnobarokowy hiszpański pisarz Benito Feijoo, „cały świat przeklina imię Makiawela; i cały prawie świat podąża jego śladem; chociaż, aby rzec prawdę, praktyka świata nie jest zaczerpnięta z doktryny Makiawela; to doktryna Makiawela pochodzi z praktyki świata. Ten zdeprawowany człowiek uczył w swych pismach tego, co zobaczył pośród ludzi. Świat jest jaki jest, był i będzie pomimo Makiawela”

Mimo to lista otwartych obrońców Machiavelliego jest przeraźliwie krótka, a na jej czele znajduje się Benito Mussolini , co raczej jeszcze bardziej pogrąża tego filozofa polityki zamiast dodawać mu splendoru.

Wydaje mi się, że nie ma tu sensu opisywać jak wygląda praktyczny makiawelizm w polityce. Wszyscy instynktownie rozumiemy to zjawisko, a doskonałym narzędziem badawczym jest tu, stojący w pokoju każdego z nas, stary dobry telewizor. Wystarczy go włączyć i kliknąć na kanał z wiadomościami lub programem w którym uczestniczą – w charakterze rozmówców lub dyskutantów – politycy. Większość z nich, a może nawet wszyscy, to mniej lub bardziej pojętni uczniowie florenckiego mistrza, uprawiający to, co Jański zwał staropolskim określeniem partyjnego „szelmostwa” .

Skoro, jak już zaznaczyłem, nie widzę większego sensu aby dołączyć do wielkiego chóru pogromców makiawelizmu i po raz kolejny powtórzyć przytaczane wielokrotnie argumenty, chciałbym się skupić na problemie jego politycznych skutków, czyli tytułowej polityki bez Boga. Myślę, że skutki te można podzielić na krótko- i długofalowe.

Makiawelizm pojęty krótkofalowo

Wszyscy (nieliczni) otwarci gloryfikatorzy polityki bez Boga, którą zwiemy tu mianem makiawelizmu, wskazują na jej skuteczność polityczną. Przedstawianym przez nich argumentom trudno zresztą odmówić prawdziwości. Już w swoim Księciu Machiavelli przedstawił dziesiątki takich przykładów, gdy polityczna niemoralność przyniosła wygraną, posiłkując się w swojej prezentacji materiałem historycznym ze starożytnej Grecji, Rzymu i wczesnorenesansowej polityki włoskiej i europejskiej.

Jest faktem niezaprzeczalnym – nawet dla najbardziej zajadłych krytyków włoskiego filozofa polityki – że w wielu sytuacjach zachowanie amoralne przynosi więcej pożytku niż zachowanie warunkowane normami religijnymi i obyczajowymi. Nie ma wątpliwości, że każde państwo czasami woli nie dotrzymać warunków umowy międzynarodowej, niż ich dotrzymać. Są sytuacje, gdy zdrada partnerów i sojuszników przynosi korzyść; historia zna momenty, gdy nawet sojusz z poganami przeciwko chrześcijańskiemu sąsiedniemu państwu przynosi polityczne pozytywne rezultaty. Podobnie jest w wewnątrzpaństwowym życiu politycznym. Ile widzieliśmy już sejmowych głosowań, gdy nie dotrzymano umów dla partykularnej korzyści? A czyż nie widzieliśmy już wielokrotnie sytuacji, gdy ze względów politycznych posłowie głosowali za antychrześcijańskimi rozwiązaniami prawnymi tylko dlatego, że zgłosili je polityczni przeciwnicy i ich przyjęcie zostałoby zapisane na poczet ich sukcesów?

Co więcej, każdy z nas czasami czyni tak w życiu prywatnym. Kto z nas nigdy nie skłamał? Czy jest ktoś, kto może z czystym sumieniem powiedzieć, że nigdy nie zrobił żadnemu swojemu bliźniemu czegoś złego tylko dlatego, że oczekiwał z tego powodu jakiejś korzyści dla siebie? „Kto z was jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamieniem” – pouczał nas Chrystus.

Nie wierzę, że istniało kiedykolwiek państwo, które nigdy nie uległo takiej pokusie. Nie wierzę także – może za wyjątkiem świętych – że chodzą po ziemi ludzie, którzy nigdy czynu takiego nie popełnili. Być może nadludzkim wysiłkiem świętym udaje się czynów takich nie popełniać, ale nie sądzę aby nie odczuwali takich pokus, aby nie rodziły się w ich głowach takie diabelskie myśli i podpowiedzi. Nie czynienie podobnych rzeczy zaprzecza wszak naturze ludzkiej, temu co Kościół katolicki nazywa mianem grzechu pierworodnego. Trwałe wyeliminowanie tego rodzaju zjawisk wymagałoby zmiany naszej natury, co wymyka się człowieczej mocy. Gdyby to było możliwe, to herezja Pelagiusza – twierdząca, że człowiek może ulepszyć się sam na tyle, że nie potrzebuje łaski do zbawienia – okazałaby się prawdziwa. Kościół twierdzenie to odrzucił i uczynił słusznie nie tylko dlatego, że zawierała błędy w interpretacji dogmatów. Wystarczy obserwować ludzi aby zauważyć, że choćbyśmy bardzo chcieli, to nie jesteśmy wyeliminować trwale i skutecznie tkwiących w nas pokus i instynktów. Wszystkie znane nam utopie polityczne, od Morusa i Münzera po Marksa i Lenina opierały się właśnie na wierze, że można zmienić naturę ludzką, czerpiąc to przekonanie z wiary, że grzech pierworodny można wyeliminować ludzkimi siłami i dokonać przemiany naszej natury . Realizacja żadnej z utopii nie uczyniła jednak ludzi lepszymi i dlatego wszystkie one poniosły porażkę.

Proces wychowania, edukacji – tak religijnej, szkolnej jak i domowej – ma na celu nie całkowitą eliminację takich zachowań (co jest niemożliwe), lecz powstrzymywanie i redukcję takich zachowań, które wszyscy postrzegamy jako naganne, ale które także wszyscy robimy, od naszego praojca Adama po dzień dzisiejszy.

Jako politolog, a po troszę i komentator polityczny, obserwuję podobne zachowania także pośród polityków i to prawie codziennie. Obserwacja ta skłania mnie do poglądu, że nie mając mocy całkowitego wyplenienia tytułowej polityki bez Boga, możemy co najwyżej próbować ją ograniczać. Możemy to zrobić tylko my-wszyscy, solidarnie piętnując polityków, którzy łamią Boże przykazania i zwykłe normy przyzwoitości. Pamiętajmy, że politycy łamią je tylko z jednego powodu: dla własnej korzyści politycznej. Ale ci politycy są przez nas wybierani. Jeśli my będziemy pamiętać o ich występkach i będziemy rozliczać z nich klasę polityczną przy kolejnych wyborach, to ludzie ją tworzący zaczną rachować czy rzeczywiście krótkotrwała i chwilowa korzyść polityczna jest opłacalna w porównaniu ze stratami głosów w kolejnych wyborach. Dlatego należy publikować zestawienia, który poseł jak głosował w jakiej sprawie. Który i kiedy wyłamał się spod Bożych przykazań, a który zawsze o nich pamiętał naciskając przycisk w sejmowych głosowaniach. Te zestawienia rzadko się dziś publikuje, a szkoda, gdyż ich lektura jest bardzo pouczająca i pokazuje jak często medialny wizerunek polityka nijak się ma do jego głosowań sejmowych. Póki opinia publiczna nie będzie uważnie patrzeć na głosowania swoich mandatariuszy, póty ich lekceważenie podstawowych praw Bożych i naturalnych będzie im uchodziło praktycznie bezkarnie.

Reasumując muszę stwierdzić, że niestety, jak historia długa i szeroka polityka bez Boga zwykle przynosiła doraźne korzyści państwom, partiom i poszczególnym politykom. Obawiam się, że jest to tendencja stała i nie wiele w tej dziedzinie można zmienić przy użyciu ludzkich środków. Mimo to uważam, że polityczny makiawelizm stanowi korzyść doraźną i krótkotrwałą, a więc jednak tylko pozorną. Widać to wyraźnie, gdy przechodzimy do omawiania długofalowych skutków takiej polityki.

Makiawelizm pojęty długofalowo

Z problemem długofalowych skutków makiawelizmu politycznego pierwszy raz zetknąłem się dosyć przypadkowo, zajmując się myślicielami politycznymi hiszpańskiej Kontrreformacji , którzy stosunkowo często i dużo na temat ten rozprawiali. Przyznam, że lektura ich tekstów była dla mnie sporym zaskoczeniem, gdyż po filozofach politycznych katolickiej Kontrreformacji spodziewałem się przede wszystkim potępienia makiawelizmu z pozycji moralnych, by nie rzec moralizatorskich. Takie argumenty też tam wprawdzie padały, ale bynajmniej nie należały do dominujących. Refleksja wspomnianych autorów szła w zupełnie innym kierunku: polityka bez Boga, przynosząc krótkotrwałe i bardzo wymierne korzyści, długofalowo przyczynia się do kompletnej destrukcji aksjologicznego wymiaru wspólnoty politycznej, a w efekcie do upadku państwa jako takiego.

Część z podnoszonych przez hiszpańskich kontrreformatorów argumentów ma dziś już charakter wybitnie historyczny, ponieważ ich główne rozumowanie wyglądało następująco: jeśli fundamentem legitymizacji władzy katolickiego Króla Hiszpanii jest twierdzenie, że władza monarsza pochodzi od Boga, to uprawianie przez tegoż monarchę polityki odartej z moralności przykazanej przez Boga oznacza, że władca sam dokonuje autodestrukcji idei na której opiera się uprawomocnienie jego władzy. Cóż to bowiem za władca katolicki, o którym wszyscy wiedzą, że jest w permanentnym konflikcie z Bogiem i Jego Dekalogiem? Nawiasem mówiąc, identyczną legitymizację swojej władzy stosowała monarchia francuska – Król Francji nosił wszak tytuł monarchy „arcychrześcijańskiego” (très chrietien). I dosyć powszechnie się dziś uważa, że bezustanne powoływanie się na rację stanu, dla uzasadnienia niemoralnych poczynań politycznych w XVII wieku, spowodowało całkowitą erozję religijnej legitymizacji władzy, a w efekcie wzbudziło laicko pojętą myśl polityczną Oświecenia, a w rezultacie końcowym, Rewolucję Francuską, śmierć Ludwika XVI i zniesienie monarchii jako takiej.

Nie oznacza to jednak wcale, że główna myśl hiszpańskich kontrreformatorów zdezaktualizowała się zupełnie, o czym świadczy wielka praca na temat racji stanu, czyli relacji racji politycznych do racji moralnych, napisana na początku lat 20-tych XX wieku przez niemieckiego badacza polityki Friedricha Meineckego (Die Idee der Staatsräson in der neueren Geschichte, 1924).

Nie będę tu omawiał całej książki Meineckego i ograniczę się do jej głównej tezy. Otóż, ten wybitny badacz, po przeanalizowaniu pism wszystkich znaczących obrońców i krytyków autora Księcia doszedł do wniosku, że każda wspólnota polityczna opiera się na dwóch filarach, które określa on umownym mianem ethos oraz kratos . Pod tym drugim pojęciem niemiecki naukowiec rozumie czynnik władzy i decyzji politycznej, dzięki któremu państwo jest rządzone i kierowane, tak w sprawach wewnętrznych, jak i w polityce międzynarodowej. Innymi słowy, kratos to polityka. Nie ma – mówi Meinecke – państwa w którym nie byłoby polityki i trudno się z tą tezą nie zgodzić, o ile tylko nie będziemy pod tym terminem rozumieć permanentnego konfliktu pomiędzy partiami politycznymi, lecz choćby podejmowanie decyzji przez organy władzy.

Dla naszego analizowanego tutaj problemu zdecydowanie ważniejszy jest element zwany przez niemieckiego badacza mianem ethos, pod którym rozumie on idee polityczne, religijne, moralne i cywilizacyjne konstytuujące daną wspólnotę. Ludzie żyją w jakimś państwie i chcą w nim żyć, rozmnażać się, budować je i wzmacniać tylko wtedy, jeśli czują się z nim związani. Dzieje się tak zaś tylko wtedy, gdy ich wizja świata pokrywa się z tą wizją, którą uznaje i uskutecznia państwo w którym egzystują. Jeśli pomiędzy ideą przyświecającą państwu i ideami przyświecającymi jego obywatelom pojawia się znacząca rozbieżność, to obywatele ci przestają się z tym państwem utożsamiać, staje się ono dla nich obce, a wręcz wrogie.

Można to zilustrować wieloma historycznymi przykładami i wcale nie trzeba ich daleko szukać. Po dziś dzień trwa w Polsce debata czy Polska Rzeczpospolita Ludowa była, czy też nie była, Państwem Polskim? Myślę, że każdy z nas ma jakąś opinię w tej kwestii i gdybyśmy zaczęli o tym rozmawiać, to zapewne zobaczylibyśmy cały wachlarz poglądów w tej sprawie. Dla naszego tematu nie musimy się nimi tu zajmować. Ale już sam fakt, że w ogóle trwa debata na temat tego czy jedyna istniejąca empirycznie przez pół stulecia forma państwowości polskiej rzeczywiście była Państwem Polskim jest wielce symptomatyczny. Debata ta świadczy o tym, że wahamy się nad tą kwestią.

Dlaczego polskość PRL jest tak kontrowersyjna? Dlatego, że obowiązująca w tym państwie totalitarna, ateistyczna, internacjonalistyczna i komunistyczna ideologia stała w tak jaskrawej sprzeczności z wizją świata zamieszkujących ten twór obywateli, że mamy spore problemy aby samoidentyfikować się z PRL i bez wahania stwierdzić, że to państwo było nasze. W kategoriach Meineckego można powiedzieć, że komunistyczny ethos PRL stał na antypodach tradycyjno-chrześcijańskiego ethosu narodu państwo to zamieszkującego. To właśnie stąd także wywodzi się dyskusja na temat tego, czy Kukliński był zdrajcą czy też bohaterem? Jeśli bowiem mamy poważne wątpliwości czy PRL był naszym państwem, to czy to, że ktoś to państwo zdradził (a to jest fakt bezsporny w tym przypadku), czyni z niego zdrajcę naszego narodu (wszak PRL to nasze państwo), czy też czyni z niego bohatera, ponieważ PRL stanowiła okupacyjną i narzuconą nam formę polityczną?

Przykład ten pokazuje, że jeśli państwo nie posiada w naszych oczach legitymizacji, to mamy tak poważne wahania czy należy mu się nasza lojalność, że wiele kłopotu sprawia nam odpowiedź na pytanie, czy jeśli ktoś je zdradza, to jest, dla nas, bohaterem czy zdrajcą?

Mówiąc w języku bardziej naukowym, politologicznym jeśli polityka państwa (kratos) rozmija się z wyznawanym przez jego obywateli ethos, to dochodzi do zjawiska zaniku legitymizacji władzy. Czym jest legitymizacja (uprawomocnienie)? Mimo że w naukach społecznych przyjęły się rozmaite definicje i klasyfikacje, to przecież wszystko ostatecznie sprowadza się do kwestii naszego subiektywnego poczucia , że utożsamiamy się (lub utożsamienia tego nam brak) z władzą, uważamy stanowione przez nią prawo za godne wykonywania, gdyż wydane przez autorytet, który szanujemy. Jeśli uważamy, że panujący nad nami porządek polityczny jest nam obcy światopoglądowo, odwołuje się do dziwnych dla nas idei religijnych, moralnych, politycznych i cywilizacyjnych, to nasze poczucie, że rzeczywiście jest to nasza władza zanika. Jeśli zjawiska takie przekroczą próg świadomości nielicznych jednostek i staną się dominujące w danym społeczeństwie, to władza traci swoje uprawomocnienie, a jej działania zaczynają rozmijać się z dążeniami poddanych jej obywateli. Władza taka zaczyna być postrzegana jako obca (w znaczeniu kulturowym). Jeśli próbuje się jeszcze utrzymać przy władzy siłą, to mamy do czynienia z tyranią, której całe uprawomocnienie opiera się na aparacie represyjnym.

Właśnie dlatego przywoływany wcześniej Friedrich Meinecke głosi, że „prawdziwy dobrobyt państwa jest zabezpieczany nie tylko przez siłę, lecz także przez etykę i sprawiedliwość” . Meinecke wskazuje, że wbrew temu co głosiła szkoła makiawelistyczna, naszej refleksji nad polityką nie wolno ograniczyć do badania technicznych aspektów decyzji politycznej i odarcia jej z rozważań czy jest ona zgodna z przyjętą w danej kulturze moralnością. Polityk, rozważając co przynosi zysk polityczny, a co stratę, winien także zastanowić się poważnie nad długofalowym wpływem decyzji politycznej na całokształt państwa i wyobrażenia zamieszkujących je obywateli czym jest państwo sprawiedliwe, jak powinno wyglądać nasze państwo. Decyzja polityczna o charakterze niemoralnym – które może nawet być skuteczna i dająca państwu szybko wymierne korzyści – w perspektywie długofalowej może być dla niego niezwykle szkodliwa, jeśli wstrząsa gmachem norm społecznych o moralnych fundamentach polityki. Jeśli bowiem polityk może zachowywać się niemoralnie względem innego polityka, to czy nie rodzi się w nas utajone pytanie, czy nie może identycznie zachować się także wobec nas? Jeśli znamy złodzieja, który okrada naszych sąsiadów, to czy boimy się, że któregoś dnia okradnie i nas?

Makiawelim, nawet jeśli jest skuteczny, koniec końców powoduje pojawienie się nieufności obywateli do własnego państwa, postrzeganego jako zwyrodniałe i cyniczne, a to zrywa więzi lojalności i poczucie obowiązku. Rozumna polityka wcale nie polega więc na dominacji kratos nad ethos, lecz na zrozumieniu służebnej funkcji kratos wobec ethos. Władza i polityka nie istnieją zawieszone w aksjologicznej próżni, lecz są po to, aby bronić wspólnotę polityczną ukonstytuowaną wedle pewnych wartości. Rozumiał to znakomicie Bogdan Jański, głosząc jedność interesu patriotycznego (narodowego) i etycznego (katolickiego) i możemy to zilustrować kilkoma cytatami z jego pism: „Religia, i religia tylko ustanowić może i porządek społeczny, i wolność i zabezpieczyć wszystkie prawa posiadania, i interesa aktualne” . I inny cytat: „Utrzymywać i umacniać wiarę świętą ojców naszych – jedyną zasadą patriotyzmu i wolności, jedyną rękojmią naszej przyszłej niepodległości” . Innymi słowy, Bogdan Jański jest tym myślicielem, który uczy, że krathos nie może istnieć bez ethos. Będziemy się starali przez następne lata wpoić tę zasadę wszystkim Studentom, którzy dziś zaczynają naukę w naszej Szkole. Bowiem na tym polega mądra polityka.

Na czym polega więc mądra polityka? W ujęciu krótkofalowym, skuteczne jest to co przynosi państwu, partii czy danemu politykowi korzyść, bez względu czy jest to zgodne z prawem moralnym i Bożym prawodawstwem, ale w ujęciu długofalowym, mądrą polityką jest akceptacja tego, że czasami trzeba pogodzić się z utratą krótkotrwałych korzyści dla uzyskania większych zysków o charakterze długofalowym. W końcu to te ostatnie konstytuują pomyślność narodów.

Każda decyzja polityczna, która gwałci prawo Boże i moralne, osłabia legitymizację władzy i samego państwa, a tym samym czyni wspólnotę polityczną słabszą. Jeszcze w XIX wieku wielki hiszpański katolicki pisarz polityczny Juan Donoso Cortès zauważył, że istnieją dwa „wędzidła” na naturę ludzką skażoną przez grzech pierworodny, a więc zdolną do czynienia zła. Są to religia i władza. Religia powstrzymuje nasze złe skłonności blokując je siłą wyrzutów sumienia, czyli bez fizycznego przymusu; władza potrzebna jest wtedy, gdy brak wyrzutów sumienia i zło można powstrzymać tylko siłą. Aby człowiek nie czynił źle potrzebuje ku temu przeszkody. Jeśli nasza wiara i przywiązanie do zasad moralnych są silne, to przysłowiowa karząca ręka władzy nie jest nam potrzebna, abyśmy postępowali słusznie. Dlatego pośród pierwszych chrześcijan instytucje polityczne były niedorozwinięte, gdyż były prawie zbędne. Jednak laicyzujące się narody nowożytne zaczęły tracić wiarę w Boga, a co za tym idzie, pewność Bożych przykazać i norm moralnych. Skoro osłabł ich ethos, to o porządek musiał zadbać kratos. Dlatego wraz z postępami laicyzacji pojawiła się także, niczym towarzyszący jej cień, absolutna władza królewska . Gdyby więc któregoś dnia – możemy pokusić się o kontynuację rozumowania Donosa – religia zupełnie wyparowała z europejskich społeczeństw, to musiałaby tu panować wszechwładna i zmilitaryzowana władza, która przemocą i terrorem zmusiłaby poddanych jej ludzi do posłuszeństwa i przestrzegania stanowionego przez siebie prawa.

Gdy Donoso pisał te słowa – a był to rok 1849, czyli apogeum Wiosny Ludów – spotkały się one z aplauzem wyłącznie w środowiskach broniących monarchii i tradycyjnego porządku. Dla zwolenników rewolucji nic nie znaczyły, gdyż w zniesieniu starych instytucji politycznych i społecznych, a także w zagładzie Kościoła katolickiego widzieli przedsionek nowego i lepszego świata. Miał to być świat stworzony samodzielnie przez człowieka, wedle wskazań jego rozumu (ideologia), tak co do instytucji politycznych i prawnych, jak i wedle nowych wskazać etycznych, niezależnych od chrześcijaństwa.

Liberalizm polityczny, gospodarczy i kulturowy, dominujący w II połowie XIX wieku w Europie, stanowił ucieleśnienie tych rewolucyjnych idei. Liberalizm był niczym innym, jak tylko zniesieniem wszystkich wędzideł nakładanych wcześniej na naturę ludzką, o których pisał przywoływany wcześniej Donoso Cortès. Oznaczał osłabienie władzy i laicyzację, tak polityki, jak i stosunków społecznych. To także okres gwałtownej laicyzacji świadomości przeciętnego Europejczyka. Wydawał się więc stanowić zaprzeczenie twierdzenia Donosa, że natura ludzka potrzebuje wędzideł w postaci religii lub władzy. Liberalizm próbował dowieść, że człowiek nie jest skażony grzechem, lecz rodzi się z naturalnymi inklinacjami ku dobru. Dlatego nie jest mu potrzebna ani władza polityczna, ani władza Boga. Liberałowie ukształtowali porządek oparty na tych wskazaniach w II połowie XIX wieku.

Wiek XX wykazał naiwność tej liberalnej wiary w samodzielność twórczą człowieka bez Boga. Pozbawiony kontroli suwerenów i własnego chrześcijańskiego sumienia człowiek postanowił przeobrazić świat, gwałcąc nie tylko prawa Boga, lecz także i natury ludzkiej, niszcząc normy moralne, uderzając w rodzinę, własność, wszelką naturalną hierarchię. Narzędziem odnowienia świata miała być rewolucja. Zjawisko to znakomicie opisał Ojciec Święty Benedykt XVI w swojej encyklice Spe salvi, pisząc o nowożytnym projekcie politycznym jako o wierze w „wyłonienie się zupełnie nowego świata, królestwa człowieka” , gdzie dzięki racjonalizmowi i postępowi technicznemu zostanie wybudowany nowy świat ludzkiej wolności – świat bez Boga, a więc uniwersum bez ograniczeń dla ludzkiej pomysłowości i konstruktywizmu. Uwieńczeniem tej wiary w nową ludzkość i nowego człowieka był marksizm-leninizm, który zrywał wszystkie mosty ze światem tradycyjnym, z religią, ze wszystkimi dotychczasowymi stosunkami. Człowiek postawił się w roki kreatora całej rzeczywistości. Tak jak Bóg stworzył w Biblii niebo i ziemię, człowieka i wszystkie zwierzęta, tak teraz człowiek miał na nowo nadać prawa natury otaczającej go rzeczywistości i zbudować ją zupełnie od nowa. Wyemancypowany od religii i tradycji człowiek miał ustanowić „Nowe Jeruzalem” pisze Ojciec Święty .

Dziś wszyscy wiemy jak skończyło się to marzenie o powtórnej kreacji świata: totalitaryzmem komunistycznym. Odpowiedzią na zagrożenie przez masowe mordy dokonywane przez bolszewików był – ze strony społeczeństw mieszczańskich środkowej Europy – faszyzm i niemiecki narodowy socjalizm. W imię tak komunizmu, jak i faszyzmu, wymordowano dziesiątki milionów ludzi, zwykle zupełnie niewinnych, oskarżonych o potencjalnie wrogi stosunek do panującej klasy (komunizm) lub rasy (nazizm).

Liberalizm był uchylonymi przez zachodnie społeczeństwa drzwiami, przez które wdarła się polityka bez Boga, ideologie, które wierząc w optymistyczną wizję natury ludzkiej, w bezgrzeszność człowieka i doskonałość jego rozumu, postanowiły zignorować Boże przykazania religijne i moralne. Koncepcja ta stworzyła klimat kontestacji całego tradycyjnego porządku, oderwania natury świata od woli Stwórcy, przyczyniając się do narodzin ideologii nauczającej o potrzebie permanentnej rewolucji i przemysłowego mordowania istot ludzkich, które nie pasowały do projektowanych wizji lepszych rzeczywistości.

Nie twierdzę bynajmniej, że liberalizmowi przyświecały takie cele. Wprost przeciwnie, głosił on tzw. ideały humanistyczne, czyli szlachetne idee o lepszych ludziach i lepszym świecie. Ale liberałowie wierzyli, że świat można ulepszyć bez Boga, siłą samego tylko człowieka. W ten sposób, negując grzech pierworodny, stworzyli fundament do marzeń o świecie bez zła, wyzysku i niesprawiedliwości. I świat taki zaprojektowali myśliciele komunistyczni, a ich uczniowie próbowali go wcielić w życie. Ten świat stworzony bez Boga nie okazał się jednak światem lepszym. Świat stworzony samodzielnie przez człowieka okazał się rzeczywistością totalitarną. Nie mam przeto wątpliwości, że totalitaryzm stanowi uwieńczenie tytułowej polityki bez Boga.

Po 1989 roku ponownie wróciliśmy do idei liberalizmu. Powszechnie się dziś wierzy, że odpowiedzi na wszelkie problemy należy poszukiwać w kwestiach społecznych czy gospodarczych. Mówi się nam dziś częstokroć, że wszystkie problemy można rozwiązać walcząc z tzw. wykluczeniem społecznym, poszerzając demokratyzację czy zwiększając odsetek skolaryzacji, czy też przerzucając procent narodowego PKB z jednej dziedziny w inną, z kont jednej grupy społecznej na konta innej (dotychczas upośledzonej).

Model ten nie jest nowy. Po rozpadzie totalitaryzmów dwudziestowiecznych ponownie wróciliśmy do idei wieku XIX, nieco zmodernizowanych, nieco ulepszonych i zmodyfikowanych. Jest to jednak ta sama konstrukcja, gdzie wierzy się, że czyniona samodzielnie przez człowieka polityka jest zdolna rozwiązać wszystkie problemy. Ale klimat intelektualny jest już inny. Liberałowie XIX wieku mieli wielkie ideały i autentycznie wierzyli, że człowiek sam – bez Boga, Kościoła i religii – może wybudować lepszy świat. Dziś w lepszy świat chyba już nikt nie wierzy. Po doświadczeniach XX wieku jesteśmy zmęczeni wizjami nowych i lepszych światów, jak ognia boimy się ich. To nie jest liberalizm optymizmu, ale – jak określił to jeden z publicystów – „liberalizm zmęczenia”.

Największym problemem liberalizmu i liberalnej demokracji wydaje się brak stabilności aksjologicznej, czyli zakorzenienia jej porządku politycznego, społecznego i kulturowego w świecie niepodważalnych i stabilnych wartości. Stąd próby rozwiązania wszystkich kwestii przez reformy społeczne i gospodarcze. Na polu moralnym bowiem projekt nowożytny poniósł całkowitą klęskę. Rozum ludzki miał stworzyć – w miejsce chrześcijańskiej – nową świecką moralność. Stworzył ich nie jedną, lecz wiele. Tam zaś gdzie jest wiele koncepcji moralnych, gdzie żadnej nie uważa się za bezwzględnie obowiązującą, tam panuje relatywizm co do wszelkich norm moralnych i etycznych i nie wiadomo gdzie jest prawda, a nawet podważa się w wątpliwość samo jej istnienie .

Trwały fundament aksjologiczny polityka, także polityka demokratyczna, może znaleźć wyłącznie w Bogu i nauce Kościoła. Stoimy dziś przed alternatywą: albo uznamy naukę Kościoła w dziedzinie wartości, albo skazani jesteśmy na relatywizm i subiektywizm. Tertium non datur. Tylko „w Bogu, w Chrystusie, w Kościele katolickim jest prawda“ – pisze Bogdan Jański dostrzegając spory ideowe i zagubienie mas ludzkich w świecie pierwszej połowy XIX wieku. Dziś tym bardziej trzeba te słowa przypominać! Dziś bowiem żyjemy w świecie liberalizmu zmęczenia po doświadczeniu plagi w postaci najazdu naszego świata przez szalone ideologie totalitarne. Jednak za kilkadziesiąt lat odejdą pokolenia, które pamiętały totalitaryzm. Być może, że wtedy pojawią się fałszywi prorocy, ludzie, którzy spróbują odrodzić marzenie o lepszym świecie i lepszym człowieku i zaproponują naszym dzieciom i wnukom nowe społeczne i polityczne eksperymenty. Jeśli wtedy nasi potomkowie nie będą zakorzenieni w stabilnym systemie aksjologicznym – który dać im może tylko chrześcijaństwo – to nie mamy pewności, czy kolejny raz kilkadziesiąt milionów ludzi nie będzie musiało umrzeć męczeńską śmiercią.

Nauki o polityce, których jestem przedstawicielem, nie zajmują się dowodzeniem istnienia Boga. Jak już wspomniałem, to zadanie dla teologów, duchownych i katechetów. Dyscyplina naukowa, którą się zajmuję, umie jednak dowieść czegoś bardzo istotnego dla życia społecznego – i chciałbym aby to zostało zapamiętane z mojego wystąpienia – polityka bez Boga ma bardzo niebezpieczną tendencję do wyradzania się z idealistycznej i humanistycznej chęci poprawiania świata zastanego w autentyczną tyranię, czyli politykę przeciwko człowiekowi.

Prof. Adam Wielomski

3 października 2010

Źródło: Konserwatyzm.pl:
http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/6809/

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek