Adam Wielomski: "Polityka bez Boga i konsekwencje, demokracja bez Boga (cz. II)"


II. Demokracja bez Boga

Forma a typ państwa chrześcijańskiego

Osoby zajmujące się naukami o polityce zawsze, już od zamierzchłych czasów, miały skłonność do tworzenia typologii państw. Nie jest to dziwne, gdyż państwo jest centralną kategorią tej dziedziny wiedzy, a od czasów Arystotelesa wszelka działalność naukowa i poznawcza opiera się na tworzeniu kategorii ułatwiających szufladkowanie badanych zjawisk w celu tworzenia pewnych modeli idealnych, ułatwiających gromadzenie wiedzy i rozumienie zjawisk. Dlatego Platon dzielił państwa na timokracje, arystokracje, tyranie i demokracje; Arystoteles na monarchie, arystokracje, polituje, tyranie, oligarchie i demokracje; Monteskiusz na despotie, monarchie i republiki.

Biorąc pod uwagę rozmaitość ustrojów i sposobów zbiorowego współżycia ludzi, mało jest takich elementów, które możemy uznać za cechujące wszystkie znane nam na świecie państwa, tak współczesne, jak i historyczne. Cechy wspólne dla wszelkich bytów państwowych wyraża chyba tylko maksymalnie skrócona definicja państwa Georga Jellinka, mówiąca, że na państwo składa się ludność, terytorium i władza. Rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić państwo, które nie miałoby ani jednego metra kwadratowego powierzchni, nie miałoby ani jednego poddanego czy obywatela i gdzie nikt by nie rządził.

Wszystkie pozostałe cechy państw mają charakter historyczny i zależą od czasu i miejsca. Te cechy zmienne możemy podzielić na dwa rodzaje: formy państw (ustroje) i typy państw.

Jeśli chodzi o ustroje, to współcześnie przeważa podział na monarchie i republiki. Pośród monarchii wyróżniamy: absolutne, konstytucyjne i parlamentarne. Pośród republik wyróżniamy z kolei prezydenckie, półprezydenckie i parlamentarno-gabinetowe. Dla interesującego nas problemu obecności Boga w życiu publicznym i praktykowania cnót chrześcijańskich ustrój polityczny, czy też forma ustanawiania głowy państwa, nie posiada większego znaczenia. Chrześcijańska może być i monarchia absolutna (np. Ludwika XIV), ale znamy i wzorcowe chrześcijańskie republiki (np. Ekwador w epoce Garcii Moreno) . Jeśli król-absolutysta jest chrześcijaninem, to i jego państwo jest chrześcijańskie. Jeśli jego następca porzuca chrześcijaństwo, to i państwo przestaje być chrześcijańskie. Ale dokładnie to samo jest z republiką, także demokratyczną: jeśli większość wybierze do władzy ludzi i partie o chrześcijańskim obliczu, to będą oni budować demokrację chrześcijańską; jeśli w kolejnych wyborach większość wyniesie do władzy partię wojujących ateistów, to partia ta dokona takich zmian prawnych, że państwo będzie wprost i jawnie łamać Boże przykazania. Historia zna zarówno bezbożnych królów, jak i bezbożne narody. Zwykle zresztą w praktycznym życiu politycznym nic nie jest ani czarne, ani białe i większość państw zamieszkałych przez chrześcijan jest chrześcijańska częściowo, dążąc do modelu idealnego, za który możemy uznać z jednej strony państwo chrześcijańskie, a z drugiej państwo ateistyczne.

Myślę, że moglibyśmy tu dowolnie długo mnożyć przykłady chrześcijańskich i niechrześcijańskich monarchii czy republik, aby dowieść, że ustrój polityczny nie determinuje obecności Boga w życiu publicznym, ani zakresu cnót uznawanych i praktykowanych przez obywateli. Nie jest więc niczym dziwnym, że nauka Kościoła katolickiego nigdy nie upierała się przy żadnym konkretnym ustroju jako koniecznym z punktu widzenia postulatów katolickich . Jeśli Ojciec Święty Pius IX jeszcze w latach sześćdziesiątych XIX wieku bronił monarchii, to dlatego, że uważał ją za uznaną i tradycyjną pośród chrześcijan formę władzy, jeszcze nie umiejąc sobie wyobrazić chrześcijańskiej republiki (ta ostatnia kojarzyła mu się z jakobinami) . Obraz tej ostatniej nakreśliły dopiero encykliki jego następcy na Stolicy Piotrowej, a mianowicie Leona XIII. Z kolei, jeśli w sto lat później Sobór Watykański II opowiedział się za demokratyczną republiką, to nie dlatego, że uznał ją za formę bardziej doskonałą – z punktu widzenia chrześcijaństwa – niż inne formy ustrojowe, lecz dlatego, że jest to forma ustrojowa dominująca we współczesnym świecie i stanowiąca zaprzeczenie wybitnie niechrześcijańskich form totalitarnych . W czasie obrad Soboru jedyną realną alternatywą dla demokracji był przecież sowiecki komunizm.

Interesujący nas problem demokracji bez Boga nie dotyczy więc – mimo że pojawia się tu termin demokracja – ustroju państwa, lecz tego, co politologia określa mianem typu państwa, a więc nie jego cech zewnętrznych, lecz jego zawartości, cech wewnętrznych, które nie są opisane w konstytucjach, lecz wynikają z istniejącego stanu normowanego przez ustawy: relacji pomiędzy władzą a obywatelem, stosunków społecznych, panującej tu oficjalnej doktryny (ideologii).

Zauważmy od razu, że wbrew pozorom to nie ustrój, czyli forma państwa, lecz właśnie typ państwa ma dla naszego codziennego życia o wiele większe znaczenie niźli ustrój. Gdyby nagle w Polsce republika parlamentarna przekształciła się w monarchię parlamentarną, to w naszym codziennym życiu nic nie uległoby zmianie, poza tym, że nie chodzilibyśmy co 5 lat na wybory prezydenckie; gdyby przekształciła się w monarchię absolutną, to nie chodzilibyśmy także co 4 lata na wybory parlamentarne. Gdyby nastała republika parlamentarna to prezydenta wybierałby Sejm, a nie wynosiłoby go do władzy głosowanie powszechne. Czy jednak spowodowałoby to zasadniczą zmianę naszego sposobu życiu, tego co jemy, co oglądamy i czytamy, wykonywanej pracy zawodowej czy struktury dochodów? Bardzo wątpliwe. Ktoś kto nie ogląda dziennika telewizyjnego i nie czyta gazet mógłby się nawet nie zorientować, że doszło do zmiany ustroju.

Zupełnie inaczej byłoby gdyby zmienił się typ państwa. Gdyby Polska z kraju liberalnego przekształciła się w totalitarny, to wszyscy natychmiast byśmy to odczuli, gdyż bylibyśmy kontrolowani przez tajną policję, niepoprawnie myślący trafialiby – bez wyroku sądowego – do obozów koncentracyjnych, a telewizja przekształciłaby się w wielką tubę propagandową rządzącej monopartii. Pierwszą ofiarą totalitaryzmu byłaby Szkoła Wyższa im. B. Jańskiego, gdyż kraje totalitarne nie dopuszczają istnienia niezależnego od władzy szkolnictwa. Duże zmiany odczulibyśmy także gdyby typ państwa zmieniono nam np. z kapitalistycznego na socjalistyczny, czy też gdyby współczesne państwo laickie przekształciło się w państwo katolickie.

Obecność Boga w życiu publicznym i afirmacja przez państwo cnót chrześcijańskich wiąże się więc z typem państwa, a nie z jego formą, czyli ustrojem. Jest wielkim uproszeniem i w sumie nieprawdą twierdzić, że czy to demokratyczna republika, czy to jakaś forma monarchii z natury mają predylekcję do chrześcijaństwa lub są jej pozbawione. Tego typu twierdzenia wyprowadza się wprawdzie z rozmaitych autentycznych historycznych doświadczeń, ale opisują one tylko tendencje w danym państwie i w danej epoce. Tradycyjny antyklerykalizm francuskich republikanów wynikał z faktu, że zwalczana przez nich monarchia burbońska była katolicka i zawsze była popierana przez Kościół, a nie z tego, że republika musi konstytuować się w opozycji wobec Dekalogu. Z kolei stworzona przez Mojżesza republika starotestamentowa miała wszelkie cechy teokratyczne, tymczasem monarchia stworzona przez Dawida i Salomona częstokroć wchodziła w spory z religijnymi prorokami.

W rzeczywistości stosunek danego reżimu politycznego do religii zależy nie od instytucji politycznych, nie od ustroju, ale od poglądów konkretnych rządzących nim ludzi, którzy uzewnętrzniają swoje idee na interesujący nas temat za pomocą prawa stanowionego. To przecież prawo stanowione (ustawy) rozstrzyga czy dany kraj jest typem państwa chrześcijańskiego, czy też nim nie jest. To ustawy decydują o tym, czy dopuszczalne jest zabijanie dzieci poczętych, eutanazja, in vitro, jaki zakres swobody w działalności misyjnej posiada Kościół, czy podlega on państwu lub jest odeń niezależny, czy religia jest obecna w szkołach itd.
Konkretne ustawy decydują czy mamy do czynienia z typem państwa chrześcijańskiego, czy też jest już to typ państwa achrześcijańskiego czy wręcz antychrześcijańskiego. Zresztą, jak już wspominaliśmy, rzadko zdarza się w tym względzie model idealny, a jeśli się już spełni, to zwykle w sposób krótkotrwały. Zwykle występują tylko modele zbliżające się do typu idealnego.

Chrześcijaństwo a demokracja „typu zachodniego”

W tym właśnie miejscu musimy sobie postawić pytanie: czy współczesna demokracja – popularnie zwana mianem typu zachodniego – reprezentuje chrześcijański typ państwa czy choćby zbliża się do tego modelu?

Chyba trudno byłoby znaleźć polityka, naukowca czy duchownego, który udzieliłby na to pytanie odpowiedzi twierdzącej, chyba, że weźmiemy incydentalne wypowiedzi fanatycznych antyklerykałów, dla których sama wzmianka o Bogu w preambule do polskiej konstytucji jest dowodem na klerykalizm. Generalnie panuje przekonanie, że współczesne demokracje nie mają charakteru chrześcijańskiego, a czego jaskrawym dowodem jest głośna sprawa krzyży w szkołach państwowych . Tak, przeciwnicy Kościoła również przyznają, że państwo współczesne nie jest chrześcijańskie – jeśli bowiem straszą swoich wyborców groźbą tzw. klerykalizacji, to tym samym przyznają, że jest to tylko stan hipotetyczny, potencjalny, którego w rzeczywistości nie ma.

Zwolennicy demokracji inspirowanej chrześcijaństwem podzielają opinię, że jest to model odległy od faktycznie panującego. Można w tym miejscu zacytować dziesiątki wypowiedzi Jana Pawła II na temat Cywilizacji Życia i Cywilizacji Śmierci. Nie mam wątpliwości, że to co papież-Polak nazywał tym drugim mianem, to nic innego jak tylko tytułowa demokracja bez Boga. Przecież ponad połowa pontyfikatu Jana Pawła II miała miejsce po rozpadzie ateistycznego komunizmu, czyli jego przesłanie ostrzegające przed Cywilizacją Śmierci kierowane było do państw demokratycznych typu zachodniego, gdzie dzieciobójstwo osiągnęło nieznaną w historii skalę, a proceder ten dzieje się przy odczytywaniu wersetów z Deklaracji Praw Człowieka i rozmaitych kart praw podstawowych. Wynika to z faktu, że wspomniane deklaracje i karty bronią prawa do życia wyłącznie osób już narodzonych i w pełni świadomych swojego istnienia, co wyklucza z grona osób przez nie chronionych zarówno dzieci nienarodzone, jak i osoby w starczej demencji . Stąd znana, niestety nieudana, gdyż odrzucona przez zachodnie społeczeństwa, próba Jana Pawła II relektury idei praw człowieka w duchu chrześcijańskim .

Być może, że ktoś uzna, iż wypowiedzi pontyfikalne są stronnicze i nieobiektywne, gdyż dotyczą interesów samego Kościoła. Rzeczywiście, trudno być sędzią we własnej sprawie i pewnie nie znaleźlibyśmy Biskupa Rzymu, który nie chciałby czegoś poprawić i głębiej schrystianizować nawet w największych epokach rozkwitu chrześcijaństwa. Zobaczmy więc co piszą o sytuacji chrześcijaństwa w demokracji typu zachodniego niechrześcijanie, a więc osoby, które mogą na problem spojrzeć z pozycji zewnętrznego obserwatora. Trzymam w ręku książeczkę wykładowcy na włoskich uniwersytetach, a z pochodzenia amerykańskiego ortodoksyjnego żyda, Josepha H.H. Weilera Chrześcijańska Europa, którego – z racji wyznaniowych – trudno posądzać o jakąś szczególną sympatię dla Kościoła. To raczej zagraniczny i pozachrześcijański obserwator europejskiej rzeczywistości. I tenże Weiler uważa, że w zachodniej Europie, mimo że „nie ma miasta ani nawet większej wsi bez choćby jednego chrześcijańskiego kościoła”, panuje autentyczna „chrystofobia”, czyli masowy kulturowy proces „wyparcia” chrześcijaństwa, a ustawiczne wyśmiewanie się z chrześcijan spowodowało, że ci ostatni wpadają w „zakłopotanie”, bojąc się przyznać, „że chrześcijaństwo to jeden z istotnych elementów w rozwoju jej (Europy – AW) cywilizacji” . Weiler nie ma wątpliwości, że zachodnioeuropejskie państwa to autentyczne demokracje bez Boga, gdzie nawet wpisanie odwołania do Stwórcy w preambule do traktatu europejskiego wywołuje wielkie kontrowersje, choć w sumie nie pociąga to za sobą jakichkolwiek skutków praktycznych.

Czy demokracja bez Boga jest tyranią?

Tradycyjna myśl katolicka, ostrzegając przed modelem demokracji bez Boga, zwykle posługiwała się argumentem o tyranii większości, czyli suwerennego ludu. Większość – niczym rasowy tyran – może w demokracji podeptać prawa naturalne, zlekceważyć Prawo Boże, prześladować Kościół, a nawet dokonać formalnej apostazji państwa. Nie przez przypadek dwaj wielcy prekursorzy nowożytnego państwa totalitarnego – a mam tu na myśli Thomasa Hobbesa i Jeana J. Rousseau – wyprowadzali władzę polityczną z umowy społecznej i pierwotnej zgody suwerennego ludu.

Czy demokracja bez Boga musi przerodzić się w klasyczną tyranię? Nie mam żadnych wątpliwości, że jest to możliwe. Większość może sama być tyranem, a co Arystoteles określał mianem demokracji, czyli egoistycznego rządu tłumu dla korzyści własnej. To co było łatwe w małej, liczącej najwyżej kilka tysięcy obywateli greckiej polis nie zawsze jest proste w wielomilionowym państwie nowożytnym, które jednak może przekształcić się w despotyzm i rządy jednostki za przyzwoleniem większości. Klasycznym przykładem tego typu była III Rzesza, która nie powstała drogą przewrotu, lecz narodziła się z aktu głosowania powszechnego. Trudno wprawdzie przypuszczać aby niemieccy wyborcy, głosując w 1933 roku, umieli proroczo przewidywać przyszłość, ale nie ma najmniejszych wątpliwości, że zdawali sobie sprawę, że głosując na NSDAP, głosują na partię zapowiadającą krwawe rzezie i masakrę. Klasyczne badania historyka tej miary co Ernst Nolte – którego stosunek do nazizmu jest nota bene dosyć wyrozumiały – wskazują, że Niemcy świadomie głosowali na partię, która dokona fizycznego, konsekwentnego i metodycznego wymordowania zagrażających krajowi bolszewików i Żydów .

III Rzesza to skrajny przykład gdy demokracja bez Boga przekształca się w bezbożny totalitaryzm, gdzie przedmiotem czci nie jest Bóg, lecz państwo i osoba jego wodza. Przyznajmy jednak, że takie przekształcenie demokracji w jawną tyranią jest stosunkowo rzadkie i przykład Niemiec z 1933 roku jest właściwie jedynym, który można tu przytaczać. Patrząc na współczesne konsumpcyjne społeczeństwa raczej nie widać wśród nich skłonności do kasaty instytucji demokratycznych aby zastąpić je formułą Führerprinzip. Przeciwnie, widać raczej trend do pogłębiania demokracji.

Konsumpcjonistyczne społeczeństwo zachodnie jest w chwili obecnej podstawową formułą typu państwa, które możemy określić mianem typu państwa bez Boga, oto prawdziwa demokracja bez Boga. Jej też musimy tu poświęcić więcej miejsca.

Czy demokracja bez Boga to „interregnum”?

Skoro współczesne demokratyczne państwo, którego mieszkańcy pogrążeni są w kulturze konsumpcyjnej, stanowi dziś najbardziej rozpowszechnioną formę demokracji bez Boga, to każe to nam z powagą nachylić się nad pytaniem: czy demokracja bez Boga jest możliwa? To, że w zachodniej Europie taki typ państwa istnieje świadczy, że demokracja bez Boga jest możliwa. To fakt socjologiczny. Pytanie nasze należy sformułować więc inaczej: czy demokracja bez Boga może być trwała? Czy nasi potomkowie za 100 lat będą nadal żyli w demokracji bez Boga beztrosko jedząc chipsy i popijając je coca-colą? A może – jak twierdzi Patrick Buchanan – Zachód wymiera (w pojęciu demograficznym) i miejsce ludzi z naszego kręgu cywilizacyjnego stopniowo zajmą imigranci? Czy zaleją nas fale islamskich imigrantów i za 100 lat opuszczone kościoły zostaną przebudowane na meczety? Zapytajmy wprost: czy Zachód czeka los Cesarstwa Rzymskiego zalanego przez barbarzyńców?

Wydaje się, że to pytanie jest najważniejszym przed jakim stoimy, a groźba przeistoczenia się demokracji bez Boga w demokrację z Allachem poważna. W sumie problem sprowadza się do następującej kwestii: czy demokracja bez Boga może być trwałą formą typu państwa – jak wydają się sądzić kierujące Unią Europejską gremia polityczne i intelektualne – czy też jest to tylko interregnum, forma przejściowa pomiędzy starą chrześcijańską Europą, a Europą z powiewającą nad nią chorągwią Mahometa? Na pytanie to nie jesteśmy dziś zdolni udzielić pewnej i ostatecznej odpowiedzi. Poznają ją nasze wnuki, lecz istnieje groźba, że nastąpi to w chwili, gdy – z punktu widzenia tradycyjnego Europejczyka – wszystko będzie już stracone…

Czy więc demokracja bez Boga może być trwała, nie jest tylko kometą, po której nic nie zostanie? Czy demokratyczna Europa bez Boga jest zdolna przetrwać jako społeczeństwo, nie popaść w nowe totalitarne utopie i obronić się przed islamem? W moim przekonaniu, odpowiedź znajdujemy u klasyków myśli politycznej. Wszyscy teoretycy klasycznego republikanizmu uważali, że demokracja może istnieć tylko pod jednym warunkiem, a mianowicie oparcia jej na stabilnym systemie wartości. Skoro bowiem w demokracji rządzi większość, a ta bywa chwiejna i krótkotrwała, to oparcie tego systemu politycznego tkwić musi w stabilnym systemie aksjologicznym, skoro brak tu stabilnej polityki i planowania długofalowego. Właściwie od zawsze w naszej tradycji politycznej podnoszono dwie idee na których muszą opierać się rządy ludu: tradycyjna religia i patriotyzm. Znajdujemy to u Cycerona, Monteskiusza, Rousseau, także w polskiej tradycji z epoki Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Nawet klasyczny przedstawiciel politycznej niemoralności – Niccolo Machiavelli – chcąc zjednoczyć Włochy i zbudować tu republikę, chciał odrodzić w tym celu klasyczne rzymskie cnoty republikańskie.

Chęć oparcia rządów ludu na cnotach patriotycznych i religijnych jest cechą w sposób charakterystyczny różniącą wszystkie znane w historii projekty republikańskie od tego, który realizowany jest w demokracji typu zachodniego, a co niektórzy chcieliby zaszczepić także i nad Wisłę. Zadajmy sobie proste pytanie: do jakiego systemu wartości odwołuje się współczesna liberalna demokracja typu zachodniego? Do jakich cnót religijnych, patriotycznych czy obywatelskich odwołuje się współczesny i znany nam typ państwa? Skąd członkowie tej wspólnoty mieliby czerpać siły witalne?

Można szybko odpowiedzieć, że celem współczesnego liberalno-demokratycznego państwa jest przestrzeganie praw człowieka za pomocą demokratycznych procedur. Rzeczywiście, na idei tej ufundowany jest współcześnie dominujący typ państwa. Ale jakie wartości, cnoty wiążą się z prawami człowieka? Prawa człowieka same w sobie nie są żadną wartością, nie zachęcają do praktykowania jakichkolwiek cnót. Są to jedynie instytucjonalne gwarancje praktykowania lub niepraktykowania pewnych zachowań i swobód wiążących się z danym światopoglądem. Nie są więc, i być nie mogą, pozytywnym systemem wartości i cnót. Wprost przeciwnie, demokracje typu zachodniego równo chronią wszystkie wartości i wszystkie światopoglądy, nie wartościując ich, nie oceniając jednych wyżej, innych niżej .

Prawa człowieka mogą więc być praktykowane tylko w społeczeństwie, gdzie uprzednio panuje konsensus odnośnie systemu wartości. W przeciwnym razie mają charakter dla wspólnoty kompletnie rozkładowy. Jest jeszcze gorzej jeśli prawa człowieka same zaczynają przekształcać się w samoistną ideologię. Bowiem jeśli z tych instytucjonalnych zabezpieczeń wolności wyprowadzimy jakąś ideologię czy doktrynę, to może być nią tylko czysty relatywizm, gdyż esencją tej idei stricte prawniczej jest zabezpieczanie wolności od utrwalonych i tradycyjnych przekonać i praktyk. Gdy prawa człowieka przemieniają się w ideologię, a ma to dziś miejsce, to wynika z nich stwierdzenie, że jedyną prawdą niepodważalną jest brak prawdy i cnót, które moglibyśmy uznawać za lepsze, prawdziwsze i bardziej wartościowe.

To właśnie tak pojęty relatywizm, nadużycie i przekształcenie praw człowieka z doktryny prawnej w ideologię polityczną, jest przyczyną wspomnianej wcześniej chrystofobii. Chrześcijaństwo nigdy nie uznawało samo siebie za jeden z wielu równorzędnych światopoglądów. Mając swoje źródła w Objawieniu, musiało – i musi – uważać się za prawdziwą wizję świata, której praktykowanie jest konieczne do pośmiertnego zbawienia. Stoi to w jaskrawej sprzeczności z nowoczesną ideologią relatywizmu podniesionego do rangi (jedynego) dogmatu. Dla wielu współczesnych ludzi jedynym dogmatem jest nieuznawanie jakiegokolwiek dogmatu. Bunt przeciwko dogmatowi i autorytetowi stanowi esencjalny element projektu nowożytnego . W ten zaś sposób demokracja bez Boga transformuje się w demokrację przeciwko Bogu.
Zjawisko to w krajach zachodnich jest dosyć uniwersalne. W Polsce ma ono może (jeszcze) mniejszy zasięg przestrzenny niż u narodów położonych bardziej na zachód od naszego kraju. Ta patologia ma w Polsce charakter mniej rozwinięty. Jednak w III Rzeczpospolitej stworzyliśmy inną, rodzimą patologię.

Jeśli przyjrzymy się wizerunkowi dobrego obywatela jaki kształtowano w Polsce po 1989 roku, to niechybnie dojdziemy do wniosku, że przez wiele lat jako ideał obywatelski propagowano u nas zwykłego cwaniaka, złodziejaszka. Nie, nie kieszonkowca czy brutalnego ulicznego przestępcę, lecz sprytnego aferzystę, działającego na pograniczu prawa, mającego tzw. kontakty. Stąd słynne hasło, że pierwszy milion trzeba ukraść. Stoi to w jaskrawej sprzeczności z mieszczańskim, powstałym w nowożytnej Europie, modelem kupca, czyli człowieka uczciwego, brzydzącego się nieuczciwością, oszustem, kradzieżą i uznającego dotrzymywanie umów za pierwsze prawo natury (Grocjusz) .

Ten model moralny połączono także, zresztą całkiem logicznie, z niesłychanie relatywistycznym modelem religijności, gdzie wiara miałaby być prywatną sprawą każdego z nas. Dlatego też Boga najlepiej byłoby wykluczyć z życia publicznego pod pretekstem groźby stworzenia drugiego Iranu. Jeśli nawet duchownym wolno by było pokazać się z kropidłem na państwowych uroczystościach, to z tak pojmowanego chrześcijaństwa nie miałyby wynikać żadne praktyczne skutki dla życia publicznego. To raczej model chrześcijaństwa deklaratywnego.

Demokracja cwaniactwa i relatywizmu – to nic innego niż praktyczna rodzima polska aplikacja formuły demokracji bez Boga, która przez wiele lat konstytuowała projekt polityczny III Rzeczpospolitej powstały przy Okrągłym Stole.

Czy państwo takie może mieć charakter trwały? Wydaje się to wielce wątpliwe w świetle doświadczenia historycznego. Upadek klasycznych republik: ateńskiej, spartańskiej, rzymskiej, a także rozbiory Rzeczypospolitej Szlacheckiej zwykle poprzedzał okres głębokiego moralnego rozprężenia. W Starożytności upadek republiki – o ile nie uległa ona podbojowi militarnemu przez najazd zewnętrzny – poprzedzała epoka sofistów, a w przypadku I Rzeczypospolitej epoka saska. Innymi słowy: upadek republiki zawsze poprzedzał zmierzch cnót republikańskich (tak obywatelskich, jak i religijnych), a w efekcie stopniowe wymarcie autentycznych republikanów. Republika, która nie wychowa w swoich wartościach kolejnych pokoleń, traci swoich naturalnych obrońców, tych, którzy chcą dla niej pracować, żyć i – w razie potrzeby – za nią umierać. Czy uwierzymy, że za Rzeczpospolitą krew chciałyby oddać pokolenia, które sądziłyby, że istotą postawy publicznej jest cwaniactwo?

Odpowiedź na postawione przed chwilą pytanie uważam za dosyć oczywistą, w związku z czym czuję się uprawniony do stwierdzenia, że tytułowa demokracja bez Boga nie może być trwałym typem państwa. Nie oznacza to, że rozpadnie się w ciągu roku czy 5 lat. Jest wielce prawdopodobne, że przeżyje nawet wszystkich zgromadzonych na tej sali. Nie wydaje się jednak zdolna do samodzielnego życia przez dłuższy okres czasu, który moglibyśmy określić mianem historycznej epoki.
Konkluzja: albo odrodzenie projektu republikańskiego albo…?

Jeśli chcemy uniknąć islamizacji, totalitarnych ideologii bez odwoływania się do rozwiązań autorytarnych, to musimy dziś odnowić tzw. projekt republikański, czyli odtworzyć wspólnotę polityczną w oparciu o obecność chrześcijańskiego Boga w życiu publicznym i o praktykowanie cnót chrześcijańskich.

Była to idea, która przyświecała patronowi naszej Szkoły Bogdanowi Jańskiemu. Nasz Patron – a jako historyk i badacz myśli politycznej stwierdzam to z żalem – nie był twórcą wielkiej oryginalnej koncepcji politycznej, która mogłaby znajdować się w centrum zainteresowania dziesiątek współczesnych historyków idei. Był raczej typem organizatora i działacza społecznego o bardzo bystrym spojrzeniu na nurtujące świat XIX wieku problemy natury moralnej i cywilizacyjnej. Żyjąc przez większość swojego aktywnego dorosłego życia na emigracji w Paryżu i obserwując tak problemy wielkiej emigracji, jak i francuskie życie politycznym, stał się jednym z pierwszych twórców koncepcji nowoczesnego patriotyzmu chrześcijańskiego , która w okresie zaborów i II Rzeczypospolitej znalazła tylu kontynuatorów.

Patriotyzm chrześcijański – to nic innego niźli wspominane wcześniej i tak nieodzowne dla każdej republiki cnoty obywatelskie, opierające się na wartościach patriotycznych i religijnych. Musimy sobie uświadomić – i takie też jest przesłanie tego wykładu – że świat polityczny i społeczny nie ma charakteru statycznego. Żyjemy dziś w epoce pokoju, stabilizacji i względnej prosperity, gdzie nikt nam poważnie nie zagraża. Nie możemy mieć jednak pewności, że świat przez dziesięciolecia i stulecia będzie wyglądał tak, jak dziś wygląda. Wystarczył kryzys na rynkach finansowych aby zachwiać wszystkimi pewnikami polityki i budowanymi przez dziesiątki lat instytucjami unijnymi.

Świat jest niepewny, byt polityczny naszego narodu i cywilizacji zachodniej nie jest dany nam raz na zawsze. Tylko narody silne cywilizacyjnie zdolne są przetrwać wielkie historyczne burze. Polityka bez Boga czy demokracja bez Boga jest ślepym zaułkiem, gdyż nie tworzą wspólnoty politycznej, konstytuując wspólnotę egoistów i cyników.

Dr hab. Adam Wielomski, prof. SWBJ

Tekst ten został wygłoszony w dniu 2 X 2010 roku jako Wykład Inauguracyjny dla studentów 1 roku w Szkole Wyższej im. B. Jańskiego w Warszawie

Źródło:

Konserwatyzm.pl: http://www.konserwatyzm.pl/
http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/6808/

Przeczytaj również część pierwszą wykładu:
https://www.polishclub.org/2010/10/11/adam-wielomski-polityka-bez-boga-i-konsekwencje-demokracja-bez-boga-cz-i/
lub
http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/6809/

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek