Waldemar Glodek: Studenckie przygody i tarapaty w ramach “Work and Travel”


Od lat studenci z Polski w czasie wakacji odwiedzają Stany Zjednoczone w ramach programu „Work and Travel”. Cala eskapada planowana jest na trzy letnie miesiace i jak zachęcają organizatorzy studenci po przepracowaniu dwóch miesięcy zarobią na tyle aby ten trzeci spędzic relaksowo zwiedzając Stany. Interesująca oferta i często konieczność podreperowania studenckiego budżetu są wystarczającą motywacją aby zaryzykować i z takiej okazji skorzystać.

Nie wiem od kiedy ten akurat program wakacyjnej pracy w USA działa, nie mniej chyba od ponad dziesięciu lat spotykam się z problemami studentów z niego korzystających. Oczywiście, ci co im się poszczęściło i znaleźli prace zgodnie z ofertą nie zgłaszali się chociaż ciężko pracowali za zbliżone do minimalnych płac stawki. Osobiście z rodziną i znajomymi mieliśmy okazję udzielenia pomocy kilku osobom w każde wakacje. Najczęściej z powodu nie dotrzymania zobowiązania czy też obietnicy zatrudnienia przez firmę i zostawienie braci studenckiej na lodzie. Trzeba przyznać, że odwiedzający San Francisco studenci byli bardzo zaradni i żadne negatywne wieści do nas nie docierały. Wręcz przeciwnie chwalono ich odpowiedzialność w pracy i dwudziestoczterogodzinną dyspozycyjność.

Prawie wszyscy ze studentów liczyli na podszlifowanie angielskiego. Kiedy wracali do Polski dzielili się czasami swoimi spostrzeżeniami. Ciężka praca przez okres wakacyjny nie była jednak zbyt pomocna w poprawie znajomości angielskiego – twierdzili. Niektórzy zażegnywali się, że już więcej do Stanów nie przyjadą, nie podoba im się u nas. Najczęściej takie refleksje mieli ci co uciułali mniej w czasie pobytu w Kalifornii niż zainwestowali w wyjazd. Bywało że nawet zapożyczyli się z nadzieją na zarobek umożliwiający oddanie pożyczki po powrocie do Polski; odłożenie troche $$ dla siebie, no i oczywiście przeżycia amerykańskiej przygody.

Głównie skarżyli się na polskich organizatorów, którzy pobierając duże jak na studencką kieszeń opłaty w zasadzie organizowali wyjazd nie gwarantując zatrudnienia. Często studenci musieli sami szukać sobie pracy. Fakt, że posiadany przez nich rodzaj wizy dawał możliwośc legalnego zatrudnienia to jednak słusznie uważali że opłata za udział w programie „Work and Travel” przewyższała znacznie zaoferowany na miejscu w USA serwis.

Nie pozostaje nic innego jak odwiedzającym Stany studentom z Polski życzyć aby kłopoty ich omijały i w przyszłym roku spełniły się ich marzenia na przyjazd do USA w ramach programu „Work and Travel”. Poniżej opowiadanie studentki przysłane po powrocie do Polski.

Waldemar Glodek
2 listopada 2010 r.

 

Wyjazdy „Work and Travel”

Uczestnictwo w programie Work and Tavel jest dla przeciętnego studenta najłatwiejszym sposobem na wyjazd do Stanów Zjednoczonych oraz podjęcie legalnej pracy wakacyjnej. Pomimo bezrobocia i dość nieciekawej sytuacji gospodarczej panującej w USA na polskim runku wciąż istnieje wiele biur wysyłających polskich studentów do Ameryki do pracy. Liczba osób zainteresowanych tego typu wycieczką ostatnio zmalała, co uwarunkowane jest słabym kursem dolara oraz możliwościami zarobkowymi w krajach Unii Europejskiej. Między innymi dlatego dziś uczestnictwo w programie Work and Travel nie kosztuje 12 000 zł tylko 4 000zł (bez biletu). Z punktu widzenia osoby, która chce spełnić swój amerykański sen 4 000 zł to nie taka wysoka cena, ale przyglądając się bliżej całemu procesowi organizowania wyjazdu do Stanów Zjednoczonych przez powyższe biura 4 000zł to zwykłe hochsztaplerstwo.

Jestem studentka Politechniki i w roku 2010 przystąpiłam do programu Work and Travel. Miałam pewne oczekiwania co do pracy jaką chciałam wykonywać, więc znalazłam biuro, które prowadziło rekrutację do kasyna w Californii. Interview było śmieszne, bo przeprowadził je z nami- uczestnikami człowiek, który prowadził to biuro (Polak) i oczywiście nie było sposobu, żeby nie przejść pozytywnie tejże rozmowy kwalifikacyjnej, bo przecież organizator miał pieniądze z każdego uczestnika. W zamian za drobne 4 000 zł wyznaczył nam rozmowę w ambasadzie oraz wypełnił dokument DS2019, który upoważniał nas do otrzymania wizy J1- czyli takiej, która umożliwiała nam podjęcie legalnej pracy. Podał nam też informacje pracodawcy, który miał nas zatrudnić na terenie Stanów Zjednoczonych, by uwiarygodnić w ambasadzie nasz jasno skonkretyzowany cel. Mnie i moim znajomym, z którymi przyjechałam do USA się udało, bo na miejscu okazało się, że taki pracodawca faktycznie istnieje i chce nas przyjąć do pracy. Jednakże Polacy- studenci, których spotkaliśmy w San Diego, też tak jak my przyjechali na program Work and Travel z innego biura, ale nie mieli tyle szczęścia. Borykali się w poszukiwaniu pracy praktycznie przez cały pobyt i chwytali się każdej pracy. Pracowali głównie fizycznie i bardzo ciężko np. sprzątając i zarabiali około 7-8 dolarów za godzinę. Dodam jeszcze, że największym problemem było zorganizowanie sobie odpowiedniej ilości godzin, gdyż aby zapłacić za mieszkanie oraz mieć co jeść potrzebne było przynajmniej 30 przepracowanych godzin pracy przy tej stawce, bo życie w stanach nie jest tanie.

Kasyno które zatrudniło mnie oraz moich znajomych nie dawało nam żadnych szans na rozwój czy awans. Na miejscu okazało się, że mamy już dawno określone stanowiska na bufecie i właściwie nie było szansy na nic lepszego. Były osoby które miały farta i dostały stanowiska serwerów za ok. 13 dolarów/h, ale też tacy jak ja, którzy pracowali jako hości za 9 dolarów/h. Do miasta w którym mieszkałam przyjechała ogromna grupa Work and Travel z całej Europy. W sumie było nas około 70 osób. Po 3 tygodniach supervisorzy oznajmili nam, że jest nas za dużo i będą ograniczać nam godziny pracy.

Z początku rozglądaliśmy się za drugą pracą i rozsyłaliśmy CV, ale niestety bez odpowiedzi. Wtedy zdecydowałam się zmienić prace i wyjechać. Niewiele osób chciało podjąć takie ryzyko jak ja, gdyż biura wysyłające nas na program bardzo często straszą, że w takiej sytuacji mogą cofnąć nam wizę. Mówią tak dlatego gdyż organizatorzy mają oczywiście jakąś wstępną umowę z pracodawcą w stanach i za przesłanie nas- taniej siły roboczej bezpośrednio do nich podejrzewam, że też pobierają jakąś opłatę.

Tym razem wybrałam już bardziej rozrywkowe miasto w Nevadzie, które znane jest z licznych hoteli i kasyn. Pracy szukałam około 3 tygodni. Znów miałam szczęście, bo znalazłam wymarzoną pracę na stanowisku cocktail serverki. Największe osiągnięcia zwykle obarczone są ogromnym ryzykiem. Dochody wynagradzały mi cały włożony trud, a wyjazd do stanów wreszcie zaczął mi się zwracać. Jedyną złą stroną mojej decyzji był fakt, iż samodzielny wyjazd rzeczywiście zmuszała mnie do bycia samodzielną. Zamieszkałam z Amerykaninem w małym bardzo zaniedbanym studiu i pomimo, że płaciłam mu za połowę wynajmu, to zawsze było jego mieszkanie, dlatego właściwie nie miałam tam żadnych praw i bardzo nie lubiłam tego miejsca. Nie miałam początkowo nikogo znajomego, a tym bardziej nikogo, kto rozumiałby moją pustkę i co czuje z dala od rodziny i ojczystego języka.

W pracy nie było już studentów tylko rodowite amerykanki, które pracując w kasynie zarabiały na chleb i tylko czekały, żeby wbić nóż w plecy młodej zagubionej Polce. Supervisorzy byli bardzo surowi i w każdej rozgrywce amerykanka kontra obcokrajowiec stali po stronie swoich. Spotkałam np. Litwinkę, która pomimo 3 lat pracy w kasynie i męża Amerykanina- barmana wciąż dostawała słabe sekcje- te same co ja- new hire. Łatwo nie było i zaczynałam wszystko praktycznie od zera. Kończyłam pracę i właściwie nie miałam co ze sobą zrobić. Przeżyłam prawdziwą szkołę życia i mogłam liczyć wyłącznie na siebie. Stopniowo zawierałam pierwsze przyjaźnie, ale nawet dla najbardziej życzliwych co-workers amerykanów zawsze byłam foreigner.

Po miesiącu można powiedzieć , że udało mi się zyskać zaufanie moich przełożonych oraz współpracowników. Poznałam też sporą grupę szalonych amerykanek i szarmanckich amerykanów, z którymi mam kontakt do dziś. Tęsknota za Polską jednak wciąż mi doskwierała, dlatego pomimo wielu wspaniałych chwil spędzonych w stanach nie mogłam doczekać się powrotu. Ktoś bardzo mądry po wielu latach emigracji powiedział mi że „Stany Zjednoczone są takim krajem, który się nienawidzi jak się tam jest, ale za którym się zawsze bardzo tęskni po powrocie do ojczyzny”- tak jest w 100%. Pomimo gorzkich chwil tam przeżytych już wiem gdzie spędzę kolejne wakacje…

Podsumowując: wyjazd mi się 4 krotnie zwrócił, przywiozłam ogromna pakę ubrań, pamiątek i prezentów. Podszkoliłam angielski choć nie powiem, żebym jakoś diametralnie rozbudowała swoje słownictwo. Jestem dumna z tego wszystkiego co osiągnęłam, ale czy faktycznie organizator któremu w Polsce sprezentowałam 4 000 zł tak bardzo był mi potrzebny by to wszystko zdobyć…?

Pozdrawiam wszystkich studentów Work and Travel, którzy przeżyli to samo co ja oraz wszystkich odważnych, których to czeka – ku spełnieniu własnego American Dream.

Uczestniczka „Work and Travel”
Lato 2010 r.

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek