Pamięci Marii Fieldorf-Czarskiej (20.03.1925 r. Wilno – 21.11.2010 r. Gdańsk) Moją Ojczyzną jest Polska podziemna…


Maria Fieldorf Czarska corka gen Nila To straszne i nieludzkie Bardzo mu wtedy wspolczulam W niedzielę, 21 listopada koło południa, w uroczystość Chrystusa Króla, odeszła do Pana Maria Fieldorf-Czarska – córka generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila", zastępcy ostatniego dowódcy głównego Armii Krajowej, pierwszego komendanta organizacji NIE jak Niepodległość, zamordowanego przez sowieckich komunistów na Mokotowie 24 lutego 1953roku. Przyczyną śmierci pani Marii był atak serca.

Od dłuższego czasu nie wychodziła z domu, kilkakrotne pobyty w szpitalu nie pomogły w ustaleniu przyczyn permanentnie podwyższonej temperatury ciała, bólów i zawrotów głowy. Mimo tych cierpień, dla każdego gościa – tak jak przez całe swoje życie – twarz miała uśmiechniętą i nieraz wprowadzała nas w zakłopotanie, proponując poczęstunek, kawę, herbatę, choć wiedzieliśmy, że jest osłabiona, że cierpi. Radość obcowania z ludźmi, która towarzyszyła jej przez całe życie, była silniejsza od wszelkiego cierpienia. Miała wielu przyjaciół – starych i młodych. Tych młodych chyba więcej, i to był prawdziwy fenomen starszej pani, która w marcu świętowała 85.urodziny. Ci młodzi pytali ją czasem, czy nie nadeszła już pora odtworzyć Kedyw… – Jak będzie pora, dam rozkaz – mawiała ze śmiechem, a my nazywaliśmy ją wtedy Komendantką. Po jakimś czasie zauważyłem, że między sobą mówimy o niej po prostu "Maria", choć byliśmy od niej 30-50 lat młodsi. Nie był to wyraz braku szacunku czy nadmiernej poufałości. Raczej rodzaj porozumienia i współodczuwania ważnych spraw ponad czasem. Bo przecież "przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej" – jak pisał Norwid. – Będziesz dziś u Marii? – pytaliśmy się przez telefon i jechaliśmy do niej, by się dowiedzieć o zdrowie, ale przede wszystkim, by posłuchać, co sądzi o najnowszych wydarzeniach w kraju. Zawsze była świetnie zorientowana, na stole zawsze leżały "Nasz Dziennik" i "Nasza Polska". Redaktor Małgorzatę Rutkowską traktowała jak członka rodziny, a z panią Marylą Adamus łączyła ją przyjaźń i wspólne bolesne doświadczenia, jakże podobne! Rozumiały się bez słów.

Tak żyłam…

Dzień śmierci pani Marii zapowiadał się od rana wyjątkowo. Mimo cierpienia postanowiła wyjść tego dnia z domu. Na stole leżał przygotowany dowód osobisty, by nie zapomnieć, na krześle odświętny strój. Nie wyobrażała sobie, że ktoś w wolnej Polsce ("jaka by ona nie była"…) może zrezygnować z udziału w wyborach – parlamentarnych czy lokalnych. – Patrz, w czasach sowieckich wszyscy szli na te niby-wybory, bo się bali. Teraz nie idą, nie szanują Polski – mówiła z żalem.

Tematu rozmów nie stanowiły nigdy pogoda ani żadne błahe sprawy – chyba że był to dobry dowcip. Lubiła się śmiać, a my razem z nią, patrząc, jak młodnieje i zamienia się znowu w niesforną Marysię, co przed wojną biła się z chłopakami albo wbrew zaleceniom mamy zdejmowała w drodze do szkoły buty i szła na bosaka, żeby się nie odróżniać od najbiedniejszych dzieci i nie sprawiać im przykrości. Interesowała się naszymi sprawami rodzinnymi, o których jej czasem opowiadaliśmy. Przeżywała radość z narodzin Irka i Piotra – synków bliskich jej młodych ludzi, gratulowała mi narodzin pierwszej wnuczki. – Pani Mario, Julcia się urodziła na obczyźnie, w Londynie, w Dzień Polskiego Państwa Podziemnego… Najpierw się roześmiała z mojego konceptu, a potem się zamyśliła: – Czy te nasze dzieci wrócą kiedyś z tych wszystkich londynów, czy już tam zostaną?

Razem szukaliśmy odpowiedzi na trudne pytania. W sprawach rodzinnych szukała rozwiązania problemów, doradzała, ale nigdy się nie narzucała. Z domu wyniosła kulturę osobistą, która pozwala się śmiać i żartować, ale najchętniej z siebie samej. Nie pozwalała człowiekowi przekroczyć granicy, za którą jest ból zadany drugiemu człowiekowi – nawet gdyby to było nieumyślne.

Młodzi – klucz do przyszłości Polski

Fascynacja pani Marii młodymi ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy dopiero wchodzą w dorosłe życie, nie brała się z często spotykanej u starszych tęsknoty za utraconym czasem, młodością, urodą. Ona niczego nie żałowała, nie rozczulała się nad sobą, a o cierpieniach swojej rodziny mówiła, że nie były wyjątkowe, bo przecież cała Polska wtedy cierpiała. Zainteresowanie młodzieżą i sposobem jej myślenia, odbierania świata, związane było z pytaniem, które często nam stawiała: Jaka będzie Polska w następnym pokoleniu, jaka za 50lat? Bała się, by ofiara życia wielu młodych ludzi z jej pokolenia i tych nieco starszych – których młodość i "czas męski" przypadły na wojnę – nie poszły na marne. Ale jak o tym opowiedzieć młodzieży roku 2010? Trzeba by chyba najpierw edukować ich nauczycieli, bo edukacja szkolna "to jest prawdziwa katastrofa".

Była bardzo szczęśliwa, gdy zaproszono ją do Krakowa na spotkanie z młodzieżą Zespołu Szkół Mechanicznych nr4 im. Generała "Nila". Jakżeż ona do nich mówiła! Z jaką miłością! Jakże bardzo chciała przekazać im wszystko, co dla niej było najważniejsze, najserdeczniejsze. Przygotowała specjalne przesłanie do młodzieży, które potem rozsyłaliśmy po całej Polsce, do znajomych nauczycieli, bo to było przesłanie nie tylko do uczniów szkoły fieldorfowskiej: "Musicie od siebie wymagać, choćby inni od Was nie wymagali" – przypominała słowa Jana PawłaII. "Wasze oczekiwania i wymagania kierowane są przede wszystkim dorodziców, potem do nauczycieli, do kolegów. Co dajecie w zamian? Czy zastanawiacie się czasem, co dobrego możecie zrobić nie tylko dlasiebie, nie tylko dla bliskich – ale także dla swojej Ojczyzny? Całe moje życie podpowiada mi, że ten, kto służy Ojczyźnie, służy także sobie samemu, bo wielkie idee wyzwalają w człowieku wielkie siły, radość życia, energię i szlachetność, przybliżają go do Boga. Czy my jeszcze rozumiemy dziś słowa największego poety czasów starożytnych o tym, żesłodko i zaszczytnie jest umierać za Ojczyznę? Co możecie więc zrobić dla Polski? Możecie wiele i nie musicie już, jak pokolenia przed Wami, rzucać “swój życia los na stos”. Wasza pokoleniowa misja to przede wszystkim nauka i doskonalenie się w różnych dziedzinach wiedzy i umiejętności. Polska potrzebuje obywateli światłych, prawych ikochających swój Kraj. Polska potrzebuje ludzi idei i wartości, gotowych tych idei i wartości bronić. Polska potrzebuje obywateli świadomych historii swego Narodu i swego państwa, potrafiących bronić swoich bohaterów przed oszczercami i pokazywać ich innym narodom. Wierzę, że będziecie godnymi następcami naszego pokolenia, pokolenia Armii Krajowej, które powoli odchodzi. Wam, młodzi Polacy, powierzamy Polskę, Ojczyznę naszą i Waszą. Niech Pan Bóg ma Was w swojej opiece"… Dziś te słowa brzmią szczególnie mocno, jak Jej testament. Czy zostanie odczytany i wykonany?

A potem była uroczystość Sztafety Pokoleń – na terenie krakowskiej jednostki wojsk specjalnych im. Generała "Nila". I przesłanie do oficerów i żołnierzy:
"Oficerowie i żołnierze Wojska Polskiego, przyszłość Polski od Was zależy. OdWaszej cnoty żołnierskiej i od Waszej mądrości. Każdy musi “znaleźć swoje Westerplatte”, z którego nie wolno zdezerterować – by odwołać się do nauki Sługi Bożego Jana Pawła II. Człowiek wątpiący i nazbyt uległy staje się wbrew swej woli sprzymierzeńcem wroga. Musicie być silni i świadomi swych zadań. Życie jest piękne i fascynujące tylko wtedy, gdy się je poświęca pięknym i fascynującym ideałom, o które warto walczyć i za które warto czasem oddać życie.
Dla nas, odchodzącego już pokolenia Armii Krajowej, jesteście pokoleniem późnych wnuków, którym ziścił się nasz sen z długich lat komunistycznej opresji. Niech Wam Bóg pomaga w służbie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej!".

Głęboko przeżyła tragedię smoleńską i śmierć generała Włodzimierza Potasińskiego – dowódcy wojsk specjalnych, inicjatora nadania jednostce imienia Generała "Nila". Razem umieścili akt erekcyjny pod pomnik "Nila" na terenie jednostki – w tym roku poświęcony. Ale pod Smoleńskiem zginęło wielu innych ludzi, których znała i podziwiała. Płakała nad prezesem Januszem Kurtyką ("co teraz będzie z IPN-em?"), nad Czesławem Cywińskim, prezesem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej – tak jej bliskim przez wspólne ścieżki wileńskie. Nade wszystko nad prezydentem Lechem Kaczyńskim, nad cierpieniem i upokorzeniem całej Polski. Czytała do końca wszystko, co na temat tragedii smoleńskiej pisał "Nasz Dziennik", a pisał bardzo dużo, nie bacząc na polityczną poprawność.

Niepokój

Były w ostatnich latach życia pani Marii chwile szczególnej rozterki i szczególnego niepokoju. Wiadomość o realizacji filmu fabularnego, poświęconego ojcu, przyjęła z wielką radością. Później przyszło wielkie rozczarowanie, gdy się okazało, że scenariusz zawiera różne głupstwa ("licentia poetica"…) i że trzeba jeszcze prosić, by mogła go obejrzeć przed wejściem na ekrany. Obraz niby-autorski, niedokumentalny, ale z jej nazwiskiem i nazwiskami najbliższych. Nie mogła pojąć takiej sofistyki. Pisała, protestowała, groziła niewyrażeniem zgody na użycie nazwiska Fieldorf. Na koniec zapytała przyjaciół o radę. Poprosiliśmy, by się zgodziła dla dobra sprawy, dla pamięci o "Nilu". Ta zgoda wiele ją kosztowała, nie rozumiała bowiem kompromisów, które nie mają żadnego uzasadnienia. Na koniec reżyser nazwał ją publicznie "antysemitką", wchodząc w ten sposób na utarty szlak polskich "elit". Wtedy nie wytrzymała i wybuchła: – Co on sobie wyobraża! Powinnam ukrywać fakt, że oprawcami mojego ojca byli Żydzi? Bardzo szybko przeprosił, gdy zagroziła sądem.

A potem był ten koszmarny wywiad w "Rzeczpospolitej" z Aliną Całą z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, która powiedziała, że Polacy "są w pewnym sensie odpowiedzialni za śmierć wszystkich Żydów"! Pani Maria czekała kilka dni na reakcję historyków, której była pewna. Nic… Strach i umiejętnie wzbudzane przez lata poczucie winy? Napisała do Całej list otwarty. Nigdy nie otrzymała odpowiedzi…

Strażniczka pamięci

Nade wszystko Maria Fieldorf-Czarska była strażniczką pamięci swego ojca. Nie dla korzyści, nie dla odszkodowań, nie z powodu nienawiści do oprawców. Sprawa Generała "Nila" była dla niej nie tylko rodzinną tragedią. Uważała, że sposób, w jaki się tę sprawę pokazuje i jak się rozlicza zabójców, daje prawdziwy obraz tego, co dzieje się w Polsce po roku 1990. Niestety, wnioski były bardzo pesymistyczne. Nie pomogło kołatanie do sądów, które się przed nią opędzały tak spektakularnie i ostentacyjnie, że Alina Czerniakowska kiedyś nie wytrzymała i poszła z panią Marią na rekonesans po sądowym korytarzu z telewizyjną kamerą. Do środka nie wpuścili…

– Wszystko pozamiatali, winnych nie ma, wszystko zgodnie z "ówczesnym" prawem. I mówią to mnie, córce i prawnikowi… – mówiła pani Maria, a podczas publicznych wystąpień – pod wpływem tych doświadczeń – powtarzała często za poetą znamienne słowa: "Moją ojczyzną jest Polska podziemna".

– Żyliśmy wtedy pod terrorem okupantów, ale żyliśmy w prawdzie. Znaliśmy strach, ale nie znaliśmy samookłamywania się, które teraz jest powszechne. Ja naprawdę tęsknię do tej Polski podziemnej…

Na granicy życia i śmierci

W ostatnich latach najbardziej tęskniła do spotkania z Bogiem i z bliskimi. Była pewna, że kiedyś dowie się pełnej prawdy o męczeństwie ojca. Na stole w pokoju leżała często otwarta książka Wydawnictwa Apostolstwa Modlitwy z wizjami Anny, podczas których doświadczała spotkań z Generałem "Nilem". I książeczki Wandy Sieradzkiej z wierszami o "Nilu".

Niedawno panią Marię odwiedziła Aleksandra – córka generała Potasińskiego. Pani Maria przywitała ją jak kogoś najbliższego, jak swoje dziecko. – Czy i ona będzie musiała czekać latami na pełną prawdę o wszystkich okolicznościach śmierci swojego ojca? – zapytała nas przy ostatnim spotkaniu.

Świadectwo

"Była dla nas oparciem, roztropnym doradcą, szczerym przyjacielem na dobre i na złe.Angażowała się bez wahania tam, gdzie mogła pomóc. I sama była otoczona życzliwymi i uczynnymi ludźmi. Bezustannie odwiedzana przez gości, których przyjmowała w skromnym mieszkaniu w bloku. Telefon stale w ruchu, na biurku najnowsza korespondencja i sprawy do załatwienia, jak zwykle szczególnie te związane z upamiętnieniem Ojca. Nigdy się nie poddawała, nawet w tak beznadziejnej sprawie jak odnalezienie szczątków Generała “Nila” i ukaranie winnych jego zabójstwa. Jednak już od dłuższego czasu miała świadomość, że może nie osiągnąć tego celu. Była z wykształcenia prawnikiem, a mimo to nazywała organa władzy sądowniczej ‘Ministerstwem Niesprawiedliwości’” – napisał redaktor portalu Wolna Polska, z którym pani Maria była związana i który jako pierwszy podał wiadomość o jej śmierci.

Pani Mario, wspomagaj nas, tak jak nas wspomagałaś za życia. Bardzo tego potrzebujemy.

Piotr Szubarczyk
Publicysta historyczny, edukator w Biurze Edukacji Publicznej Oddziału Gdańskiego IPN. Autor ponad 400 artykułów prasowych poświęconych historii Polski, autor i współautor kilkunastu książek. Współpracuje z radiem i TV.

Źródło:

NASZ DZIENNIK, 23 listopada, Nr 273 (3899)
www.naszdziennik.pl
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101123&typ=my&id=my01.txt

Zdjecie: http://www.gorkiwielkie.w.interia.pl

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek