Andrzej Kumor: Siksa i żigolo w opałach


Obserwowanie politycznej poprawności w działaniu jest bardzo pouczające. Tym razem mogliśmy sobie te wygibasy pooglądać przy okazji zapowiedzi emisji nowego serialu miejskiej soap opery na żywo, w założeniu z naszym torontońskim akcentem. Serial „Lake Shore” kopiuje pomysł amerykański (a jakże) „Jersey Shore”. Produkcja, jakich pełno we współczesnym odmóżdżonym  teleścieku, ociekająca szybkim życiem młodych ludzi, bulgocąca  seksualnie i do bólu autentyczna. Ból polegał tutaj na próbie pokazania (epatowania?) prawdziwym językiem i naturszczykowym sposobem myślenia  młodych torontończyków. Ciekawym akcentem jest udział  aktorów polskiego pochodzenia.

Wyemitowano w Internecie zapowiedź dziełka i pewnie wszystko przeszłoby łatwo, jak drugi łyk piwa, gdyby nie przykładowe zdanko włożone w usta aktorki podpisanej jak „Turczynka” – „Nikogo nie dyskryminuję, wszystkich nienawidzę tak samo, Żydów w szczególności”. Zdanie, jak zdanie, nawet jest w nim ciekawy element, bo rzeczywiście, nienawidząc po równo, unikamy dyskryminacji; wypowiedziane nie całkiem serio spokojnie uznać można za element intelektualnej  prowokacji wpasowany w bezmózgowy sposób „noszenia się” współczesnej młodzieży.

Jak można było przypuszczać – odezwały się nożyce. Te same co zawsze. Dla pełnego obrazu owej rzekomo bardzo niepoprawnej politycznie produkcji, w której młodzi ludzie sprowadzeni są do parteru, szpanowania, balowania i wyrywania panienek, dodam, że jest w niej też postać młodej Żydówki, w założeniu, błyskotliwej i inteligentnej. 
Rzecz cała  stoi jednak pod znakiem zapytania, no bo – wiadomo co.
Dlatego pozwolę sobie na mały komentarz. Polityczna poprawność to zaklinanie rzeczywistości językiem. Przypomina lukrowanie kupy. Oprócz przekazu medialnego, środków masowego przekazu, istnieje jeszcze „drugi obieg” – usta-usta. Jest go w stanie wyeliminować jedynie całkowity zamordyzm wzorowany na stalinowskim modelu, kiedy to za niepoprawne dowcipy wysyłać będą do kryminału lub obozu pracy. W obecnym naszym ontaryjskim (kanadyjskim) wydaniu, polityczna poprawność to nic innego, jak dociskanie pokrywki na gotującym się garnku, względnie zamiatanie śmieci pod dywan.

Nie ma prawdziwej wolności bez wolności słowa.

Wolny człowiek musi mieć możliwość publicznego mówienia o tym, czego, kogo i za co nie lubi! Jeśli pod groźbą złamania kariery czy zbankrutowania procesem sądowym tę możliwość mu się odbierze (nie mówiąc już o groźbie wysłania na odpoczynek do kryminału), to wcale nie oznacza, że problem żalu, nienawiści,  pretensji (choćby niesłusznych czy opartych na plotkach) przestanie istnieć. Drugi obieg skutecznie te frustracje zreplikuje.

Skazując więc resentymenty i stereotypy na drugi obieg pozbawiamy się możliwości normalnej  szczerej debaty, które – wedle założeń – jest  fundamentem demokratycznego społeczeństwa. Zaczynamy żyć w świecie, w którym król jest nagi, ale wszyscy wygodnie patrzą w drugą stronę. Stwarzamy niebezpieczną społecznie sytuację, w której w sferze publicznej dominuje zakłamanie i niczym na przymusowych zebraniach kompartii ludzie wygadując bzdury, puszczają oko albo trzymają z tyłu skrzyżowane palce.

Piszę o tym z dobrego serca, ponieważ – podobnie, jak to było w przypadku kompartii – w sytuacji społecznych napięć  i kryzysu, ci narzucający kaganiec milczenia stają się naturalnym chłopcem do bicia. 
Nie chodzi więc o to, byśmy to, co myślimy naprawdę, mówili sobie za plecami, lecz byśmy mogli się w cywilizowany sposób różnić i spierać. Jednym z warunków społecznego zdrowia jest możliwość publicznej oceny zachowania i politycznych gier wszystkich środowisk, również tych uprzywilejowanych i wpływowych, jak żydowskie.

W komunizmie każda szczera krytyka kompartii uważana była za efekt imperialistycznego spisku i podżegania wrażych ośrodków. 
W dzisiejszych społeczeństwach Zachodu, każda krytyka Izraela czy wpływów diaspory natychmiast uciszana jest plakietką antysemityzmu. W ten sposób zaczynamy żyć w murach patiomkinowskiej wioski. A za fasadą buzuje życie…

– Tak, wiele osób nienawidzi Żydów za domniemane czy rzeczywiste uprzywilejowanie, za wielki wpływ na politykę USA, za stosowanie podwójnych standardów – litanię powodów można ciągnąć. Fakt, że nie można o tym otwarcie debatować, dodatkowo potęguje frustrację.

Tak, wiele osób nie lubi np. Hindusów – za to jak się zbiorowo zachowują „na świeżym powietrzu”, za to że używają przypraw nam śmierdzących, za to że łatwiej im trafić na państwowe, uprzywilejowane posady, że jako urzędnicy są niemili i z góry patrzą na petentów. Ktoś powie, drobiazgi. Może tak, ale o tym wszystkim musimy móc otwarcie mówić i pisać.

Wymuszanie poprawności politycznej w życiu publicznym to cios  zadany demokracji – próba ideologizacji społeczeństwa i manipulacji na gargantuiczną skalę. A to wszystko my przecież już przerabialiśmy.

Wracając zaś do nieszczęsnej podwórkowej soap opery dla odmóżdżonej młodzieży – cóż, niech się młodzi bawią, za moment i tak będą kręcić koła cudzego kieratu. Dobrą puentą jest tu informacja, że liczba chińskich studentów na amerykańskich uniwersytetach wzrosła w roku ubiegłym o 30 proc. i łącznie przekracza 600 tys. Pewien nauczyciel akademicki zauważył, że kiedyś wśród najlepszych studentów było 27 Ży-dów i 3 Chińczyków, dzisiaj jest 27 Chińczyków i 3 Żydów. Założę się też, że żaden szanujący się młody stypendysta z ChRL-u na oglądanie  „Lake Shore” nie będzie tracił czasu. Zbyt nudne, kiedy na radarze mamy die ganze Welt…

Andrzej Kumor, Mississauga
25 listopada 2010
www.goniec.net 

Zrodlo:

Wirtualna Polonia: http://wirtualnapolonia.com/2010/11/26/andrzej-kumor-siksa-i-zigolo-w-opalach/#more-10358

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek