Ryszard Czarnecki: Rosja bierze, ale nie kwituje


flag_eu_russiaDla Polski nadszedł czas wyjątkowej dekoniunktury międzynarodowej. USA wycofują się z Europy, coraz słabszej wobec innych graczy światowej sceny. I Waszyngton, i Bruksela układają się z Moskwą, nie oglądając się na Warszawę

Rosja bierze, ale nie kwituje

Dzisiejszy szczyt Unia Europejska – Rosja w Brukseli odbywa się w momencie szczególnym. Przed rokiem toczył się on w cieniu wielkiego kryzysu, który jednocześnie był wielką niewiadomą i dla Europy, i dla Kremla. Po kilkunastu miesiącach, które upłynęły od tamtego wydarzenia, widać wyraźnie, że Unia nie wzmocniła się politycznie, a Rosja – wręcz przeciwnie.

Gospodarczo obie strony mogą mówić o problemach, ale media skupiają się na kłopotach Zachodu, a nie Wschodu. Traktat lizboński, który miał wzmocnić Unię Europejską jako taką względem Ameryki i całego świata "zewnętrznego", nie tylko tego nie zrobił, ale odwrotnie: brak sprecyzowania kompetencji głównych organów UE spowodował chaos decyzyjny i kolejną klęskę wizerunkową Unii. Siłą rzeczy Moskwa zyskała mocniejszą pozycję w relacjach z Brukselą. Dodatkowo Waszyngton – wyraźnie to dziś widać – bardziej liczy się z Rosją niż z Europą pogrążoną w kryzysie przywództwa, a nie tylko kryzysie gospodarczym. Bez wątpienia rok 2010 był czasem, w którym politycznie Kreml szedł w górę, a rondo Schumana (to tu w Brukseli mieści się siedziba Komisji Europejskiej) pikowało w dół.

Amerykański zwrot

Europa cierpi na tym, że w trójkącie USA – Rosja – Unia jest najsłabszym wierzchołkiem. Skądinąd owa figura coraz bardziej przypomina trójkąt bermudzki: giną w nim wartości, niegdyś uznawane przez stronę euroatlantycką za drogowskazy. Administracja Baracka Husseina Obamy dokonała zasadniczej zmiany w amerykańskiej polityce zagranicznej – i odbyło się to m.in. kosztem Europy właśnie. Za dwa główne problemy w polityce zewnętrznej USA nowy gospodarz Białego Domu uznał zagrożenie ze strony Iranu oraz sprawę rozwiązania sytuacji na Bliskim Wschodzie. W obu kwestiach Unia Europejska na nic się nie mogła przydać Waszyngtonowi, ale Rosja z kolei tak. I taki właśnie kurs obrała ekipa Obamy: porozumienie się z Kremlem ponad głową Brukseli. Przypomnijmy, że jedynym państwem niearabskim, które oficjalnie podejmowało przedstawicieli Hamasu, czyli siły politycznej rządzącej częścią terytorium Palestyny i stojącej ością w gardle Izraela, była właśnie Federacja Rosyjska. To przecież Rosja sprzedawała i sprzedaje uzbrojenie Teheranowi. Ba, nawet broniła go przed międzynarodowymi sankcjami na forum Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych. Zneutralizowanie takiego konkurenta stało się priorytetem dla Obamy. Europa nie była mu do niczego potrzebna. Stąd też automatyczny wzrost roli Rosji i rosyjskich wpływów w ostatnich kilkunastu miesiącach, i to pomimo istotnego kryzysu gospodarczego w tym państwie, spowodowanego m.in. sporym spadkiem cen ropy naftowej.

Jednak to amerykańsko-rosyjskie zbliżenie miało swoją cenę. Na ołtarzu porozumienia Moskwa – Waszyngton złożono tarczę antyrakietową w Polsce i instalacje z nią związane w Czechach. Rosja otrzymała wolną rękę w rozwiązywaniu "sprawy czeczeńskiej". Amerykanie – widać to wyraźnie – zahamowali swoją ofensywę polityczno-dyplomatyczną na Kaukazie. W ten sposób Gruzja i po części Azerbejdżan stały się ofiarami polityki nowego "appeasementu".

Owa "polityka uspokajania" w oryginalnej wersji odnosi się do postawy tzw. Zachodu, a zwłaszcza Wielkiej Brytanii wobec Niemiec Hitlera po 1938 roku. W roli nowego Chamberlaina obsadził się prezydent Obama…

Zapomniany sojusznik

Jednak ocieplenie relacji rosyjsko-amerykańskich miało również bezpośredni wpływ na kraje Unii Europejskiej, nie tylko te do niej w dalszej perspektywie kandydujące (Gruzja, ale też Ukraina, gdzie USA i Europa w praktyce nie reagują na wzrost wpływów Moskwy).

Dotychczasowym sojusznikom Ameryki, państwom tzw. nowej Unii, a więc tym, które weszły do struktur europejskich po 2004 r., nowa ekipa w Waszyngtonie pokazała drzwi. Jeśli dziś dziwimy się arogancji Kremla wobec Polski, to jedną z przyczyn jest nie tylko kompletnie pasywna polityka zagraniczna wobec Rosji rządu PO – PSL, ale też po części wyraźny sygnał "w świat" ze strony Białego Domu, że ta część Europy nie jest w sferze szczególnego – jak dotąd – zainteresowania strony amerykańskiej. Natura nie znosi próżni. Litwa już ma nową prezydent – Dalię Grybauskaite, pilnie rozwija stosunki gospodarcze z Rosją, i nie chce nie tylko umierać za Ukrainę i Gruzję, ale nawet specjalnie zajmować się Tbilisi i Kijowem, na co zwracał uwagę jej poprzednik, Valdas Adamkus. Na Łotwie w ostatnich, jesiennych wyborach 1/4 głosów uzyskała partia związana z mniejszością rosyjską i omal nie weszła do rządu. W Polsce i rząd, i Pałac Prezydencki jest w rękach ugrupowania, które unika jakiejkolwiek konfrontacji z Rosją. Co więcej, nie wypracowało własnej polityki wschodniej, lecz świeci światłem odbitym od Brukseli, powtarzając unijne zaklęcia. Skądinąd nie robią tego kraje znacznie mniejsze od Polski.

Ekonomiczny nacisk Moskwy

Rosja systematycznie zatem odbudowuje wpływy, zarówno w dawnych republikach sowieckich (zwłaszcza), jak też w krajach byłego bloku wschodniego. Wykorzystuje tu szczególnie mocno nacisk ekonomiczny, szczególnie energetykę. Musimy mieć świadomość, że niektóre nowe kraje członkowskie mają przemysł energetyczny uzależniony od rosyjskiego (Bułgaria, po części nawet Węgry), choć podobnie dzieje się np. w przemyśle zbrojeniowym na Słowacji. Ktoś, kto myśli, że Moskwa ogranicza swoją presję poprzez instrumenty gospodarcze jedynie do państw wchodzących niegdyś w skład dawnego ZSRS – jest w błędzie. Zresztą jeśli prześledzić historię Nordstreamu i Southstreamu, czyli gazociągów Północnego i Południowego, okaże się, że Gazprom (czytaj: Kreml), dzięki udziałom w tych inwestycjach lub zamawianym pracom czy kupowanemu sprzętowi potrafił politycznie skorumpować nie tylko niemieckie, ale też włoskie i holenderskie firmy związane z rządami tych państw.

Główne tematy dorocznego szczytu w Brukseli to, według oficjalnych zapowiedzi: dalszy rozwój Partnerstwa dla Modernizacji, końcówka negocjacji Rosji w sprawie przystąpienia do Światowej Organizacji Handlu (Europa liczy, że akces Moskwy nastąpi już w przyszłym roku), a także współpraca energetyczna oraz prawa człowieka (choć te kwestie jak zwykle pobieżnie). Jednak na rozmowach w Brukseli nie zakończy się ten festiwal unijno-rosyjskiego ocieplenia. Już w kolejnym tygodniu (15-16 grudnia) w siedzibie Parlamentu Europejskiego w Strasburgu odbędzie się wspólne posiedzenie rosyjskich deputowanych i posłów do PE. Tutaj w agendzie znajdziemy: podsumowanie szczytu i omówienie Partnerstwa dla Modernizacji oraz podsumowanie współpracy w 2010 roku. To oczywiście ramy tych międzyrządowych i międzyparlamentarnych szczytów. Jednak sam obraz, który wypełni te ramy, będzie – mam nieodparte wrażenie – uwzględniał bardziej szkołę malarstwa rosyjskiego niż zachodnioeuropejskiego. Słowem: nie Rembrandt, a Riepin. Rzecz w tym, że to Moskwa w relacjach z Brukselą (a nie odwrotnie) przyjęła za swoją dewizę: "brać, ale nie kwitować". A do tego wszystkiego główne państwa UE nawet nie udają, że działają we wspólnym – a więc także krajów średnich czy małych – interesie. Berlin, Paryż czy Rzym, w mniejszym stopniu Londyn załatwiają z Moskwą własne interesy, głównie zresztą czysto gospodarcze. Tyle że później Rosjanie wystawiają im również polityczny rachunek.

Rosja wie, czego chce – USA wycofują się z Europy, sama Europa zaś ma poczucie własnej, rosnącej słabości wobec innych graczy światowej sceny. Dla Polski nadszedł czas wyjątkowej dekoniunktury międzynarodowej. A tak jak Waszyngton porozumiewał się z Moskwą ponad głową Brukseli, tak równolegle Bruksela dogaduje się z Moskwą ponad głową Warszawy. Szkoda, że dzieje się tak przy kompletnej bezczynności rządu Donalda Tuska. Krawcowi z PO starczyło materii na tyle właśnie, czyli na niewiele. Ale za jego grzech zaniechania Polacy będą płacić jeszcze długo.

Ryszard Czarnecki

Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy).

Źródło:

Nasz Dziennik, 7 grudnia, 2020: www.naszdziennik.pl
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101207&typ=my&id=my11.txt

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek