Tomasz Bohun: KRÓLESTWO POLSKIE KONTRA IMPERIUM ROSYJSKIE


Przeglad wojsk na Polach Mokotowskich mal J RosenW potocznej świadomości wielu Polaków utrwalił się pogląd, że spośród wszystkich zrywów narodowych powstanie listopadowe miało największe szanse na sukces. Ma za tym przemawiać m.in. to, że do wojny z Rosją Królestwo Polskie wystawiło regularną armię, która w wielu elementach dorównywała przeciwnikowi, a nawet go przewyższała.

Zastanowić się należy nad prawdziwością tego argumentu. Wszak w czasie insurekcji kościuszkowskiej także walczyły regularne oddziały wojska polskiego. Przyjrzyjmy się więc, jakimi możliwościami militarnymi i gospodarczymi dysponowało Królestwo Polskie w 1830 roku.

Wbrew obiegowym opiniom armia rosyjska wyraźnie górowała nad polską w każdym elemencie. Zarówno pod względem liczebności i uzbrojenia, jak i wyszkolenia oraz doświadczenia bojowego. W 1831 roku Królestwo Polskie zamieszkiwało niewiele ponad 4 mln mieszkańców, w tym ponad 500 tys. Żydów i Niemców, którzy obojętnie, a niekiedy wrogo, odnosili się do powstania. Zostaje ok. 3,5 mln osób, z czego mężczyźni to mniej więcej połowa. W czasie powstania powołano do wojska rekrutów w wieku 18 − 45 lat (roczniki 1786 – 1812), przy czym najstarsi pamiętali jeszcze Napoleona. Zatem w sumie pod broń można było powołać ponad 260 tys. poborowych. Jednak wobec utraty kolejnych terytoriów i kurczenia się bazy rekrutacyjnej w szeregi wojska wcielono jedynie 115 tys. osób (armia polowa liczyła maksymalnie 60 tys. żołnierzy). Nie bez znaczenia były tu także ograniczone możliwości zbrojeniowe powstańczego państwa.

Rosja z ok. 45 mln mieszkańców zdolna była wystawić kilkukrotnie większą armię, jednak ograniczyła się do wysłania nad Wisłę 114 tys. wojsk (w działaniach polowych brało udział ok. 80 tys. żołnierzy). O przewadze rosyjskiej decydowało także lepsze uzbrojenie i doświadczenie bojowe. Armia feldmarsz. Iwana Dybicza składała się z weteranów niedawno zakończonej wojny z Turcją. Podobnie było z wojskami, które po śmierci Dybicza przyprowadził Iwan Paskiewicz. W polskich szeregach, poza trzonem armii Królestwa (ok. 25 tys. żołnierzy), przeważali nowi, słabo wyszkoleni żołnierze, w niemałej części uzbrojeni w… kosy.

Powstańcze oddziały nie posiadały również doświadczenia bojowego. Problemem była także kadra oficerska. Polskim dowódcom brakowało umiejętności, zwłaszcza w prowadzeniu działań na szczeblu operacyjnym. Na obniżenie poziomu oficerów (tzn. niewykształcenie kadry specjalistów) w dużej mierze wpłynęła fatalna polityka kadrowa wielkiego księcia Konstantego, który nie tylko pozbywał się najlepszych dowódców (sprawa gen. Józefa Chłopickiego jest tu najlepszym przykładem), ale promował posłuszne sobie miernoty. Pod względem doświadczenia oraz fachowości rosyjscy dowódcy byli prawdziwymi specjalistami. Prawie wszyscy mieli za sobą kampanię napoleońską. Najlepszym przykładem jest Dybicz, który był kwatermistrzem armii w latach 1813 – 1814 i odegrał sporą rolę w zwycięstwie pod Kulm. Podobnie jego szef sztabu Karol Toll, który był kwatermistrzem i jednym z głównych doradców Michaiła Kutuzowa w 1812 roku. W 1829 roku obaj poprowadzili Rosjan do zwycięstwa nad Turcją. Na korzyść Rosjan wypadało także porównanie w dziedzinie artylerii. W zakresie tej broni posiadali oni absolutną przewagę nad Polakami. Doskonale było to widać w decydujących momentach polsko-rosyjskich zmagań, np. pod Ostrołęką czy podczas szturmu Warszawy, gdzie właśnie przewaga w artylerii zdecydowała o zwycięstwie Rosjan.

Ciekawie przedstawiała się kwestia zasobów materialnych Królestwa Polskiego. W przededniu powstania dzięki sprawnej polityce skarbowej Ksawerego Druckiego-Lubeckiego kraj miał zapasy finansowe w wysokości 30 mln złp. Niestety, większość z tej sumy była zdeponowana w bankach w Petersburgu i Berlinie. Rząd Narodowy nie uruchomił funduszy z depozytów pieczętowych (28 mln złp) i sum depozytowych (14 mln złp). Ogromne potrzeby skarbu usiłowano zaspokoić doraźnie, w tym bezskutecznie próbując uzyskać pożyczki w bankach austriackich i francuskich. W kraju nie było również nadwyżek żywnościowych. Powodowało to pewne problemy w zaopatrzeniu armii, ale i tak żołnierz polski niejednokrotnie był lepiej odżywiony niż jego przeciwnik.

Widoczna dysproporcja występowała także w potencjale zbrojeniowym obydwu stron. Przed wybuchem powstania w Królestwie czynne były dwa ośrodki przemysłu metalurgicznego: w Warszawie i Zagłębiu Staropolskim. Jednak oba były nastawione na produkcję użytkową, a nie zbrojeniową. Przemysł zbrojeniowy w Królestwie w zasadzie nie istniał, co było wynikiem polityki Rosji. Zaopatrując polskie wojsko w broń i amunicję, Moskwa chciała mieć nad nim pełną kontrolę. W konsekwencji powodowało to upadek myśli technicznej i trudności w zorganizowaniu produkcji zbrojeniowej w 1831 roku. Wprawdzie Rząd Tymczasowy próbował uruchomić warsztaty naprawcze w koszarach artylerii, jednak bez większych rezultatów. Znikome efekty przyniosła także produkcja broni pal-nej w kuźniach Onufrego Małachowskiego w Przyborowie oraz w Wąchocku, Samsonowie i Suchedniowie. Przestawienie się na produkcję wojenną przebiegało długo i zakłady na południu kraju przez pierwszą część 1831 roku właściwie eksperymentowały. Dopiero w lecie były zdolne wyprodukować 100 karabinów dziennie. Nieco lepiej sytuacja przedstawiała się w Warszawie, gdzie na Solcu pod kierunkiem gen. Piotra Bontempsa pracowało ok. 1500 ślusarzy. Do momentu kapitulacji stolicy wyprodukowano tu 5 tys. karabinów, a dalszych 12 tys. było w stanie niewykończonym.

Z podobnymi trudnościami (brak fachowców i surowców) borykano się przy produkcji dział. Początkowo źródłem surowca były kościelne dzwony, które przetapiano. Jednak brak odpowiednich pieców, a przede wszystkim giserów (wykwalifikowanych rzemieślników), sprawiał, że wyprodukowane armaty właściwie nadawały się na złom. Kloce luf pękały w czasie obróbki albo prób z prochem, natomiast te, które wytrzymały, nie nadawały się na działa polowe. Użyto ich (łącznie około 60 sztuk) na wałach Warszawy. Znacznie lepsze efekty dała produkcja dział żelaznych. Jako ciekawostkę warto dodać, że do obrony stolicy wykorzystano też 12 ciężkich armat tureckich, które car Mikołaj I podarował Królestwu po zdobyciu Warny w październiku 1828 roku. Car jako król Polski, poczuwając się do duchowej spuścizny po poległym pod Warną w 1444 roku Władysławie Jagiellończyku, postanowił w taki sposób po wiekach wynagrodzić Polakom śmierć Jagiellona. Wspomnianych trudności z produkcją zbrojeniową w Królestwie nie mógł zrównoważyć fakt, że krótko przed wybuchem powstania w jednym z głównych rosyjskich zakładów zbrojeniowych w Tule doszło do eksplozji amunicji, co przejściowo odbiło się na produkcji broni i amunicji w Rosji.

Bez trudności wytwarzano w Królestwie saletrę i proch. Saletrę ługowano na wszystkie możliwe sposoby: z gruzów Ojcowa i Rabsztyna, z tynków zamku w Pieskowej Skale, z ziemi nawozowej w majątkach hr. Potockiego i wójta Chrzynowa, w gospodarstwach chłopskich w różnych częściach kraju. Prócz tego aptekarze sprowadzali z zagranicy kwas saletrzany, z którego odparowywano saletrę. Dzięki temu surowca do produkcji prochu było pod dostatkiem i temu też należy przypisać fakt, że młyny prochowe, które przed wybuchem powstania były nieczynne, błyskawicznie rozpoczęły produkcję.

Nie zmienia to jednak faktu, że Królestwo Polskie w wojnie z Rosją stało na straconej pozycji. Nie zmienił tego nawet wybuch epidemii cholery w oddziałach rosyjskich, przywleczonej przez żołnierzy Dybicza z Bałkanów. Jej ofiarą padł sam głównodowodzący, który zmarł w czerwcu 1831 roku (dwa tygodnie potem z tego samego powodu zmarł wielki książę Konstanty). Warto dodać, że epidemia wybuchła również w niektórych rejonach europejskiej części Rosji, a jej następstwem były bunty ludności. Ironią losu jest, że właśnie lata 1827 – 1831 były najcięższymi dla armii rosyjskiej aż do wybuchu wojny krymskiej. Jej straty bojowe wyniosły wtedy prawie 44 tys. żołnierzy. Tylko w 1829 roku z powodu epidemii zmarło ok. 90 tys. żołnierzy, a w 1831 aż 114 tys. − 1/7 stanu osobowego carskiej armii.

Jedyną szansą dla Polski podczas powstania mogło być umiędzynarodowienie konfliktu, do czego – jak wiemy – nie doszło. Bije w oczy również brak zdecydowania i wiary w zwycięstwo polskiego dowództwa. Wprawdzie w czasie wiosennej ofensywy udało się zmusić Dybicza do odstąpienia od Warszawy i wycofania się w okolice Siedlec, jednak w wyniku nieudolności polskich dowódców (zwłaszcza Jana Skrzyneckiego) zaprzepaszczono szansę na rozbicie armii rosyjskiej. Prawda, zwycięstwo nad Rosjanami pod Iganiami było dużym wyczynem (wojsko polskie było mniej liczne i rozpoczynało bitwę w gorszym położeniu terenowym), jednak z powodu braku inicjatywy Skrzyneckiego nie zostało wykorzystane. W tym kontekście symptomatycznie brzmią słowa Józefa Bema: trzeba było widzieć smutek naszego wojska, które pobiwszy nieprzyjaciela częścią tylko ekspedycji, pędzone było w tył przez własnego wodza naczelnego, wtenczas kiedy siła jego więcej jak w dwójnasób się powiększyła.

Tomasz Bohun

Źródło:

Portal historyczny Mowia Wieki: http://www.mowiawieki.pl/artykul.html?id_artykul=3146

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek