Stanisław Michalkiewicz: Kulty i legendy


michalkiewiczAch, co to był za tydzień! Nie zmieniając swego fatalnego położenia geograficznego, nasz nieszczęśliwy kraj jednym susem znalazł się w centrum świata. Wiadomo, że skoro góra nie chce podejść do Mahometa, to Mahomet musi podejść do góry. Toteż świat, a w każdym razie – jego część, w osobie rosyjskiego prezydenta Dymitra Miedwiediewa, postanowił się do nas zbliżyć. To bliskie spotkanie III stopnia zostało z naszej strony oczywiście poprzedzone solennymi przygotowaniami i to w dodatku – dwutorowo, dzięki czemu lepiej możemy dziś zrozumieć, w jaki sposób strategiczni partnerzy podzielili się wpływami w naszym nieszczęśliwym kraju. Kiedy bowiem prezydent Bronisław Komorowski przybrał sobie za konsyliarza generała Jaruzelskiego, co to „samego jeszcze znał Stalina”, premier Donald Tusk namawiał się z Naszą Złotą Panią Anielą. Najwyraźniej strategiczni partnerzy musieli zainspirować się pamiętną formułą redaktora Adama Michnika: „wasz prezydent, nasz premier” – ale bo też i sytuacja jest podobna. Nasz nieszczęśliwy kraj znowu staje bowiem u progu transformacji ustrojowej, spowodowanej wycofaniem się Stanów Zjednoczonych z aktywnej polityki europejskiej. Prof. Adam Wielomski twierdzi nawet, że USA wycofały się z Europy „na dobre” – a w tej sytuacji chwilową próżnię polityczną spowodowaną tą rejteradą wypełnili strategiczni partnerzy po bratersku, co w naszej sytuacji objawiło się w powrocie do michnikowskiej formuły. Wymagało to, ma się rozumieć, pewnych przetasowań i nie dziwi nas w tej sytuacji, że to właśnie Nasza Złota Pani Aniela miała „namówić” premiera Donalda Tuska do rezygnacji z kandydowania w wyborach prezydenckich.

Za sprawą pani red. Doroty Kani, która na podstawie dokumentów ze znienawidzonego IPN opublikowała informacje o rodzinnych korzeniach Pierwszej Damy, możemy dziś docenić dowcipną finezję Sił Wyższych. Wykonując porozumienie między strategicznymi partnerami, zorganizowały w Platformie Obywatelskiej prawybory między marszałkiem Komorowskim a ministrem Sikorskim według tego samego klucza. Jak to mówiło się za moich czasów w kołach wojskowych: „tak czy owak – sierżant Nowak”. Ta formuła rzuca też światło na prawdopodobny kierunek transformacji ustrojowej, u której progu właśnie stoimy; któż bowiem lepiej przypilnuje dla strategicznych partnerów niesfornego narodu tubylczego, niż starsi i mądrzejsi? Z tego punktu widzenia nie powinno nikogo dziwić, że największą inwestycją kulturalną Warszawy jest Muzeum Historii Żydów Polskich, którego akt erekcyjny prezydent Lech Kaczyński podpisał 26 czerwca 2007 roku. Budowę jego wspiera specjalny komitet, któremu przewodniczy pan Marcin Święcicki, prywatnie zięć zmarłego w 2000 roku Eugeniusza Szyra, o pierwszorzędnych korzeniach, KPP-owca, dąbrowszczaka, w PRL długoletniego wicepremiera od gospodarki, dzięki czemu nie ulega wątpliwości, że bez względu na koszty, placówka ta otworzy swoje podwoje zgodnie z planem, to znaczy – w marcu 2012 roku, wyprzedzając, być może nawet znacznie, inną kultową budowlę warszawską – Świątynię Opatrzności Bożej. Ale bo też w ramach obecnej transformacji ustrojowej kult związany z Muzeum Historii Żydów Polskich może okazać się ważniejszy od tego, któremu tradycyjnie oddaje się mniej wartościowy naród tubylczy.

Pod tym względem od przybytku głowa nie boli, toteż 10 grudnia w Jachrance odbył się sympozjon poświęcony instytucjonalizacji kultu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął tragicznie w katastrofie lotniczej w Smoleńsku. Pewne objawy instytucjonalizacji już się zresztą pojawiły; dziesiątego dnia każdego miesiąca pod Pałacem Namiestnikowskim przy Krakowskim Przedmieściu pojawia się grupa demonstracyjno-modlitewna, a kiedy już powstanie i okrzepnie stosowne stowarzyszenie, liturgia ta zostanie stopniowo rozbudowana, podobnie jak i legenda. Już w Jachrance nie bez pewnego zaskoczenia mogliśmy się dowiedzieć, jak to prezydent Lech Kaczyński był wyczulony na punkcie suwerenności państwowej, że aż ratyfikował traktat lizboński, który ostatnio został zresztą nie tylko uznany za całkowicie zgodny z konstytucją, ale również – za dowód umocnienia suwerenności naszego nieszczęśliwego kraju – zgodnie z formułą zaprezentowaną w swoim czasie przez dra Andrzeja Olechowskiego podczas sławnego „Forum Dialogu” w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Jak pamiętamy, pan dr Olechowski radośnie oznajmił, że po przyłączeniu do Unii Europejskiej będziemy „współdecydować o naszych sprawach”, co musi być oczywiście lepsze od decydowania samodzielnego, nazywanego kiedyś suwerennością.

Instytucjonalizacja kultu prezydenta Lecha Kaczyńskiego wydaje się tym pilniejsza, że ruch pod wodzą pani Joanny Kluzik-Rostkowskiej „Forsa… ” to znaczy pardon – oczywiście pod nazwą „Polska Jest Najważniejsza” właśnie uznał się za kontynuatora misji tego prezydenta, a już starożytni Rzymianie, którzy każdemu spostrzeżeniu potrafili nadać postać pełnej mądrości sentencji zauważyli, że prior tempore – potior iure, co się wykłada, że pierwszy czasem – lepszy prawem – co w tym przypadku oznacza prawo do autorytatywnego interpretowania misji i testamentu oraz wzbogacania jego legendy. Jak już wielokrotnie wspominałem, ten kult w sporej części polskiego społeczeństwa wzbudza wyraźny rezonans, który z kolei wytwarza polityczną siłę nośną, zdolną do wepchnięcia reprezentacji PiS, może nawet z podczepionym PJN do Sejmu w przyszłym roku. I chociaż przeciwko kultom podnoszony jest zarzut irracjonalności, to w tej sytuacji kult prezydenta Lecha Kaczyńskiego wydaje się całkowicie racjonalny, bez względu na stopień wiarygodności niektórych fragmentów tworzonej właśnie legendy.

Nie jest to zresztą legenda jedyna, bo jeszcze prezydent Komorowski nie zdążył wrócić z Ameryki, a już wyprzedziła go legenda o niebywałym sukcesie („qua opiekun i qua krewny miałbym z Klarą sukces pewny” – chełpił się Cześnik Raptusiewicz), jaki miał z tamtejszym prezydentem Obamą. Zgodnie z założeniami podsuniętymi przez swego doradcę strategicznego, prof. Kuźniara, prezydent Komorowski „obśmiał” i „wyszydził” prezydenta Obamę, nie mówiąc już o obsztorcowaniu i innych poufałościach. Dzięki telewizji mogliśmy na własne oczy zobaczyć, z jakim zaciekawieniem prezydent Obama przyglądał się swojemu rozmówcy, zachodząc zapewne w głowę, skąd się taki prezydent wziął. Na wszelki wypadek najwyraźniej postanowił mu się nie sprzeciwiać i pewnie dlatego obiecał, że „zrobi wszystko” i to w dodatku – jeszcze przed końcem swojej kadencji. Co konkretnie? „Wszystko”. Jest to obietnica podobna do „wielkich zmian”, jakie senator Obama zapowiadał podczas kampanii wyborczej. Jakie zmiany? Wiadomo: „wielkie”. W ten oto sposób prezydent Komorowski wrócił z Ameryki nie tylko ze świadomością, ale być może nawet z zawrotem głowy od sukcesu. Jakże zresztą inaczej, kiedy oto jednym susem nasz nieszczęśliwy kraj znalazł się w samym centrum światowej polityki?

Stanisław Michalkiewicz

Felieton  •  tygodnik „Najwyższy Czas!”  •  17 grudnia 2010

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Źródło:

Stanisław Michalkiewicz – strona autorska: www.michalkiewicz.pl http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1867

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek