Historia powstania Centrum Polsko-Słowiańskiego na Greenpoincie


Ks_Tolczyk_z_rodzicamiŚw.P. ksiądz Longin Tołczyk swe powołanie duszpasterskie rozumiał jako pracę społeczną, która podniesie poziom duchowy i materialny Polonii nowojorskiej, gdzie dane mu było realizować swą posługę kapłańską. Był rok 1971, gdy udał się do Rzymu z projektem założenia Centrum Polsko – Słowiańskiego, które zajęłoby się losem ludzi w potrzebie. Widząc jak inne nacje są zorganizowane we wzajemnym pomaganiu sobie, zaświtała w nim myśl, by podpatrywać u innych i przenosić na polskie podwórko wszystkie możliwości uzyskania środków, jakie na cele społeczne można otrzymać od władz miejskich, stanowych i federalnych, w formie funduszy na różne programy społeczne. (zob. Ks.Longin Tołczyk „W obronie Polonii t.I” str. 91) „Jako główny cel przedstawiłem sobie potrzebę zjednoczenia Polonii w walce o słuszne prawa społeczne, niesienie pomocy Rodakom we wszelkich trudnościach życiowych, opieka nad starszymi i chorymi, oraz upowszechnienie i utwierdzenie wśród młodego pokolenia najlepszych, chrześcijańsko – narodowych  tradycji… Zwłaszcza w latach 60-tych i 70-tych inne grupy etniczne założyły wiele ośrodków opieki społecznej i pracy kulturalnej i artystycznej, korzystając z subsydiów miejskich i państwowych”.

Bez aprobaty nowojorskich władz kościelnych, choć bardzo zabiegał o ich przyzwolenie i błogosławieństwo, zakupił i wyremontował za własne pieniądze budynek przy 940 Manhattan Ave, by mógł on stać się siedzibą Centrum.

W urzędach stanu Nowy Jork uzyskał informacje potrzebne do zarejestrowania Centrum jako instytucji wyższej użyteczności publicznej jak i informacje o zwolnieniach podatkowych dla Centrum.

Wśród Polaków idea ta nie znajdowała zrozumienia. Ci, którzy przebywali  nielegalnie, sądzili że nie mają i tak żadnych praw. Utwierdzali ich w tym przekonaniu ci lepiej zorientowani, (lekarze, prawnicy, pośrednicy pracy, agencje swiadczące usługi…itp.) którzy za każdą pomoc takiemu „bez prawa pobytu” czy też bez tzw. języka, kazali sobie słono płacić. Dla tej grupy poustawianych już  ludzi, działalność księdza Tołczyka jawiła się być zagrożeniem dla ich  dochodów.  Ich klienci, to przecież ludzie płacący za wszystko gotówką, ludzie, którzy nie pójdą na skargę do nikogo.

Stąd wynikał ten brak poparcia dla inicjatywy jaką wzniecił ks. Tołczyk. Namówił więc własną siostrę i młodego studenta, by stali się współzałożycielami Centrum.

Słowo „Słowiańskie” w nazwie organizacji, miało w zamierzeniu księdza Tołczyka podnieść też prestiż dyskredytowanych na każdym kroku ludzi z regionu Europy Wschodniej, przez dominujących tu WASP. Marzył też o tym, by osiągnąć jedność i poczucie wspólnoty wśród wszystkich Słowian. Zdawał sobie sprawę z tego, iż „Polonia amerykańska płaci wszelkiego rodzaju podatki na równi ze wszystkimi mieszkańcami USA, nie otrzymując nic w zamian…I nie było żadnej polskiej organizacji, która stawiałaby sobie za cel wywalczenie od władz tego, co nam się słusznie należy”(str.96)

Co było jeszcze bardziej bolesne dla księdza Tołczyka, to fakt, że również w ramach funduszu diecezjalnego, inne narodowości potrafiły także otrzymywać od swych diecezji dotacje na działalność społeczną, tylko nie Polacy.

Dzień 15 sierpnia 1972 roku, to data formalnego powstania Centrum, gdyż tego dnia ks. Tołczyk otrzymał Akt Założycielski (Charter) uprawniający do rozpoczęcia działalności.

Statut został ostatecznie zatwierdzony na Walnym Zebraniu członków Centrum w dniu 21 stycznia 1973 roku.

Środki finansowe na założenie Centrum pochodziły od krewnych księdza oraz od przyjaciół rodziny, których wymienia na str.98. Mając sam dziennego dochodu w kościele ok. 5 dolarów, niewiele mógłby wskórać. Nie było wówczas środków na administrację, więc cała działalność opierała się na pracy woluntariuszy, społeczników w pełnym tego słowa znaczeniu.

Ciekawe ilu obecnie ludzi chciałoby tak uparcie i zażarcie kierować dzisiejszą placówką Centrum mając to co ksiądz Tołczyk miał do zaoferowania?

Słowo „dziękuję” było najczęstszą i najbardziej satysfakcjonującą zapłatą, dla ludzi, którzy chcieli pomagać innym.

I tylko to słowo tak naprawdę liczy się w ostatecznym rozrachunku.

Życie księdza Tołczyka to niekończące się pasmo zmagań z ludźmi zachłannymi, którzy przy swojej krótkowzroczności zapominali, że każdy z nas weźmie ze sobą pewnego dnia ni mniej ni więcej ale to samo. Weźmie ze sobą bagaż tego dobra którym obdarzył innych jak i brzemię krzywd, które wyrządził innym.

Niesprawiedliwi ludzie ówczesnych lat nie mogli znieść faktu, iż Centrum stara się pomagać wszystkim ludziom w potrzebie. Kursy języka angielskiego  opłacane przez Wydział Oświaty, bolały tych, którzy bardzo  chcieli to robić za pieniądze. Biura turystyczne słały donosy na Centrum i na księdza do różnych organów i władz, w „trosce” o swoje interesy, choć same nie były w żadnym stopniu zainteresowane załatwianiem biletów komunikacji miejskiej dla osób starszych ani kartek żywnościowych  dla biednych. Urząd Emigracyjny, który otrzymywał mnóstwo skarg na księdza, po zapoznaniu się z jego działalnością, uznał wszystkie zarzuty za bezpodstawne. Pochwalił go za pomoc w wypełnianiu formularzy i załatwianiu różnych spraw imigracyjnych ludziom, których nie stać na opłacenie agentów, czy adwokatów. Ksiądz zdał wymagany egzamin i uzyskał „Oficjalne przedstawicielstwo w sprawach imigracyjnych tzn. Prawo reprezentowania Polaków i innych Słowian przed władzami imigracyjnymi we wszelkich sprawach, włącznie z obroną przed deportacją w najwyższym Urzędzie Odwoławczym, a także prawo pobierania minimalnych opłat za te usługi”. Ksiądz nie tylko że nie pobierał opłat, ale za własne pieniądze nabywał formularze, oraz bezpłatnie dokonywał poświadczeń notarialnych. Niejeden Polak za takie poświadczenie płacił po 100 i więcej dolarów.

Ci, którzy do tamtej pory „służyli” Rodakom karząc za wszystko płacić, nie szczędzili wysiłków i przez wszystkie lata pracy księdza Tołczyka budującego Centrum dla Polonii, pisali setki skarg i donosów bez pokrycia tak do władz amerykańskich, jak i do władz komunistycznej Polski Ludowej.

W zorganizowanych przez niego kursach języka angielskiego, uczestniczyło średnio 300 osób. Były też kursy przygotowujące do egzaminu na obywatelstwo. Wiele razy ksiądz służył na lotnisku JFK jako tłumacz i pomagał w rozmowie z urzędnikami imigracyjnymi, zamiast kogoś z istniejącego Polskiego Komitetu Imigracyjnego, który miał widocznie inne ważniejsze funkcje do pełnienia. Księdzu zaś w całej jego działalności, rzucano coraz to więcej kłód pod nogi.

Z perspektywy lat wygląda to na bardzo zaplanowaną i konsekwentnie realizowaną akcję dyskredytowania człowieka, który potrafił tak wiele i cały swój zapał i siły oddał Polonii.

Już 40 lat temu zastanawiał się ks. Tołczyk nad przyczyną „często dyskryminacyjnej polityki w stosunku do Polaków uprawianej przez amerykańskich konsulów”.  Co lub kto się za tym kryje? Dziwne to zjawisko, bo wiemy iż za sąsiada czy to Europejczyk, czy Arab czy ktokolwiek inny chciałby mieć Polaka. To daje do myślenia.

Mamy nadzieję, że będąc już po tamtej stronie życia ksiądz Tołczyk wybaczył już tym wszystkim którzy go krzywdzili, a tym którzy jednoczą się pod sztandarem opracowania Statutu który chroniłby interesy członków Centrum a nie dyrektorów, aby  pobłogosławił im, by mogli jego ideę choć z opóźnieniem wcielać w życie.

Żeby Polak mógł zawsze liczyć na drugiego Polaka.

Siła tylko w jedności, więc trzymajmy się razem.

Elżbieta Kulec
9 grudnia 2010

Źródło:

Patriotyczny Ruch Polski: http://www.wicipolskie.org/index.php?option=com_content&task=view&id=4081&Itemid=56

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek