Stanisław Michalkiewicz: Czarna noc grudniowa


michalkiewiczW narodowym kalendarzu martyrologicznym grudzień zajmuje miejsce szczególne, bo w jednym tygodniu zbiegają się aż dwie tragiczne rocznice: grudniowej masakry w roku 1970 na Wybrzeżu, no i oczywiście – stanu wojennego. Klamrą spinającą obydwa wydarzenia jest oczywiście osoba generała Wojciecha Jaruzelskiego, który w 1970 roku, jako zastępca członka Biura Politycznego KC PZPR (zastępca członka – towarzysz Paluszek) i minister obrony narodowej o czymś tam musiał decydować – chociaż już wtedy pocztą pantoflową rozpowszechniane były pogłoski, jakoby przebywał w areszcie domowym, wtrącony tam przez złych nazistów – no a stan wojenny w 1981 roku już nolens volens musi autoryzować. Dla czcicieli generała Jaruzelskiego, rekrutujących się głównie oczywiście z kręgów ubecko-partyjnych, ale również – tak zwanych „narodowców” związanych z „Myślą Polską”, ten przedświąteczny tydzień grudniowy to okres trudny. W tym roku przyszedł im na szczęście w sukurs prezydent Bronisław Komorowski, przy okazji wizyty rosyjskiego prezydenta Miedwiediewa zapraszając generała Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

Ciekawe, czy inicjatywa zaproszenia generała wyszła od Rosjan, oczekujących na czytelny dla wszystkich symbol ponownego przyjęcia przez Polskę statusu „bliskiej zagranicy”, czy też był to ze strony prezydenta Komorowskiego wymuszony akt dziękczynienia za powierzenie mu przez Siły Wyższe operetkowego stanowiska Pierwszego Dama. Wymuszony – bo prezydentowi Komorowskiemu resztki cnotki najwyraźniej jeszcze musiały trochę przeszkadzać, skoro rehabilitację generała starał się ukryć w tak zwanym „kluczu” – że to niby naradza się ze wszystkimi byłymi prezydentami i premierami. Było to oczywiście postępowanie zgodne z regułą podaną przez Chestertona w opowiadaniu „Złamana szabla”: gdzie mądry człowiek ukryje liść? W lesie. A jeśli nie ma lasu? To mądry człowiek zasadzi las, by ukryć w nim liść. No więc zasadził las w postaci tych wszystkich prezydentów i premierów, którzy posłużyli generałowi Jaruzelskiemu za tło. Ta przezorność okazała się słuszna, bo jednak podniosło się trochę hałasów, przed którymi prezydent Komorowski teraz chowa się za parawanem „klucza”.

Ale rocznice miną, obchody się skończą, hałasy ucichną zwłaszcza, że – jak powiada poeta – tymczasem na mieście inne dziś są już treście. 10 grudnia w Jachrance odbyła się konferencja zatytułowana: „Lech Kaczyński – pamięć i zobowiązanie”, będąca próbą instytucjonalizacji kultu prezydenta Kaczyńskiego, rozbudowy jego legendy i w ten zaporowy sposób zablokowania czynionych przez partię „Polska Jest Najważniejsza” prób zawłaszczenia osoby tragicznie zmarłego prezydenta. Instytucjonalizacja kultu zmierza do trwałego związania z PiS-em wszystkich rozproszonych inicjatyw nawiązujących do osoby prezydenta Kaczyńskiego i wprzęgnięcia ich w partyjny rydwan. Legenda zaś, jak to legenda – polega na przypisywaniu prezydentowi Kaczyńskiemu politycznego wizjonerstwa i cech heroicznych. Tę intencję można odczytać z opublikowanej po konferencji „Deklaracji”, w której możemy się dowiedzieć, na czym polega „aktywne kontynuowanie idei Lecha Kaczyńskiego”: „Odwołujemy się do dziedzictwa ideowego, na które składa się tożsamość narodowa oparta na pamięci historycznej, patriotyzm, silne i solidarne państwo o mocnej pozycji na arenie międzynarodowej”.

Z rzeczywistością ma to niewiele wspólnego, bo o ile prezydent Kaczyński rzeczywiście wspierał inicjatywy sprzyjające utrwaleniu pamięci historycznej i nawet przy okazji takiego wspierania zginął, to już ratyfikacja traktatu lizbońskiego jako wyraz patriotyzmu budzi poważne kontrowersje, podobnie jak nadskakiwanie banderowcom, Żydom, czy litewskim nacjonałom. Bezradność wobec rozbrajania państwa i coraz większego tempa narastania długu publicznego nie świadczyła o „silnym państwie”, podobnie jak fiasko polityki wschodniej, przypieczętowane deklaracją prezydenta Obamy z 17 września ub. roku nie świadczy o „mocnej pozycji na arenie międzynarodowej”. Od razu widać, że mamy do czynienia z próbą konstruowania legendy, a wiadomo, że legenda jest upiększoną, żeby nie powiedzieć – zafałszowaną wersją prawdy historycznej. Ale bo też nie o żadną prawdę tu chodzi, tylko o podtrzymanie, a nawet rozdmuchiwanie świętego ognia politycznych namiętności, które rzeczywiście wywołuje silny rezonans w części społeczeństwa pragnącej w coś uwierzyć, więc grunt pod krzewienie kultu prezydenta Kaczyńskiego, jako namiastki politycznego programu – bo tego dzisiaj żadna partia w Polsce mieć już nie może – jest gotowy.

Płomień politycznych namiętności rozszerza się tedy z szybkością płomienia, zagarniając coraz to nowe środowiska społeczne. Ostatnio strzelił spektakularnie w górę wśród duchowieństwa katolickiego, za sprawą listu ojca Ludwika Wiśniewskiego, lubelskiego dominikanina, który opublikowała – ponoć nawet z jego inicjatywy – „Gazeta Wyborcza” oraz incydentu, jaki miał miejsce podczas rocznicowego nabożeństwa w Lublinie. Kazanie wygłaszał koncelebrujący Mszę sędziwy ksiądz Leon Pietroń, któremu w pewnym momencie o. Wiśniewski głośno przerwał żądając, by powrócił do kwestii religijnych, zamiast wdawać się w politykę. Kaznodzieja ofuknął koncelebrującego ojca Wiśniewskiego, by mu nie przeszkadzał, co zgromadzona w kościele publiczność nagrodziła hucznymi oklaskami i okrzykami. Widać, że atmosfera wiecowa przenika już na nabożeństwa, ale bo też w sytuacji, gdy wobec postępującego ubezwłasnowolnienia Polski prawdziwej polityki nikt już prowadzić nie może, polityczne namiętności koncentrują się już niemal wyłącznie w sferze deklamacji i symboli.

Ilustracją tego ubezwłasnowolnienia jest list, a właściwie suplika z jaką do swego rosyjskiego odpowiednika Jurija Czajki wystąpił Generalny Prokurator RP Andrzej Seremet, prosząc o uchylenie decyzji rosyjskiej prokuratury o unieważnieniu pierwotnych zeznań kontrolerów lotów z wieży kontrolnej lotniska Siewiernoje, pod którym 10 kwietnia rozbił się samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie. Ta suplika najlepiej ilustruje „suwerenność” polskiego śledztwa, które – jak to zapowiedział podczas swojej wizyty w Warszawie prezydent Dymitr Miedwiediew – nie powinno w swoich ustaleniach różnić się od ustaleń śledztwa rosyjskiego – a w każdym razie on takiej możliwości w ogóle „nie dopuszcza”. Aż strach pomyśleć co będzie, jeśli prokurator Czajka suplikę prokuratora Seremeta zlekceważy i swojej decyzji nie zmieni. Wtedy według wszelkiego prawdopodobieństwa prokurator Seremet będzie musiał zmienić swoją, no a niezależne media zaczną nas przekonywać, że tamta, rosyjska wersja, jest najprawdziwszą prawdą.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że nawet podczas spotkania premiera Tuska z rodzinami ofiar smoleńskiej katastrofy doszło do awantury, bo pyskówki między Umiłowanymi Przywódcami naszego „dziadowskiego państwa” – jak się wyraził poseł Joachim Brudziński – za co zresztą przez człowieka o zszarpanych nerwach, wicemarszałka Stefana Niesiołowskiego został nazwany „ćwokiem” – są po prostu zwyczajną formą dyskursu politycznego. Zachowaniu pozorów przyzwoitości miały służyć uroczystości tak zwanego „opłatka”, jakie w Sejmie urządził marszałek Schetyna z udziałem J. Em. Kazimierza kardynała Nycza – ale nic z tego nie wyszło, bo posłowie PiS opłatek zbojkotowali, więc politycy PO przełamali się między sobą, swoimi koalicjantami z PSL, opozycjonistami z SLD i Partii „Polska jest Najważniejsza”, której powstanie sprawiło, iż PiS utraciło możliwość zablokowania zmiany konstytucji. A właśnie projekt takiej zmiany, bardzo podobny do nowelizacji z roku 1976, gdzie obok przewodniej roli PZPR w budowie socjalizmu wpisany został wieczny sojusz ze Związkiem Radzieckim, skierował do Sejmu prezydent Bronisław Komorowski. Czyż trzeba lepszej ilustracji wskazującej, że historia zatoczyła koło i nowe powraca pełne wigoru i planów na przyszłość?

Stanisław Michalkiewicz
19 grudnia 2010

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada): http://www.goniec.net/

Źródło: http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1870

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek