Dr Przemysław Czarnek: Z albumu Bieruta i Jaruzelskiego


clip_image002clip_image003

Coraz częstsze umizgi najwyższych władz państwowych o solidarnościowym przecież rodowodzie, czego przykładem jest m.in. obecność Wojciecha Jaruzelskiego na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego, każą zastanowić się nad tożsamością naszego państwa. Czym jest i jaki rodowód ma III Rzeczpospolita Polska, w której żyjemy od ponad 20 lat?

Z całą pewnością III RP nie wzięła się znikąd. Alicja Grześkowiak powie: "III Rzeczpospolita Polska jest ciągłością historii, ciągłością pokoleń, ciągłością kultury, języka, tradycji, prawa. Jest ciągłością wartości, na których powstała i których strzegła w swoich dziejach. (…) Polska jest więc ciągłością narodu polskiego o własnej tożsamości, nawet gdy brakowało mu suwerennej państwowości". Idąc dalej tą drogą, można przywołać niektóre postanowienia Preambuły do Konstytucji RP z 2 kwietnia 1997 r.: "W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, (…) nawiązując do najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej, (…) pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane (…) ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej (…)". Gdyby definiując dzisiejsze państwo polskie, ograniczyć się tylko do powyższych stwierdzeń, to można by dojść do wniosku, że żyjemy w państwie niemal idealnym, które co prawda przechodziło różne koleje losu, ale dziś zdecydowanie odrzuca ciemne karty swej historii i dzięki temu jest odnowione, czyste i nieskazitelne. Nic bardziej mylnego.

Z punktu widzenia prawa pozytywnego III Rzeczpospolita Polska jest kontynuatorką (zarówno na płaszczyźnie prawnomiędzynarodowej, jak i – co szczególnie bolesne i niezrozumiałe – na płaszczyźnie prawa wewnętrznego) państwa tworzonego w latach 1944-1945, a od 1952 r. noszącego nazwę Polska Rzeczpospolita Ludowa. Państwa (a być może bardziej adekwatne byłoby tu określenie "jednostki geopolitycznej") niesuwerennego, całkowicie podległego i uzależnionego od Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. Zaiste haniebna to ciągłość państwa i prawa. III Rzeczpospolita Polska nie tylko nie nawiązuje w praktyce do najlepszych tradycji niepodległego państwa przedwojennego, ale poprzez faktyczne usankcjonowanie stalinowskiej ustawy zasadniczej z 1952 r. i całego opartego na niej prawodawstwa (w bardzo wielu miejscach niegodziwego) neguje jego podstawowe zasady. Lekceważy, gardzi tym samym Konstytucją kwietniową z 1935 r., na podstawie której funkcjonowały do 1990 r. emigracyjne władze polskie w Londynie.

Ciągłość państwa i prawa do 1945 r.

W XX w. Polska dwukrotnie odzyskiwała suwerenność – w roku 1918 i 1989. Dwukrotnie też nawiązanie ciągłości prawnej z poprzednio istniejącym niepodległym państwem oraz określenie stosunku państwa współczesnego do okresu zniewolenia, politycznego niebytu bądź braku suwerenności było podstawowym zadaniem stojącym przed nowymi władzami. Zadanie to zostało jednak wykonane tylko raz, w 1921 roku. Wówczas to suwerenny ustrojodawca polski, nawiązując do niepodległego bytu Polski przedrozbiorowej, jednocześnie ex post nadał niektórym przepisom stanowionym przez państwa zaborcze rangę prawa polskiego. Powstała wtedy jasna sytuacja, w której o obowiązywaniu prawa w niepodległej Polsce decydował suwerenny prawodawca tego państwa, a nie siły obce. Stosowny przepis został zamieszczony w zdaniu drugim art. 126 Konstytucji marcowej: "Wszelkie istniejące obecnie przepisy i urządzenia prawne, niezgodne z postanowieniami Konstytucji, będą najpóźniej do roku od jej uchwalenia przedstawione ciału ustawodawczemu do uzgodnienia z nią w drodze prawodawczej". A zatem przepisy stanowione na ziemiach polskich przez państwa zaborcze miały dalej moc obowiązującą, o ile taka była wola suwerennego prawodawcy polskiego. Takie rozwiązanie oznaczało de facto i de iure zerwanie ciągłości z systemami prawnymi tych państw, mimo że duża część ustawodawstwa zaborczego – z woli suwerennego prawodawcy polskiego – zachowała swoją moc obowiązującą i dopiero później była sukcesywnie derogowana i zastępowana przez nowe ustawodawstwo polskie.

W Moskwie zapisano, w Warszawie wykonano

Na ciągłość państwa i prawa polskiego nie miała wpływu okupacja niemiecka i sowiecka, a od 1941 do 1944 r. – niemiecka. Co prawda terytorium naszego państwa i ludność znalazły się w niewoli, jednak istniał przecież dalej rząd polski, armia polska poza granicami kraju oraz formacje zbrojne na terenie okupowanego państwa, które uznawały rząd w Londynie. Nikt nie kwestionuje faktu, że prawa stanowione przez okupanta po 1939 r. nie były prawami polskimi. Ciągłość państwa i prawa zachowana została zresztą także w sposób jednoznaczny na płaszczyźnie prawa międzynarodowego. Na mocy traktatu o wyrzeczeniu się wojny z 27 sierpnia 1928 r., którego stronami były niemal wszystkie istniejące wówczas państwa, aneksja – jako tytuł prawny nabycia terytorium i jako przyczyna upadku państwa – została zdelegalizowana. Istnienie państwa polskiego po 1939 r. uznawały wszystkie kraje wchodzące w skład koalicji antyfaszystowskiej; podstawę tego uznania, oprócz wskazanego wyżej traktatu z 1928 r., stanowił brak kapitulacji ze strony polskiej, a także kontynuacja walki przez polskie formacje wojskowe oraz wspomniana działalność polskich władz w Londynie, ustanowionych w zgodzie z przepisami obowiązującej Konstytucji kwietniowej.
Sytuacja zaczęła się komplikować pod koniec 1943 r. i w latach następnych. Od końca lipca 1944 r. na ziemiach polskich wyzwolonych spod okupacji hitlerowskiej zaczęły działać "struktury quasi-rządowe" – PKWN i jego ekspozytury (z początkiem 1945 r. PKWN zmienił nazwę na Rząd Tymczasowy). Obok nich, od 31 grudnia 1943 r., działała Krajowa Rada Narodowa aspirująca do roli najwyższej reprezentacji Narodu. Równolegle w oparciu o Konstytucję kwietniową funkcjonowały polskie władze emigracyjne w Londynie i ich krajowe ekspozytury: Delegat Rządu RP na Kraj – Wicepremier Rządu RP i Krajowa Rada Ministrów. Bez wątpienia była to jedyna legalna władza polska, która zresztą uznawana była przez całą społeczność międzynarodową, z wyjątkiem ZSRS, pod protektoratem którego tworzona była nielegalna KRN i PKWN, oraz państw związanych z III Rzeszą.

Taka sytuacja istniała do połowy 1945 r., kiedy to w wyniku porozumień zawartych przez Wielką Trójkę w Jałcie powstał Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Mocarstwa zachodnie, przyjmując, iż w ten sposób zrealizowane zostały wcześniej podjęte ustalenia (badania historyków dowodzą jednoznacznie absurdalności takiego stanowiska mocarstw), uznały nowy rząd polski. Jednocześnie wszystkie te państwa cofnęły uznanie rządowi emigracyjnemu w Londynie, co oznacza, że na gruncie prawa międzynarodowego legalne władze polskie na emigracji przestały istnieć właśnie w lipcu 1945 r. (co potwierdziła umowa poczdamska z 2 sierpnia 1945 r.). Fakty te wyraźnie wskazują, że niepodległa II Rzeczpospolita Polska zakończyła swe istnienie na arenie międzynarodowej w 1945 r. – jak wyjaśnia prof. Grzegorz Górski, w 1945 r. na ziemiach polskich "mocą decyzji przedstawicieli Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Związku Sowieckiego ustanowiona została nowa jednostka geopolityczna, która tak z punktu widzenia prawa wewnętrznego, jak i prawa międzynarodowego nie miała żadnych elementów ciągłości czy tożsamości z II RP. Można przyjąć, że było to państwo nowe, a z punktu widzenia prawa międzynarodowego mieliśmy raczej do czynienia z faktem sukcesji tego nowego tworu po II RP".

Nowe władze powojennej Polski funkcjonowały w oparciu o zredagowany w Moskwie, a ogłoszony w Chełmie Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z 22 lipca 1944 roku. Czytamy w nim m.in.: "Krajowa Rada Narodowa i Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego działają na podstawie konstytucji z 17 marca 1921 roku, jedynie obowiązującej konstytucji legalnej, uchwalonej prawnie. (…) Podstawowe założenia konstytucji z 17 marca 1921 r. obowiązywać będą aż do zwołania wybranego w głosowaniu powszechnym, bezpośrednim, równym, tajnym i stosunkowym Sejmu ustawodawczego, który uchwali, jako wyraziciel woli narodu, nową konstytucję" – kuriozalnie brzmi to powoływanie się samozwańczych organów władzy na Konstytucję, która w żadnym przepisie nie wspominała ani o PKWN, ani o KRN, ani też o funkcjonującym później Rządzie Tymczasowym, czy też w końcu o TRJN.
Co w Moskwie zapisano, to też wykonano. Tyle tylko, że sfałszowane wybory z roku 1947 wyłoniły Sejm Ustawodawczy, który w żadnej mierze nie mógł nazywać się wyrazicielem woli Narodu. Sejm ten 22 lipca 1952 r. uchwalił nową Konstytucję, na podstawie której "zalegalizował" całe bezprawie, wszystkie niegodziwe akty normatywne – dekrety i ustawy – wydawane w latach 1944-1952. Konstytucja Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej obowiązywała po wielu nowelizacjach do 7 grudnia 1992 r., a duża część jej przepisów aż do 17 października 1997 roku.

Problem po 1989 r.

Transformacja ustrojowa, która rozpoczęła się w 1989 r., była efektem porozumień między stroną rządzącą i opozycją, jakie zawarte zostały podczas obrad tzw. Okrągłego Stołu. Porozumienia te znalazły swe potwierdzenie w uchwalonej 7 kwietnia 1989 r. ustawie o zmianie Konstytucji PRL, tzw. noweli kwietniowej.

Kolejnym krokiem w kierunku realizacji podjętych ustaleń było przeprowadzenie wyborów do Sejmu "kontraktowego" i Senatu, a także wybór prezydenta PRL w osobie Wojciecha Jaruzelskiego i powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Z ustrojowego punktu widzenia najdonioślejszym wydarzeniem tego roku było jednak uchwalenie 29 grudnia ustawy o zmianie Konstytucji PRL, na mocy której dokonano zmiany nazwy państwa – właśnie od tej daty nazwa ta brzmi "Rzeczpospolita Polska" – zdefiniowano RP jako państwo prawa, przywrócono godło w postaci wizerunku orła białego w koronie w czerwonym polu, sformułowano zasadę pluralizmu politycznego, suwerenności narodu etc.
Proces nowelizowania Konstytucji z 1952 r. kontynuowany był w kolejnych latach. W 1990 r. m.in. reaktywowano samorząd terytorialny, zmieniono sposób wyboru prezydenta RP (na tej podstawie 25 listopada i 8 grudnia przeprowadzone zostały powszechne wybory prezydenckie, w wyniku których prezydentem RP został Lech Wałęsa), w 1991 r. zaś zmieniono przepisy dotyczące wyborów do Sejmu, wskutek czego jesienią tego roku przeprowadzona została pierwsza w pełni wolna elekcja do obu izb parlamentu.

Cały ten proces przechodzenia od PRL do III Rzeczypospolitej Polskiej (której początek należy wiązać właśnie ze zmianą nazwy państwa) odbywał się jednak z pełnym respektowaniem i na podstawie prawodawstwa komunistycznego. W żadnym momencie nie zakwestionowano suwerenności PRL, ani też tym bardziej nie odwoływano się, choćby pośrednio, do niepodległego państwa przedwojennego. I nie można mieć chyba o to większych pretensji, jeśli zważy się, że do końca 1991 r. większość sejmową stanowili przedstawiciele reżimu komunistycznego, a za wschodnią granicą istniał jeszcze jakiś czas wciąż nieobliczalny Związek Sowiecki.

Błędy nienaprawione

Dramat zaczął się jednak z chwilą rozpoczęcia kadencji Sejmu wyłonionego w pierwszych wolnych wyborach 1991 roku. Od tego momentu przedstawiciele partii komunistycznej (zmieniła ona nazwę z PZPR na SdRP) stanowili sejmową mniejszość, a dotychczasowa opozycja przejęła (być może trafniej byłoby ująć to w sformułowaniu: "mogła przejąć") pełnię władzy w niepodległej Polsce. Jednak tzw. prawica nie tylko nie doprowadziła do przywrócenia ciągłości z niepodległą II Rzecząpospolitą i rozliczenia z powojennym państwem-atrapą, ale wręcz odwrotnie – utrwaliła PRL poprzez usankcjonowanie jej Konstytucji z 1952 roku. To charakterystyczne wydarzenie zaszło najpierw 23 kwietnia 1992 r., kiedy to uchwalono ustawę konstytucyjną o trybie przygotowania i uchwalenia Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, uznając jednocześnie Konstytucję z 1952 r. za tymczasową (ale jednak skuteczną!).
Okazja do naprawienia błędu nadarzyła się 17 października 1992 r., kiedy to uchwalono tzw. Małą Konstytucję. Jednak na jej podstawie jedynie derogowano Konstytucję z 1952 r., zachowując jednocześnie w mocy część jej przepisów. Owa derogacja jeszcze raz dowodziła skutecznego i legalnego obowiązywania Konstytucji PRL, a przez to również wszystkich opartych na niej niegodziwych aktów prawnych.
29 maja 1993 r. prezydent Lech Wałęsa skrócił kadencję Sejmu i

Senatu, a w wyniku nowych wyborów do władzy powróciła stara PRL-owska koalicja, tyle tylko, że zmianie uległy nazwy partii wchodzących w jej skład – PZPR przemianowano na SLD, a ZSL na PSL. W tych warunkach przywrócenie ciągłości z państwem przedwojennym było już niemożliwe. Koalicja ta, wsparta przez Unię Wolności i Unię Pracy, 2 kwietnia 1997 r. uchwaliła Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej, która następnie została przyjęta w referendum przez "antykomunistyczny" Naród Polski. Rzecz jasna, obowiązująca dziś ustawa zasadnicza nie rozwiązuje problemu
ciągłości państwa i prawa. Problem ten nie został w niej uczciwie podjęty. Nie został, bo i nie mógł, jeśli zważyć na to, kto był autorem tej Konstytucji.

Uchwała to za mało

Uczciwym podejściem do problemu nie jest przecież treść Preambuły. Jej część historyczna, rozpoczynająca się od 1989 r., przemilcza lata 1944-1989. Nie odnosi się przecież wprost do tamtego okresu stwierdzenie: "pomni doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane". Natomiast ogólne określenie "(…) nawiązując do najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej" de facto niewiele (jeśli w ogóle) różni się od stosownego określenia ze wstępu do Konstytucji z 1952 r. – "PRL nawiązuje do najszczytniejszych postępowych tradycji narodu polskiego".

W 1997 r. odbyły się kolejne wybory parlamentarne, w wyniku których władzę przejęła koalicja AWS – UW. Dawało to nadzieję na powrót do problemu i ostateczne jego rozwiązanie. I rzeczywiście, 16 kwietnia 1998 r. Senat Rzeczypospolitej Polskiej przyjął uchwałę o ciągłości prawnej między II a III Rzecząpospolitą Polską. Czytamy w niej m.in.: "Senat uznaje państwo utworzone w wyniku II wojny światowej na ziemiach polskich i funkcjonujące w latach 1944-1989 za niedemokratyczne państwo o totalitarnym systemie władzy, (…) pozbawione suwerenności (…). Senat uznaje ciągłość prawną II i III Rzeczypospolitej Polskiej, wyrażającą się w ich suwerennym i niepodległym bycie. Tym samym stwierdza, że narzucona w dniu 22 lipca 1952 r. konstytucja niesuwerennego państwa nie podważyła legalnie mocy prawnej Ustawy Konstytucyjnej Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 23 kwietnia 1935 r. oraz opartego na niej porządku prawnego. (…) Senat stwierdza, że akty normatywne stanowione przez niesuwerennego prawodawcę w latach 1944-1989 pozbawione są mocy prawnej, jeśli godziły w suwerenny byt państwa polskiego lub są sprzeczne z zasadami prawa uznawanymi przez narody cywilizowane, znajdującymi swój wyraz w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. (…) Zapewnić równocześnie należy przywrócenie praw niesłusznie odebranych oraz ochronę praw nabytych, na podstawie uznanych za nieważne aktów normatywnych, chyba że nabycie było niegodziwe".

Gdyby powyższe cytaty pochodziły ze wstępu do konstytucji, to należałoby uznać, że władze niepodległej Rzeczypospolitej ostatecznie stanęły na wysokości zadania i nadrobiły rażące braki swych poprzedników. Niestety, cytaty te pochodzą z uchwały drugiej izby parlamentu, dlatego ich znaczenie prawne jest znikome, żeby nie powiedzieć – żadne (uchwała Senatu nie jest bowiem źródłem prawa powszechnie obowiązującego).

Kontynuatorka państwa-atrapy

Uchwała Senatu poddana została ostrej i nieuzasadnionej krytyce. Jej przeciwnicy podnosili, że realizacja zawartego w niej stanowiska w akcie normatywnym rangi konstytucyjnej doprowadziłaby do chaosu z punktu widzenia prawa wewnętrznego, na arenie międzynarodowej zaś mogłaby doprowadzić do daleko idących skutków negatywnych. Absurdalność tej krytyki polega jednak na tym, że Senat w ogóle nie podejmował problematyki ciągłości państwa na płaszczyźnie prawnomiędzynarodowej. Twórcy uchwały zdawali sobie sprawę z tego, iż próba kwestionowania obecnie zdarzeń międzynarodowych, których uczestnikiem była PRL, jest nierealna, a podważanie wszystkich zobowiązań międzynarodowych podjętych w latach 1944-1989 mogłoby przynieść Polsce więcej szkód aniżeli korzyści. Stanowisko Senatu i postulaty wszystkich zwolenników przywrócenia ciągłości z II Rzecząpospolitą Polską dotyczą wyłącznie problematyki prawa wewnętrznego. Nikt również nie zamierza negować wszystkich skutków faktycznie zaistniałych w wyniku stanowienia prawa przez władze PRL. Chodzi wyłącznie o stwierdzenie nieważności tych aktów normatywnych, które składają się na "prawo niegodziwe", i przez to nie mogą uzyskać godności prawa polskiego. Tylko bowiem w ten sposób można unicestwić istniejące wciąż skutki ich obowiązywania. Takie działanie w żadnej mierze nie może doprowadzić do powstania chaosu w systemie prawnym. Przeciwnie, spowodowałoby oczyszczenie tego systemu i przyczyniłoby się niewątpliwie do szybszego rozwoju państwa polskiego. Chodzi również o wyraźne stwierdzenie, że PRL była państwem-atrapą pozbawionym suwerenności, czego nikt zdrowy na umyśle nie powinien kwestionować.

Niestety, fala krytyki doprowadziła do tego, iż ta niezwykle cenna inicjatywa Senatu nie doczekała się rozwinięcia. III Rzeczpospolita Polska jest więc nadal prawną kontynuatorką komunistycznego państwa-atrapy, w sensie konstytucyjnoprawnym bowiem zachodzi pełna ciągłość prawa i państwa utworzonego w roku 1944. To jest właśnie zasadnicza przyczyna braku w Polsce takich procesów, jak dekomunizacja, właściwa lustracja czy reprywatyzacja. Kogo bowiem odsuwać od władzy, skoro wszyscy sprawujący w PRL funkcje publiczne działali na podstawie legalnych przepisów prawa? Dlaczego odsuwać od władzy agentów SB czy UB, skoro wspomagali oni legalne struktury państwowe? Dlaczego oddawać byłym właścicielom zagrabioną własność, skoro nie była to żadna grabież, tylko proces mający oparcie w legalnych przepisach prawa?… Tego rodzaju absurdalne pytania nabierają sensu tylko dlatego, że usankcjonowaliśmy całą PRL, której kontynuatorką jest III RP.

Otwarte pozostaje pytanie o przyczyny obecnego stanu prawnego III Rzeczypospolitej Polskiej. W imię czego de iure uznajemy, a niekiedy utrzymujemy w mocy niegodziwe prawa PRL? To pytanie adresowane jest przede wszystkim do historyków, którzy coraz częściej odsłaniają zakulisowe ustalenia okołookrągłostołowe. Podpowiedzią niech będzie pogląd wyrażony przez Zbigniewa Herberta: "Wielu z nas sądziło, że po 1989 r., choć nie zbudujemy od razu raju na ziemi, to przynajmniej otrząśniemy się z dawnego kłamstwa. Nie było to możliwe, ponieważ ludzie elit, tłumaczący swe dawne postawy ‚ukąszeniem heglowskim’ (według mnie było to raczej ukąszenie Bermanem), nie stworzyli języka prawdy". Owe dawne postawy to przede wszystkim gloryfikowanie komunizmu i nowych władz reżimu. O kim konkretnie mówił poeta? Niewątpliwie o wielu swoich kolegach z branży (niektórzy z nich byli lub są laureatami niezwykle prestiżowych nagród), ale zapewne również o wielu czołowych przedstawicielach opozycji KOR-owskiej i solidarnościowej, którzy po 1989 r. przejęli władzę w Rzeczypospolitej. Stąd jeszcze jedna wypowiedź, tym razem znanej włoskiej dziennikarki Barbary Spinelli, traktująca o "głębokiej dezorientacji duchowej, która opanowała polską elitę intelektualną. Elitę, która nie chce mieć nic wspólnego z Polską przedwojenną, która nie wie, co to znaczy służyć naprawdę krajowi, która żywi pogardę do przedwojennych metod budowania demokracji. Elitę, która jest dzieckiem komunizmu i która siłą rzeczy należy po części do albumu rodzinnego Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego". Być może to jest część odpowiedzi na pytanie o taką, a nie inną tożsamość III Rzeczypospolitej Polskiej.

Przemysław Czarnek

Autor jest konstytucjonalistą, pracownikiem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II.

Źródło:

NASZ DZIENNIK, 21 grudnia, Nr 297 (3923)
www.naszdziennik.pl
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101221&typ=po&id=po41.txt

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek