Dorota Arciszewska-Mielewczyk – Niemcy realizują swój plan


arciszewskamielewczykdorotafotointerKto panuje nad przeszłością, panuje nad przyszłością
George Orwell, "Rok 1984"

Naród pozbawiony pamięci jest jak człowiek, który stoi na rozdrożu i zastanawia się, w którą stronę pójść. Bez mądrości przeszłych pokoleń Polacy podążą drogą, na której panuje ciemność, gdzie łatwo nabić sobie guza. Czy my – a w szczególności klasa polityczna – w ogóle chcemy się czegoś uczyć z historii? Wszystko wskazuje na to, że owa nauczycielka jest dla nas wielką niemową, w którą wpatrujemy się jak, nie przymierzając, sroka w gnat. Tymczasem w Niemczech robi się wiele, by "zapanować nad przeszłością", bo tamtejsze elity polityczne zdają sobie sprawę, że właśnie tam znajduje się klucz do przyszłości.

Jeżeli chcesz, by cię inni szanowali, najpierw musisz sam siebie szanować. Jeżeli tego nie czynisz, nie wymagaj od innych szacunku, bo na niego zwyczajnie nie zasłużyłeś. Polska polityka wobec Niemiec oparta jest na zasadzie zdefiniowanej przez Władysława Bartoszewskiego, iż Polska jest jak owa "brzydka panna na wydaniu". Skoro Polska jest "brzydka", to nie możemy się dziwić, że zwolennicy owej doktryny chcą Polskę wydać za byle kogo, za byle co i jak najszybciej. Tymczasem w sposób oczywisty w interesie Niemiec leży zdjęcie z tego państwa odium odpowiedzialności za wywołanie II wojny światowej. Niemiecka polityka historyczna w sposób konsekwentny realizuje ten cel. W zderzeniu tych dwóch koncepcji pierwszą ofiarą jest prawda.

Pierwsza ofiara

Bitwa o prawdę historyczną stale trwa i w rzucie globalnym znajdujemy się w stałej defensywie. Proszę zwrócić uwagę, że jeżeli dzisiaj mówimy "wypędzeni", to nawet nam, Polakom – i mówię tutaj o powszechnym odczuciu – to określenie kojarzy się z Niemcami, którzy de facto uciekli przed Armią Czerwoną. W zachodniej Europie dominuje przeświadczenie, że istnieją dwie kategorie poszkodowanych w czasie II wojny światowej: Żydzi wymordowani w ramach akcji "ostatecznego rozwiązania" oraz Niemcy wypędzeni przez Polaków, Rosjan i Czechów. Wygląda na to, jakbyśmy zapomnieliśmy, że kłamstwo zdąży obiec pół świata, zanim prawda włoży buty. Oddaliśmy pola Niemcom, którzy je planowo i systematycznie zagospodarowali, z efektami, o których wspominałam powyżej. A przecież wystarczy przywołać osobę samej przewodniczącej tzw. Związku Wypędzonych, która urodziła się na terenach okupowanej Polski, której matka, niosąc ze sobą dwie córki, uciekła do Niemiec. Posługując się tą samą pokręconą logiką, można śmiało postawić tezę, że dzieci gestapowców katujących polskich patriotów z AK i NSZ w kazamatach Al. Szucha także powinniśmy zaliczyć do grona wypędzonych. Powiernictwo Polskie, na czele którego mam zaszczyt stać, swego czasu zaapelowało do polskich dziennikarzy, by w dookreśleniu niemieckiego Związku Wypędzonych używać skrótu "tzw.". Na razie jak grochem o ścianę. A przecież dobrze byłoby od czegoś zacząć…

Kim są "naziści"?

Niemcy od wielu lat starają się rozmyć kwestię zdecydowanego poparcia narodu niemieckiego dla działań Hitlera. W konsekwencji również wszystkie negatywne skutki wojny, zbrodnie, grabieże, wypędzenia ludności podbitych państw, jak np. gdynian, przypisywane są niezidentyfikowanym narodowościowo "nazistom", a nie Niemcom. W niemieckiej historiografii i publicystyce obowiązują zbitki frazeologiczne, takie jak: "nazistowskie obozy", "nazistowskie zbrodnie", "ofiary nazistów" – a nie "niemieckie obozy" czy "niemieckie zbrodnie". Upowszechnienie tego sposobu narracji jest dla Polski szczególnie niebezpieczne, gdyż większość obozów koncentracyjnych znajdowało się na terenach polskich i bardzo wiele zbrodni miało na tych ziemiach miejsce. Sformułowanie "nazistowskie obozy koncentracyjne w Polsce", formalnie poprawne, w sposób oczywisty sugeruje polską narodowość oprawców. W tej kwestii musimy reagować szybko i skutecznie. Wiele w tej sprawie zawdzięczamy Polonusom, bo gdziekolwiek są, zawsze reagowali i reagują na kłamstwa. Oni byli pierwsi, nawet wówczas, gdy polskie placówki dyplomatyczne chowały głowę w piasek. A że to się zmieniło, to właśnie zasługa Polaków mieszkających poza Macierzą.

Niemcy też byli ofiarami

Obsadzenie w popularnej świadomości w roli katów nieokreślonych narodowościowo nazistów pozwala z kolei na postawienie narodu niemieckiego w roli ofiar II wojny światowej. Przyjęcie takiej optyki jest szczególnie korzystne dla obrony przed żądaniami odszkodowań czy reparacji wojennych – trudno oczekiwać od narodu ofiar wypłaty takowych. Epizody wojny, które mogą służyć za podbudowę tej tezy, są szczególnie promowane i popularyzowane. Jako przykłady można tu wymienić aliancki nalot dywanowy na Drezno czy zatopienie statku "Wilhelm Gustloff". Niemieckie telewizje (głównie publiczne ARD i ZDF) wyprodukowały w ostatnich latach wiele filmów o tematyce historycznej według wyżej opisanego klucza. Jednocześnie nagłaśniane są działania opozycji antyhitlerowskiej w sposób zupełnie nieadekwatny do ich absolutnie marginalnego znaczenia. Najlepszym przykładem jest tu słynna organizacja "Biała Róża", która liczyła zaledwie… sześć osób. Nagłaśnianie takich grup służy wzmocnieniu wrażenia, jakoby rządy nazistów nie były w Niemczech powszechnie akceptowane. Na naszych oczach rodzi się nowy niemiecki bohater – pułkownik hrabia von Stauffenberg, antysemita oraz człowiek wrogo nastawiony do Polski i Polaków, który w obliczu oczywistej klęski III Rzeszy próbował zabić Hitlera. Dzisiejsze Niemcy rozpaczliwie szukają bohaterów, których będą chcieli ustawić na cokołach i pokazać światu krzycząc – też byliśmy ofiarami!

Dowody jak na dłoni

Latem ubiegłego roku w Stuttgarcie zakończyły się uroczystości z okazji 60. rocznicy ogłoszenia Karty tzw. Niemieckich Wypędzonych. Przewodnicząca BdV lobbowała za kolejnym swoim projektem – ustanowieniem 5 sierpnia Dniem Pamięci o Ofiarach Wypędzeń. Znając skuteczność Steinbach, należy przyjąć, że już w niedalekiej przyszłości święto to na stałe zagości w kalendarzu niemieckiej polityki. Czego dowiemy się w tym uroczystym dniu? Nie jest to już żadna tajemnica. Otóż Arnold Toelg, członek BdV, który reprezentuje tzw. Związek Wypędzonych w radzie państwowej fundacji "Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie", powiedział w wywiadzie dla radia Deutschlandfunk, że pozbycie się Niemców było "długofalowym planem Polski i częściowo Czech" oraz że wojna wywołana przez Hitlera dała nam (Polsce i Czechom) okazję do realizacji tegoż planu. Toelg mówił otwarcie o "winie po drugiej stronie" i dodał, że "to Francja i Anglia wypowiedziały wojnę Niemcom, a nie odwrotnie". Nie da się ukryć, że to ostatnie zdanie jest na wskroś prawdziwe, choć przecież w żaden sposób nie rysuje całego historycznego tła ówczesnych wydarzeń. Na takiej właśnie "prawdzie" będzie budowane Centrum Wypędzonych.

Centrum przeciwko Centrum

Czy możemy mieć pretensje do Niemców, że próbują na nowo budować obraz II wojny światowej? Jeżeli natura nie obdarzyła człowieka zbytnią urodą, to stara się zbyt często nie zaglądać do lustra, pracuje nad swoim obliczem, próbuje je zmienić, na nowo zdefiniować. Jest to zachowanie jak najbardziej naturalne. I Niemcy tak się właśnie zachowują. Wiedzą, że są winni, że dokonali potwornych zbrodni, że na ich barkach spoczywa ogromna odpowiedzialność, gigantyczny ciężar złożony na duszy narodu, który aspirował i nadal aspiruje, by przewodzić tej części świata. Jak można pretendować do tej roli dzisiaj, skoro wczoraj powierzyli zbrodniarzom najwyższe stanowiska w państwie? Zwróćmy uwagę, że kłamstwo w pierwszej kolejności formułują ludzie, którzy wynieśli Hitlera do władzy, i to właśnie oni wylewali fundament i budowali tzw. Związek Wypędzonych. I teraz ci ludzie chcą ciężar odpowiedzialności zrzucić z siebie, przenieść na barki innych. Niemcy wybudują swoje centrum tzw. wypędzonych i nam nie pozostaje nic innego, jak wybudować Centrum Wypędzonych Obywateli II RP, o którym Powiernictwo Polskie mówi od kilku lat. Musimy je wybudować, bo to jest nasz obowiązek. Wiem, że aktualnie nie ma politycznej woli, by taka instytucja powstała, ale jeżeli dzisiaj jej nie ma, to wcale nie znaczy, że jutro też jej nie będzie. Musimy czekać, uzbroić się w cierpliwość i przy nadarzającej się okazji przeprowadzić nasz projekt. Jesteśmy to winni naszym ojcom, ale paradoksalnie jesteśmy to winni również niemieckim uciekinierom. Musimy im stale przypominać, że Hitler nie narodził się w żadnej próżni, że to nie był jakiś kosmita zesłany nam przez UFO, to był ich pobratymiec, krew z ich krwi, kość z ich kości. I tę lekcję, dzięki naszej pomocy, powinni stale odrabiać.

Gdzie się urodziłeś?

Najlepiej niemieckie resentymenty poprzeć przykładami. Otóż dwa niemieckie landy zdecydowały – pod naciskiem tzw. wypędzonych – że z dokumentów osób urodzonych przed 1990 r. na terenach onegdaj należących do Rzeszy Niemieckiej zniknie informacja, iż przyszły one na świat za granicą. A jeżeli nie urodziły się za granicą, to oznacza, że urodziły się w Niemczech – z takiego założenia wychodzą niemieccy nacjonaliści, a władze tych dwóch landów pogląd ów podzieliły. Zwróciłam się zatem do ministra spraw wewnętrznych i administracji z wnioskiem, aby takie dokumenty (z fałszywym wpisem miejsca urodzenia) były przez polską administrację odrzucane a priori. W odpowiedzi nasze ministerstwo skreśliło pismo, które można streścić słowami: "Staramy się, monitorujemy, może coś tam jest na rzeczy, ale ogólnie wszystko jest w porządku". Ani słowa o retorsjach! Przy okazji mojego wniosku pojawiły się interesujące komentarze, które doskonale oddają stan ducha naszych elit. – Polska administracja w żadnym wypadku nie może kwestionować wewnętrznych regulacji państwa niemieckiego. Byłoby to nie tylko niesmaczne, ale dodatkowo prawdopodobnie naruszałoby prawo europejskie – uznał Sławomir Koroluk, doktor prawa, były wykładowca Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego. Nigdy nie wzywałam rządu niemieckiego, by w obrębie swojej administracji zmienił owe regulacje, bo faktycznie to jest ich wewnętrzna sprawa, jeśli np. w czyjejś rubryce "miejsce urodzenia" napiszą "stacja kosmiczna". Proszę jednak zwrócić uwagę na wyraźną asymetrię tego rozumowania: my nie możemy kwestionować wewnętrznych regulacji państwa niemieckiego, ale gdyby Polska zastosowała odpowiednie retorsje wewnętrzne, to prawdopodobnie naruszylibyśmy prawo europejskie. Ale tym, co najbardziej szokuje w powyższej wypowiedzi, jest podniesienie "kwestii smaku". W kreowaniu polityki zagranicznej liczą się tylko silni gracze, słabi zawodnicy znaczą niewiele. Otóż, rząd Donalda Tuska zajmuje się przede wszystkim "smakiem", a nie realnymi problemami!

Zderzenie czołowe

W polityce jest jak w życiu – czasami warto iść na "zderzenie czołowe". Otóż "Titanic" zatonął, bo otarł się o górę lodową. Lód rozerwał poszycie statku. Gdy kapitan wydał rozkaz zamknięcia grodzi, nie miało to już żadnego praktycznego znaczenia. Tony wody wdzierały się przez długą wyrwę w poszyciu burty, zalewając kolejne pokłady. Gdyby – istnieje taka hipoteza – "Titanic" uderzył w górę lodową czołowo, a nie uchylił się manewrem "prawo na burt", to destrukcji uległby dziób zmiażdżony potworną siłą kolizji (specjaliści wyliczyli, że siła zderzenia osiągnęłaby energię wytworzoną podczas eksplozji 5 ton trotylu!), ale sam statek utrzymałby się na wodzie, gdyż zadziałałyby grodzie na śródokręciu i rufie. Ludzie i jednostka by ocaleli… A tak "Titanic" spoczywa na dnie oceanu i jest przedmiotem ckliwych ballad i filmów wyciskających łzy z oczu. Czy jednak o to chodzi w realnej polityce? Nie. Między państwami używa się zarówno argumentu siły, jak i siły argumentu. Czasami warto rozmawiać, a innym razem warto wstać od stołu i trzasnąć drzwiami. Zawsze trzeba pamiętać o jednym – szacunku dla rozmówcy, a przede wszystkim o szacunku dla samego siebie!

Dorota Arciszewska-Mielewczyk

Autorka jest prezesem Stowarzyszenia Powiernictwa Polskiego, senatorem PiS.

Źródło:

NASZ DZIENNIK, 10 stycznia 2011, Nr 6 (3937) – Niemcy realizują swój plan

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek