W nocy 23/24 lutego 1943 r. w Paulinowie na Podlasiu Niemcy bestialsko zamordowali 12 Polaków za pomoc Żydom, uciekinierom ze sterdyńskiego getta


Kapliczka w Paulinowie na PodlasiuObława na 12 sprawiedliwych w Paulinowie

W małej wiosce Paulinów na Podlasiu stoi niewielka kapliczka z figurą Jezusa Frasobliwego. Upamiętnia dwunastu mieszkańców gminy Sterdyń, którzy w nocy z 23 na 24 lutego 1943 r. zostali bestialsko zamordowani przez Niemców za pomoc Żydom, uciekinierom ze sterdyńskiego getta. Historia ta, choć tak mało się o niej mówi, jest szczególnym świadectwem tego, że podczas drugiej wojny światowej wielu Polaków w imię miłości bliźniego, okazanej swoim sąsiadom pochodzenia żydowskiego, płaciło najwyższą cenę. Historia niezwykła, wręcz gotowy scenariusz filmowy, a jednak chyba mniej nagłośniona niż ostatnia książka pseudohistoryka Jana Tomasza Grossa.

We wrześniu 1942 r. Niemcy rozpoczęli likwidację żydowskiego getta w Sterdyni. Z przetrzymywanych tam około 1000 Żydów 359 rozstrzelano, a resztę przewieziono do obozu zagłady w Treblince. Części udało się zbiec. Schronienie znajdowali w pobliskich miejscowościach, m.in. w Paulinowie i okolicznych lasach. Postawa mieszkańców zachodniego Podlasia pokazuje zupełnie inny obraz stosunku Polaków do zagłady Żydów niż kreowany przez amerykańskiego socjologa Jana Tomasza Grossa.

Z dobroci serca…

Żydzi otrzymywali od Polaków jedzenie oraz możliwość noclegu. Dwóch z nich ukrywało się w Paulinowie. – W lesie za Paulinowem zrobili sobie bunkier. Tam przebywali za dnia. Nocować przychodzili do stajni przy dworze, bo w lesie było zimno. Stajenny – Franciszek Kierylak, wpuszczał ich tam. Nie przebywali na stałe w jednym miejscu. Raz zwracali się o pomoc do jednych gospodarzy, innym razem do innych – opowiada Antoni Kotowski, wnuk Józefa i Ewy Kotowskich, którzy zginęli wraz z synem Stanisławem w 1943 r. za pomoc Żydom.
Kotowscy, tak jak wielu okolicznych mieszkańców, pomagali bezinteresownie, po prostu współczuciem zareagowali na nieszczęście drugiego człowieka. Nie zważali nawet na surowe kary. – Ojciec opowiadał, że Żydzi byli brudni, wychudzeni, w byle jakim ubraniu. Prosili o jedzenie trzęsącymi się z zimna rękami. Żal było na nich patrzeć… Więc ludzie pomagali – opowiada Antoni Kotowski, który zna tę historię przede wszystkim z opowiadań ojca i cioci, cudem ocalałych z niemieckiej obławy w 1943 roku.

Zdrada Żydów

Właśnie za tę pomoc Niemcy postanowili ukarać miejscowych Polaków. W tym celu posłużyli się prowokatorem – Żydem. Cała akcja była bardzo precyzyjnie przygotowana, a Niemcy posiadali dokładne informacje o osobach pomagających uciekinierom z getta.

Wacław Piekarski w książce "Obwód Armii Krajowej Sokołów Podlaski ‚Sęp’, ‚Proso’ 1939-1944" relacjonował, że dwóch Żydów współpracujących z hitlerowcami dołączyło do ukrywających się i razem z nimi udawali się do polskich zagród, skrzętnie zbierając przy tym informacje i przekazując je Niemcom. Jeden z Żydów pochodził z Warszawy, drugi natomiast o nazwisku Szymel był mieszkańcem Sterdyni.

Prowokatora zapamiętała Janina Stalewska, córka Stanisława Piwki, zamordowanego przez Niemców. Jej ciekawą relację można znaleźć na stronie internetowej Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince: "Byłam wówczas małą dziewczynką. Kiedy przyszli Żydzi, ojciec akurat jadł śniadanie. Wśród nich był również szpieg. Poprosili o chleb. Babcia Kusiaczka ostrzegła tatę, mówiąc, żeby nie dawał im chleba, ponieważ Niemcy zapowiedzieli, że kto to zrobi, temu kula w łeb. Ale ojciec odpowiedział: Dzieciom trzeba dać chleba! I dał całą bułkę, mówiąc: Macie i idźcie stąd! (…) No i zginął za tą kromkę chleba… Wszystko to słyszał ten szpieg, który potem wydał tatę. Gdyby babcia również poparła danie tego chleba, wszystkich by nas pozabijali" – opisywała Janina Stalewska.

Żydowski prowokator przyszedł również do domu państwa Kotowskich. – Gdy najpierw przychodzili do babci ci prawdziwi uciekinierzy, dawała im zawsze trochę chleba. Ale kiedyś z jednym z tych znajomych ukrywających się Żydów przyszedł ktoś nowy. Babcia, widząc obcego, nie pozwoliła mu wejść i nic im nie dała – opowiada pan Antoni.
Żydowski prowokator, niezniechęcony odmową przezornej kobiety, namówił drugiego, by wrócił sam i poprosił o chleb. – Wówczas babcia rzeczywiście dała mu chleba, ale powiedziała, żeby nie przyprowadzał więcej obcych, bo nie wiadomo, kim są – opowiada Antoni Kotowski. Niestety, ta ostrożność okazała się niewystarczająca. Przezorna kobieta nie wiedziała, że naiwny żydowski uciekinier pójdzie z otrzymanym chlebem od razu do towarzysza, który okazał się szpiegiem.

Z relacji Antoniego Kotowskiego wynika, że wkrótce po tym wydarzeniu trzeci "uciekinier" niespodziewanie zniknął, a zaraz potem Niemcy zaczęli obserwować okoliczne wioski. Wkrótce potem ojciec pana Antoniego naocznie przekonał się, kim rzeczywiście był ów "ukrywający się". – Gdy ojciec przechodził przez Paulinów, zobaczył tego trzeciego Żyda… idącego razem z niemieckimi żołnierzami. Oddział szedł do gorzelni. Gdy zrównali się z tatą, rozstąpili się na boki, a ojca puścili środkiem. Wśród mijanych żołnierzy poznał tego trzeciego, ale już w mundurze niemieckim – opowiada pan Antoni.

Wkrótce potem, jak wynika z materiałów Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince, żydowski prowokator wrócił do Paulinowa, by wskazywać Niemcom tych, od których także on doświadczył pomocy.

Obława

W nocy z 23 na 24 lutego 1943 r. wieś została otoczona przez Niemców. By schwytać zbiegów i ukarać tych, którzy im pomagali, okupanci zorganizowali obławę. Zaangażowali w nią około 2 tys. żołnierzy i policjantów niemieckich – przyjechali z Ostrowi Mazowieckiej 60 samochodami.

Żyjący jeszcze mieszkańcy zapamiętali, że żołnierze stali w gęstym kordonie, w odległości zaledwie kilku kroków jeden od drugiego. Z pomocą prowokatorów wynajdywano osoby, które pomagały Żydom, i zabijano ich, gdzie popadnie: na progach ich domów, na schodach, podwórkach i w lesie.

Pierwszym Polakiem, który zginął, był stajenny Franciszek Kierylak. Stracił życie, bo pozwalał nocować Żydom w stajni znajdującej się w zabudowaniach dworskich.

Bardzo poruszająca jest historia rodziny Kotowskich. – To było straszne – mówi łamiącym się głosem Antoni Kotowski, który zna przebieg wydarzeń od swojego ojca, nieżyjącego już Czesława Kotowskiego. Mężczyzna cudem uniknął śmierci, bo został ostrzeżony przez sąsiada o niebezpieczeństwie. Mimo że niemieccy żołnierze dostrzegli go, gdy wjeżdżał do Paulinowa, do którego chwilę wcześniej wkroczyli okupanci i od razu zaczęli strzelać, udało mu się uciec do sąsiedniej miejscowości, choć kule już świstały mu nad głową.

Takiego szczęścia nie mieli już jednak jego rodzice i brat. Niemcy niespodziewanie wtargnęli do domu Józefa i Ewy Kotowskich. – Dziadek siedział przy stole. Niemiecki żołnierz od razu strzelił do niego. Dziadek upadł, ale próbował się jeszcze podnieść. Jednak Niemiec przycisnął go butem do podłogi i dobił drugim strzałem – opowiada z bólem w głosie pan Antoni. Babcię, Ewę Kotowską, zamordowali na progu domu. Wszystko to działo się na oczach 6-letniej córki, Stanisławy… Przerażona dziewczynka uklękła przed obrazem i zaczęła się modlić. Na oprawcy nie zrobiło to jednak wrażenia. Z zimną krwią wycelował w dziecko karabin. Może właśnie widok klęczącej dziewczynki obudził ludzkie uczucia w drugim Niemcu. Podbił karabin kamrata i kula trafiła w podłogę. – To ocaliło ciocię – wspomina pan Antoni.

Oprawcy dosięgli jednak jeszcze 25-letniego Stanisława Kotowskiego, stryja pana Antoniego: został aresztowany wraz z 10 innymi okolicznymi mieszkańcami i rozstrzelany w lesie za Paulinowem. – Tam również ich zakopali. Dopiero po wojnie ciała przeniesiono na cmentarz w Sterdyni – mówi ze smutkiem Antoni Kotowski.

W ten sposób za chleb dawany żydowskim uciekinierom rodzina Kotowskich zapłaciła śmiercią aż trzech osób i osieroceniem dzieci.

Za serce was "roztrzaskali"

Za podobne "przewinienia" w pobliskim lesie oraz znajdującej się nieopodal gorzelni rozstrzelano również Stanisława Piwkę, Zygmunta Drgasa, Mariana Nowickiego, Ludwika Uziębłę, Aleksandrę Wiktorzak, Jana Siwińskiego oraz jego zięcia Franciszka Augustyniaka.

Mimo poniesionej ofiary rodzina Kotowskich nie doczekała się choćby podziękowań za pomoc Żydom, którą tak drogo opłaciła. O ich ofierze, prócz wzmianek w materiałach Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince, mówi tylko skromna tablica w kapliczce upamiętniającej wszystkie ofiary obławy w Paulinowie w 1943 r., a także niszczejący już pomnik na miejscowym cmentarzu w Sterdyni.

Tragedię uwieczniła również poetka ludowa Lucyna Maksimiak. W wierszu zatytułowanym "Rapsod poległym" pisała:

Tego Pan Jezus nas nauczył,
jak postępować trzeba,
spragnionemu dać kubek wody,
głodnemu kromkę chleba,
Podróżnych przyjąć do domu,
zziębniętych, aby się ogrzali.
Za Waszą dobroć i wierność Bogu,
za to Was roztrzaskali.

Komu pamięć?

Rodzina Kotowskich z oburzeniem przyjmuje informacje o najnowszej książce Jana Tomasza Grossa "Złote żniwa". Boli ich to, że ofiara ich rodziny i wielu innych uczciwych mieszkańców Paulinowa i okolic nie została doceniona. Rodzinom, których bliscy oddali życie za pomoc Żydom, nie podziękowali ani ich rodacy, ani władze w Polsce.
Nie uzyskali też wsparcia wówczas, gdy najbardziej tego potrzebowali – osierocone dzieci, niekiedy jeszcze nieletnie, same musiały sobie radzić, i to w ciężkich, powojennych czasach. Po wymordowaniu rodziców 23-letni wówczas Czesław Kotowski opiekował się 6-letnią siostrą Stanisławą i 8-letnim bratem Kazimierzem. Prócz tego musiał radzić sobie z prowadzeniem gospodarstwa.

Tym bardziej rodzinę Kotowskich boli przedstawianie teraz Polaków jako ograbiających żydowskie szczątki.

Dlaczego dziś, prawie 70 lat od tamtych wydarzeń, niektóre wydawnictwa i część mediów chętniej nagłaśniają oskarżenia niekompetentnego autora? – Tu obowiązują reguły show-biznesu, a więc trzeba zachować się obrazoburczo, obrazić kogoś, wstrząsnąć widzem, "wysadzić coś w powietrze", żeby zaistnieć, itp. Stąd taka działalność szarlatańska, jak Jana T. Grossa – uważa politolog i historyk dr Piotr Gontarczyk. Autor wielu cenionych publikacji naukowych wskazuje, że Gross nie przestrzega żadnych reguł naukowego rzemiosła i naukowej uczciwości. – Wycina z kontekstu całe fragmenty cytowanych dokumentów i dopasowuje je do swoich tez, a pomija inne, które się nie zgadzają z jego opiniami. Całkowicie pomija też prace historyków, którzy są dla niego niewygodni, a cytuje tych niepoważnych, często chętnie powtarzając za nimi nieprawdziwe stwierdzenia, bo są dla niego wygodne – wskazuje.

Zdaniem prof. Marka Jana Chodakiewicza, autora książki "Polacy i Żydzi, 1918-1955: Współistnienie, Zagłada, Komunizm", rozgłos książek Grossa wynika, po pierwsze, z faktu, że harmonizują one z dominującym paradygmatem kulturowym. Oznacza to, że Gross daje "naukową" otoczkę powszechnie funkcjonującym na Zachodzie opiniom o Polsce i Polakach. Wstrzeliwuje się doskonale w istniejące stereotypy. Po drugie, J.T. Gross może polegać na sprawnej maszynie marketingowej ludzi podobnie jak on myślących. Są oni w post-PRL bardzo zamożni i wpływowi. Jeszcze książka nie wyszła, a maszyna ta już rozpoczęła kampanię reklamową. Po trzecie, strona konserwatywna, tradycjonalistyczna i prawicowa w Polsce zwykle tylko reaguje na takie ataki, a zupełnie nie potrafi ich uprzedzić. Do tego potrzeba samemu przeprowadzić badania i narzucić swój dyskurs interpretacyjny. – Sprawy polsko-żydowskie powoli wychodzą z powijaków w Instytucie Pamięci Narodowej, ale tam też nie ma na razie strategicznego podejścia do tematyki – ocenia prof. Chodakiewicz.

Fenomen w skali Europy

Profesor Jan Żaryn, historyk, wykładowca na UKSW i były dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN, uczestniczy w pracach Komitetu dla Upamiętnienia Polaków Ratujących Żydów. – Na apel Komitetu wpłynęły liczne relacje i świadectwa, z niepełnej analizy zebranego materiału wynika, że było co najmniej kilka tysięcy przypadków udzielania Żydom pomocy przez Polaków – wskazuje. – Pomoc ta była niesiona, pomimo że groziły za nią realne represje. Na podstawie dokumentacji zgromadzonej przez Komitet można ustalić, że około 70 osób niosących pomoc podlegało różnorodnym karom – dodaje prof. Żaryn. W skali całej Polski szacunkowe dane mówią o kilkuset, nawet około 1000 Polaków, którzy ponieśli z rąk Niemców karę za ratowanie Żydów.

To Polakom niosącym pomoc Żydom z narażeniem życia należy się pamięć. Niebezpieczeństwo było rzeczywiście olbrzymie, bo Niemcy posuwali się – tak jak w Paulinowie – nawet do prowokacji, aby złapać pomagających Żydom. Wcale nierzadko prowokatorami i szpiegami byli… również Żydzi. Jeden taki szpieg wydawał wszystkich Polaków, którzy mu pomagali.

Dlatego – jak zaznacza dr Piotr Gontarczyk – w sposób rzetelny można mówić tylko o różnych postawach ludzi i próbować naukowo znaleźć właściwe proporcje. – Tyle że takie rzeczy Grossa w ogóle nie interesują – podsumowuje.
Nie sposób analizować stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny bez podkreślenia, że nigdzie indziej Niemcy nie wprowadzili tak ostrych represji za pomaganie Żydom, jak w Polsce. Można z tego wysnuć wniosek, że w innych krajach europejskich nie istniał "problem" nieskuteczności prawa zakazującego tej pomocy. – Zdarzały się przypadki, że uratowano wiele osób tej narodowości, np. w Danii, ale odbyło się to w ramach bodajże dwudniowej "operacji" – zauważa prof. Żaryn. Pomoc Żydom niosły także inne nacje – np. Holendrzy, tyle że nie pod groźbą kary śmierci czy choćby konfiskaty majątku. Dlatego nie jest to porównywalne z sytuacją Polaków pod okupacją, żyjących w nieustannym strachu z powodu ukrywania osób żydowskiego pochodzenia.

Niemcy zaczęli zaostrzać kary dla Polaków pomagającym Żydom z powodu ich niskiej skuteczności. – W latach 1942-1943, w najgorszym okresie holokaustu, Niemcy w okupowanej Polsce niejako na bieżąco zmieniali prawo na coraz bardziej restrykcyjne. Początkowo karze śmierci podlegali tylko ci, którzy bezpośrednio udzielali pomocy Żydom, ale później kara śmierci albo wywóz do obozu koncentracyjnego groziły nawet osobom, które nie ujawniły, że wiedzą o kimś, kto przechowuje Żydów – wyjaśnia prof. Żaryn.

Skazany na "salon"

Nadzieje J.T. Grossa na zmianę w Polsce paradygmatu kulturowego w historiografii raczej się nie ziszczą. Według prof. Chodakiewicza, na poziomie masowym jest on skazany na porażkę, ale jego bronią jest to, że nieźle radzi sobie w lewicowo-liberalnym "salonie". Po tym, gdy wytknięto straszliwe dziury metodologiczne i merytoryczne w "Sąsiadach" i "Strachu", cielęcy podziw dla tego socjologa zniknął. Jednak dalej w środowisku "Gazety Wyborczej" należy do dobrego tonu wychwalać go oraz eksponować jego książki w księgarniach. – W USA Gross nie sprzedaje się świetnie, ale wystarczająco. Tutaj jego książki utwierdzają już od dawna istniejące negatywne stereotypy Polaków i Polski. Ale to już nie wina J.T. Grossa: on tylko spija krem z gotowanej od co najmniej pół wieku potrawy antypolskich uprzedzeń – uważa prof. Chodakiewicz.

"Być albo nie być" Grossa zależy od polskich historyków i polityków – jeśli ci ostatni nie będą w zdecydowany sposób oponować przeciwko pisaninie Grossa, zniechęci to wielu naukowców do odważnej eksploracji obszaru relacji polsko-żydowskich. – W USA prywatnie koledzy gratulowali mi moich prac. Ale tylko prywatnie. Nikt się właściwie za mną nie wstawiał, gdy neostaliniści, jak ich nazwał profesor John Radziłowski w ostatnim "Glaukopisie", atakowali mnie za moją pracę "The Massaccre in Jedwabne", którą notabene kilka lat temu obiecał wydać po polsku Janusz Kurtyka. Nadmieniam to również, aby zaznaczyć wagę antycypacji – dodaje.

Tylko zdecydowane działania polskich władz, a szczególnie odpowiedzialnych za politykę historyczną pracowników Instytutu Pamięci Narodowej oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, mogą zapobiec utrwaleniu się czarnej legendy o złych Polakach, współodpowiedzialnych za holokaust, w świadomości społeczeństw zachodnich.

Bogusław Rąpała, Mariusz Bober

Źródło:

NASZ DZIENNIK, 11 stycznia 2011, Nr 7 (3938), Obława na 12 sprawiedliwych w Paulinowie

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek