Krzysztof Osiejuk: Sys­tem jest mści­wy jak sto dia­błów, czy­li o pre­sji raz jesz­cze


radwanskie-tenis-foto-interKi­lar pod każ­dym wzglę­dem bi­je Kut­za na gło­wę. Jest zdol­niej­szy, bo­gat­szy, znacz­nie bar­dziej zna­ny i sza­no­wa­ny w świe­cie. Kie­dy pew­ne­go dnia umrze – a miej­my na­dzie­ję, że ten dzień jest jesz­cze bar­dzo da­le­ki – o je­go śmier­ci usły­szy ca­ły świat i nie­wy­klu­czo­ne, że na je­go po­grzeb przy­ja­dą naj­więk­si ar­ty­ści te­go świa­ta. Ka­zi­mierz Kutz jest wy­łącz­nie lo­kal­nie zna­nym re­ży­se­rem, w do­dat­ku ta­kim, któ­re­go naj­więk­sze suk­ce­sy na­le­żą do bar­dzo za­mierz­chłej prze­szło­ści …

Tak się jed­nak sta­ło, że je­śli idzie o co­dzien­ną sa­tys­fak­cję pły­ną­cą z te­go, że jest się oso­bą zna­ną, sza­no­wa­ną i lu­bia­ną, Woj­ciech Ki­lar zo­stał te­go wszyst­kie­go sku­tecz­nie po­zba­wio­ny, na­to­miast Ka­zi­mierz Kutz – wręcz od­wrot­nie.

Spra­wa sióstr Ra­dwań­skich ka­za­ła nam się ostat­nio po­now­nie za­du­mać na czymś, co moż­na zu­peł­nie uczci­wie na­zwać na­ci­ska­mi, ty­le że aku­rat nie na po­zio­mie ofi­cjal­nym, a więc na li­nii mię­dzy na przy­kład So­po­tem, Ło­dzią, a Wro­cła­wiem, ale tu, gdzie ży­je­my i pra­cu­je­my my, zwy­czaj­ni lu­dzie. Uży­łem sło­wa „na­ci­ski”, bo w isto­cie rze­czy, ma­my do czy­nie­nia z na­ci­ska­mi, a to, że one ostat­nio przy­bie­ra­ją po­stać zwy­kłe­go or­dy­nar­ne­go ter­ro­ru, to już spra­wa wtór­na. Bar­dzo istot­na, mo­że i de­cy­du­ją­ca, ale wtór­na. Na po­cząt­ku bo­wiem te­go wszyst­kie­go, sto­ją je­dy­nie skrom­ne, wręcz przy­pad­ko­we, od nie­chce­nia na­ci­ski.

Na­sze dziel­ne te­ni­sist­ki są tu oczy­wi­ście wy­łącz­nie pre­tek­stem – bar­dzo do­brym pre­tek­stem, ale po­za tym ni­czym wię­cej – nie­mniej wy­pa­da przy­po­mnieć, o co po­szło. Wy­pa­da przy­po­mnieć tro­chę po to, że­by ten znak hań­by i tu po­zo­stał za­pi­sa­ny i za­pa­mię­ta­ny, ale też czę­ścio­wo dla­te­go,

że kie­dy ten tekst bę­dzie się uka­zy­wał w war­szaw­skich kio­skach – a mo­że też i znacz­nie wcze­śniej – Agniesz­ka i Ur­szu­la Ra­dwań­skie, za jak naj­bar­dziej roz­sąd­ną i słusz­ną ra­dą swo­ich bli­skich, wró­cą na dro­gę po­praw­no­ści po­staw i sza­cun­ku dla oby­cza­ju usta­wio­ne­go przez Sys­tem, a więc coś, cze­go czę­ścią dzię­ki swo­je­mu ta­len­to­wi w pew­nym mo­men­cie mu­sia­ły się stać. Otóż, mó­wiąc bar­dzo krót­ko, na swo­jej stro­nie in­ter­ne­to­wej, sio­stry Ra­dwań­skie za­mie­ści­ły link do fil­mu Dłu­żew­skiej i Ci­choc­kiej ‘Mgła’, i obok opu­bli­ko­wa­ły oświad­cze­nie, w któ­rym za­pro­te­sto­wa­ły prze­ciw­ko szka­lo­wa­niu do­brej pa­mię­ci ofiar ka­ta­stro­fy smo­leń­skiej. Po­stę­pek sióstr spo­tkał się z na­tych­mia­sto­wa re­ak­cją Sys­te­mu, któ­ry przy po­mo­cy swo­ich psów bar­dzo jed­no­znacz­nie po­ka­zał obu pa­niom, na co się po­ry­wa­ją. I ty­le.

Po­ja­wi­ły się oczy­wi­ście na­tych­miast gło­sy, któ­re nas uspo­ka­ja­ły, że aku­rat Ra­dwań­skim nic nie gro­zi, bo są zdol­ne, sa­mo­dziel­ne, bo­ga­te i ma­ją z ca­łą pew­no­ścią wie­le moż­li­wo­ści, że­by się na wście­kłość Sys­te­mu sku­tecz­nie wy­piąć. W tym choć­by wy­jazd z Pol­ski i za­miesz­ka­nie gdzieś, gdzie bę­dą mia­ły świę­ty spo­kój. Pro­blem jest jed­nak ta­ki, że by­cie gwiaz­dą, a już zwłasz­cza gwiaz­dą pierw­szej ja­sno­ści wca­le nie jest ta­kie pro­ste. Czło­wiek, któ­ry osią­gnął suk­ces te­go ty­pu, że stał się tak zwa­nym ce­le­bry­tą, w spo­sób nie­mal au­to­ma­tycz­ny z te­go swo­je­go sta­tu­tu by­cia ce­le­bry­tą czer­pie znacz­ną część swo­jej ener­gii. Oczy­wi­ście, on mo­że mó­wić, że go mę­czy pu­blicz­ne za­in­te­re­so­wa­nie, re­por­te­rzy, au­to­gra­fy, owa nie­ustan­na pre­sja, ale nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że gdy­by to na­gle mia­ło się skoń­czyć, wca­le nie by­ło­by mu ła­twiej. Wręcz prze­ciw­nie. I nie ma w tym nic złe­go. Ta­ki to jest los, ta­kie ży­cie, ta­ka przy­szłość i ta­kie szczę­ście. Znacz­na część suk­ce­su sióstr Ra­dwań­skich opie­ra się na tym, że świat je ko­cha, me­dia się in­te­re­su­ją, a lu­dzie pa­trzą na nie z sym­pa­tią.

Je­śli dziś oka­że się, że one na­gle prze­sta­ły być Isią i Ulą – dwie­ma ślicz­ny­mi, zgrab­ny­mi blon­dyn­ka­mi – ale Ur­szu­lą i Agniesz­ka Ra­dwań­ską – i tyl­ko ty­le, i nic po­nad to – dla nich to mo­że być szcze­gół, ale bar­dzo istot­ny. Po­dob­nie szcze­gó­łem mo­że być to, że głos te­le­wi­zyj­ne­go ko­men­ta­to­ra re­la­cjo­nu­ją­cy ich wy­stę­py sta­nie się na­gle zim­ny, z lek­ka nu­tą szy­der­stwa, ale to rów­nież bę­dzie szcze­gół nie bez zna­cze­nia dla sa­mo­po­czu­cia jed­nej i dru­giej. A je­śli do te­go wszyst­kie­go doj­dzie na­gle – z ich punk­tu wi­dze­nia mo­że i rów­nież szcze­gół – to, że kie­dy one bę­dą mia­ły ja­kąś drob­ną prze­rwę w swo­im ka­len­da­rzu i wró­cą na chwi­lę do Kra­ko­wa i zo­ba­czą, że je­dy­ni któ­rzy chcą ich gdzieś za­pro­sić na spo­tka­nie, to ja­kieś chrze­ści­jań­skie sto­wa­rzy­sze­nie mi­ło­śni­ków spor­tu, a z proś­ba o wy­wiad zgło­si się już nie pan z TVN24, lecz dzien­ni­karz z Ga­ze­ty Pol­skiej, to ich pie­nią­dze i ich ta­lent i ich sła­wa na­gle się oka­żą czymś, co po­tra­fi ku­pić wie­le, ale już nie sza­cu­nek ma­in­stre­amu. Bo ma­in­stre­am nie żą­da pie­nię­dzy, lecz wy­łącz­nie wier­no­ści.

Za­po­mnij­my na chwi­lę o sio­strach Ra­dwań­skich i spójrz­my na ko­goś ta­kie­go jak Woj­ciech Ki­lar i Ka­zi­mierz Kutz. Oczy­wi­ście nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że Ki­lar pod każ­dym wzglę­dem bi­je Kut­za na gło­wę. Jest zdol­niej­szy, bo­gat­szy, znacz­nie bar­dziej zna­ny i sza­no­wa­ny w świe­cie. Kie­dy pew­ne­go dnia umrze – a miej­my na­dzie­ję, że ten dzień jest jesz­cze bar­dzo da­le­ki – o je­go śmier­ci usły­szy ca­ły świat i nie­wy­klu­czo­ne, że na je­go po­grzeb przy­ja­dą naj­więk­si ar­ty­ści te­go świa­ta. Ka­zi­mierz Kutz jest wy­łącz­nie lo­kal­nie zna­nym re­ży­se­rem, w do­dat­ku ta­kim, któ­re­go naj­więk­sze suk­ce­sy na­le­żą do bar­dzo za­mierz­chłej prze­szło­ści. Tak się jed­nak sta­ło, że je­śli idzie o co­dzien­ną sa­tys­fak­cję pły­ną­cą z te­go, że jest się oso­bą zna­ną, sza­no­wa­ną i lu­bia­ną, Woj­ciech Ki­lar zo­stał te­go wszyst­kie­go sku­tecz­nie po­zba­wio­ny, na­to­miast Ka­zi­mierz Kutz – wręcz od­wrot­nie. To on jest dziś gwiaz­dą, to on jest dziś au­to­ry­te­tem, to on jest bo­ha­te­rem pu­blicz­nej świa­do­mo­ści. To je­go twarz zna każ­dy miesz­ka­niec każ­dej pol­skiej wsi, a nie twarz Ki­la­ra. Ki­la­ro­wi, oczy­wi­ście, nikt nie od­bie­rze te­go, co przez swój ta­lent i swo­ją pra­cę zdo­był, ale dla ma­in­stre­amu już do śmier­ci po­zo­sta­nie wy­łącz­nie pi­sow­skim lo­ka­jem, a dla gmi­nu – do­słow­nie ni­kim. Je­śli w dniu je­go ko­lej­nych uro­dzin, czy przy ja­kiejś in­nej oka­zji, zo­ba­czy­my go w te­le­wi­zji, to mo­że­my mieć pew­ność, że znacz­na część opi­nii pu­blicz­nej, je­śli w ogó­le zwró­ci na nie­go uwa­gę, nie bę­dzie w nim wi­dzia­ła szla­chet­ne­go, mą­dre­go star­sze­go pa­na, lecz ja­kie­goś smut­ne­go sta­rusz­ka, któ­ry w do­dat­ku ostat­nio ja­koś się brzyd­ko po­su­nął.

Dla­cze­go tak się dzie­je? Dla­te­go mia­no­wi­cie, że Sys­tem, jak już wspo­mnie­li­śmy, wy­ma­ga sta­łej wier­no­ści, a nie­po­słu­szeń­stwo ka­że bez­względ­nie i gwał­tow­nie. I ma bar­dzo wie­le spo­so­bów, że­by tę eg­ze­ku­cję sku­tecz­nie prze­pro­wa­dzać. W mi­nio­ny week­end mia­łem przy­jem­ność czy­tać w Rzecz­po­spo­li­tej roz­mo­wę Ro­ber­ta Ma­zur­ka z An­drze­jem Rze­pliń­skim, sze­fem Try­bu­na­łu Kon­sty­tu­cyj­ne­go. Ma­zu­rek wła­ści­wie przez ca­ły czas ide­al­nie so­bie ra­dził z Rze­pliń­skim, wy­ka­zu­jąc mu z ide­al­ną sku­tecz­no­ścią, że on, ja­ko po­li­tycz­nie za­an­ga­żo­wa­ny oby­wa­tel, przy obec­nym, tak po­tęż­nym spo­łecz­nym kon­flik­cie, jest stro­ną spo­ru na­wet ja­ko rze­ko­mo nie­za­leż­ny sę­dzia. I co­kol­wiek on po­wie na swo­ją obro­nę, ja­kie­kol­wiek przed­sta­wi ar­gu­men­ty, nie zmie­ni to fak­tu, ze w od­bio­rze spo­łecz­nym bę­dzie już za­wsze funk­cjo­no­wał, ja­ko ktoś, kto nie­na­wi­dzi Ka­czyń­skich, z peł­ny­mi kon­se­kwen­cja­mi tej nie­na­wi­ści. An­drzej Rze­pliń­skim więc mó­wił, ze przez swo­je for­mal­ne umo­co­wa­nie, ktoś ta­ki jak on ma sy­tu­ację nie­skoń­cze­nie wy­god­ną.

Ma pie­nią­dze, jest nie­ty­kal­ny, ma za­pew­nio­na wy­so­ką eme­ry­tu­rę i nie ma w związ­ku z tym żad­nych do­raź­nych in­te­re­sów, któ­re by go wy­sta­wia­ły na ja­kie­kol­wiek na­ci­ski. Na to przy­cho­dzi Ma­zu­rek i mu po­ka­zu­je fak­ty. A więc to że on jest tak cu­dow­nie wol­ny, że, jak sam mó­wi, licz­ba tych któ­rzy „mo­gą go po­ca­ło­wać w du­pę się­ga 100 proc.”, Rze­pliń­ski za­wdzię­cza te­mu, że nie­na­wi­dzi Ka­czyń­skie­go, i to na ty­le gło­śno, że­by nikt co do te­go nie miał wąt­pli­wo­ści.

Ja bym jed­nak chciał się na chwi­lę za­trzy­mać nad ar­gu­men­ta­mi Rze­pliń­skie­go co do tych pie­nię­dzy, nie­ty­kal­no­ści i fak­tycz­nej nie­za­leż­no­ści, i tych 100 proc. ca­łu­ją­cych. Otóż chciał­bym wnieść do wy­po­wie­dzi Rze­pliń­skie­go pew­na ko­rek­tę. To nie jest 100 proc. Ale 99 proc. Ten je­den pro­cent na­to­miast, to ci, któ­rych Rze­pliń­ski mo­że po­ca­ło­wać. I tu ma­my sy­tu­ację, choć po­zor­nie zu­peł­nie in­ną, to jed­nak bar­dzo po­dob­ną do te­go, co się dzie­je wo­kół sióstr Ra­dwań­skich. Rze­pliń­ski, na­wet je­śli w swo­im za­plą­ta­niu te­go nie wie, to z ca­łą pew­no­ścią czu­je, że je­go do­bre sa­mo­po­czu­cie jest w rę­kach tych, któ­rzy go trak­tu­ją jak swo­ją wła­sność. Oni da­dzą mu im­mu­ni­tet, da­dzą mu świet­ną pen­sję, jesz­cze lep­szą eme­ry­tu­rę, nie­ty­kal­ność, nie­za­wi­słość i nie­za­leż­ność. I jak mu to da­dzą, nie bę­dą mo­gli mu ani jed­ne­go z tych bo­nu­sów ode­brać. Przede wszyst­kim jed­nak nie bę­dą te­go ro­bić mu­sie­li i na­wet nie bę­dą chcie­li. Im to wszyst­ko na nic. A po­za tym, jak wie­my, oni wszy­scy są praw­dzi­wy­mi de­mo­kra­ta­mi i ludź­mi jak naj­bar­dziej pra­wo­rząd­ny­mi. Oni je­dy­nie spra­wią, że Rze­pliń­ski bę­dzie się czuł le­piej lub go­rzej. Bę­dą przy tym w sta­nie kon­tro­lo­wać to, czy on bę­dzie funk­cjo­no­wał ja­ko oso­ba pu­blicz­na, gwiaz­da i au­to­ry­tet, czy ktoś o kim pies z ku­la­wą no­gą nie bę­dzie sły­szał. Jak, nie przy­mie­rza­jąc dziś o sę­dzim Ko­tli­now­skim. A w swo­jej do­bro­ci i życz­li­wo­ści są ta­cy hoj­ni, że mu na­wet po­zo­sta­wi­li moż­li­wość pew­ne­go ma­new­ru. On dziś mu­si bar­dzo uwa­żać, mu­si być bar­dzo ostroż­ny, ale w grun­cie rze­czy de­cy­zja na­le­ży do nie­go. Bę­dzie grzecz­ny – bę­dzie do­brze. A jak bę­dzie do­brze, to bę­dzie mógł so­bie na­wet po­czuć tę sa­tys­fak­cję, że licz­ba lu­dzi ca­łu­ją­cych go w pu­pę się­ga peł­nej po­pu­la­cji.

Pi­szę ten tekst i już do­cho­dzą do mnie in­for­ma­cje, że po­dob­no któ­raś z sióstr Ra­dwań­skich już oświad­czy­ła, że to nie ona, ale ta­to. Że ona uwa­ża, że spor­tu i po­li­ty­ki nie na­le­ży mie­szać. Nie wiem, czy to praw­da, ale – jak już wspo­mi­na­łem – nie zdzi­wię się, je­śli rze­czy­wi­ście wszyst­ko wró­ci­ło na sta­rą ścież­kę. Ży­czę Ra­dwań­skim wszyst­kie­go naj­lep­sze­go i mam na­dzie­ję, że jesz­cze dla nich nic nie jest stra­co­ne i że już nie­dłu­go za­czną znów o nich mó­wić tak jak kie­dyś, że są mi­łe, pięk­ne i mą­dre. Nie zdzi­wię się też jed­nak, je­śli oka­że się, że już jest za póź­no. Wi­dzia­łem ofi­cjal­ną stro­nę sióstr Ra­dwań­skich. Gdy­by to jesz­cze cho­dzi­ło o ten cho­ler­ny Smo­leńsk, to mo­że by ja­koś by­ło. Ale tam aż ki­pi od bie­li i czer­wie­ni. Wła­śnie od bie­li i od czer­wie­ni. Na zmia­nę. A to o nich świad­czy jak naj­go­rzej. Sys­tem wie wszyst­ko. I jest mści­wy jak sto dia­błów. No i bar­dzo, bar­dzo nie­uf­ny.

Krzysztof Osiejuk

Źródło: Warszawska Gazeta, 1 lutego 2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek