Patton czy rozmodlona dziewica?


Coraz więcej głosów mówiących o tym, że kampania wyborcza już się rozpoczęła. Coraz ostrzejszy kurs rządowych niezgułów i ich pseudo-intelektualnych akolitów. Na dobrą sprawę każdy rodzaj broni już w użyciu: manipulacje, wrzutki, pomówienia, dym w oczy, mrówcza zakulisowa praca agentury zawodowej. Niby startowy pistolet jeszcze nie wypalił, ale najwyraźniej zawodnicy jednej, oficjalnej strony ruszyli do biegu i za nic mają zasady fair play i przyzwoitość. Nieważne co z ramienia ciemniakow mogą zrobić dla Ojczyzny, ważniejsze to, na którym miejscu listy wyborczej umieści ich coraz pazerniejszy pryncypał…

I to jest zupełnie jak w maju ubiegłego roku, przed wyborami prezydenckimi. Warto tę sytuacje przypomnieć – bo i warto wyciągnąć wnioski z narastającej brutalnej desperacji panującej pośród naszych zarządców.
W maju 2010 kandydaci do urzędu prezydenta przedstawili się oficjalnie. Tak naprawdę liczyło się tylko dwóch. Jeden z dramatem w rodzinie, głowie i uczuciach. Drugi z władztwem nad telewizją, prasą i wsparciem wszystkich ciemnych sił, o których wiedzieliśmy i takich, o których do dzisiaj nic nie wiemy. I zaczęła się ostra jazda. Poleciały w eter takie platformiane słowa i zdania, że dech zapiera, nie przywołuję ich tutaj, nie można popularyzować gówna. Potem był film „Solidarni 2010” wyświetlany w dobrym czasie w TV publicznej – i salon dostał wścieklizny. Internet zareagował natychmiast, po obu stronach barykady. Po naszej pokazała się fotka, na której Komorowski na tle jakiejś wydumanie idiotycznej biblioteki czyta odwróconą do góry nogami książkę. Fotomontaż, nikt chyba nie miał wątpliwości. Tak, śmiałem się do łez. Po pierwsze dlatego, że to taki uliczny dowcip, rażący ze straszną siłą, choć na krótką metę. Ale śmiałem się przede wszystkim z kontekstu, niejako mając przed oczyma oryginał zdjęcia. Bo oto Buc Naczelny, to „Słońce Myśliwskich Karpat i Tater” w ogóle wpadł na pomysł, by skombinować sobie fotkę, na której ukazuje się gawiedzi jako głęboki, zaczytany w klasykach intelektualista na tle książęcej biblioteki. Dla mnie farsa! Ale czy w ogóle było kiedyś takie zdjęcie i czy aby nie wszystko jest fotomontażem? Mniejsza. Chcieli walki i kpiny – będą ją mieli. Bo jeśli mój wróg wali na mnie z dzidą, jakimś długim, ostrym kijem to co, to ja mam wziąć do ręki modlitewnik i czekać cierpliwie, aż mnie przekłuje?
Niestety już wkrótce okazało się, że jest to myśl tak nieskomplikowana, że po prostu prostacka. Zła i szkodliwa – bo oparta na kłamstwie i pomówieniu. Skąd wiem? Ponieważ z tej właśnie strony zostałem ostro zaatakowany. Zdaniem moich przeciwników wyborcze zwycięstwo Jarosława mają mu zapewnić zastępy dziewic rozmodlonych i rycerzy w lśniących zbrojach bez skazy (oczywiście w tym miejscu nieco ironizuję). Zaś walka ma być szlachetna, czysta, choćby i przegrana. Stąd fotomontaż jest niewłaściwy i podobno daje argument do ręki drugiej stronie.
Otóż ja ani wtedy ani dzisiaj nie zgadzam się z takim stawianiem sprawy. Po pierwsze dlatego, że żyjemy tu i teraz, a nie w krainie fikcji i marzeń. Po drugie z tej przyczyny, iż jak to powiedział inny komentator: ważny głos na liście wyborczej nie jest ani szlachetny, ani brudny. Jest albo go nie ma, tyle. I jeśli moim zadaniem byłoby zdobyć tych głosów jak najwięcej to nie cofnął bym się przed stoma fotomontażami ośmieszającymi konkurenta. Bo on i jego polityczna opcja przed nimi się nie cofają. Także tą metodą uzyskuje się głosy tych, którzy o chórach anielskich i nieskalanych rycerzach nawet słuchać nie chcą, ponieważ nie tylko polityka, ale też samo życie jest miejscami brudne lub jak kto woli mało szlachetne. Rozumiem ich. Po części sam jestem taki.
Bardzo zdenerwowałem się wpisem namawiającym wyłącznie do gry, która już w założeniu zawierała w sobie przegraną. Bo publikując taką całość na początku niezwykle ostrej kampanii wyborczej przekazuje się ludziom coś na kształt gaduły, że oto „my mamy strzelać szlachetnie i z modlitwą na ustach”, wygrana nie jest najważniejsza, można przegrać. Eliminować należy przeciwników słowem prawdy, nawet za cenę klęski.
Otóż NIE! Po stokroć NIE!! Patton, niesforny, ale niezwykle skuteczny generał amerykański czasów II wojny światowej tak mawiał do swoich żołnierzy przed atakiem: nie jesteśmy tu po to, by ginąć za ojczyznę. Mamy żyć dla niej. To oni, z tamtej strony, mają dać się zabić. Niech im nawet będzie, że to za ich ojczyznę. My po triumfie mamy wrócić do domu i konsumować owoce tego słusznego zwycięstwa. To będzie wtedy czyste i szlachetne. Patton naprawdę tak gadał do swojego wojska i naprawdę szedł z nim do ataku w jednej linii, nie chował się po schronach. Tak, inny kontekst. Dzisiaj nikt do nikogo ostrą amunicją nie strzela, przynajmniej na razie. A jednak sytuacja jest na tyle poważna, że moim zdaniem poważniejsza od ataku na Sycylię, czy Anzio.
Czy oznacza ta deklaracja, iż głosuję za świństwami, fałszem, medialnym mordowaniem? Po stokroć NIE! Założenie jest bowiem takie, że obracam się w towarzystwie ludzi zdecydowanych, ale porządnych. W tym staromodnym rozumienia słowa „porządny”. Nie gadam do katów, zbójów i morderców.

Castillon
04.02.2011

Za: NOWYEKRAN.PL

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek