Anna T. Pietraszek: Z Ojczyzny na Golgotę


71. rocznica pierwszej masowej sowieckiej deportacji Polaków w głąb ZSRS w czasie II wojny światowej

Z Ojczyzny na Golgotę

Bo nie ma ziemi wybieranej, jest tylko ziemia przeznaczona, ze wszystkich bogactw cztery ściany, zcałego świata tamta strona…
(Kazimierz Wierzyński)

Wielka Brytania. Hrabstwo Nottinghamshire. Miasteczko Newark-on-Trent. Cmentarz katolicki. Idę za moją dwuosobową ekipą filmową TVP, za operatorem kamery i dźwiękowcem. – Ty to już nie masz innych pomysłów, ciągle te groby i krzyże, krzyże i groby? – pomrukują. Ale wiem, że to takie męskie narzekanie, bo jak inaczej mieliby ukryć swoje uczucia, przecież ich dobrze znam. Utalentowani, wrażliwi, gotowi do wielkich wyrzeczeń, co do warunków pracy, byle móc filmować "dla Polski", dla tych naszych widzów, którym PRL odbierała możliwość poznawania prawdy historycznej; poznawania bohaterów narodowych, dziś już starszych, żyjących na obczyźnie, nieznanych wciąż polskiemu widzowi. Redakcja edukacyjna potrzebowała kiedyś filmów przybliżających heroiczność polskiego Narodu.
Na tym cmentarzu, w Newark, wysoki krzyż zemblematami polskiego wojska, polskich lotników, którzy oddali życie "za Anglię", w nadziei, że ta Anglia oswobodzona – oswobodzi potem ich Ojczyznę. Są tu na krzyżach także symbole oddziałów tych tułaczy, żołnierzy ze szlaku wojennego, od exodusu zSyberii, od Tockoje, przez Iran, Monte Cassino… po Anglię. Za Wodzem, za gen. Andersem… Wokół dużego krzyża alejki gęste od skromnych pomników tych, co przebyli swój tak długi szlak w bojach na obcej ziemi, ale dla Polski, zawsze zgorącym przekonaniem w sercach, że każda kropla przelanej krwi przybliża ich do powrotu do Ojczyzny… Wielu znich nie ujrzało swojego kraju nigdy.

Ich jedyną winą była polskość

Zesłańcy polscy. Z Syberii, stepów Kazachstanu, z Ałtaju, z Uralu… cudem ocaleni ze zsyłek, wyprowadzeni znieludzkiej ziemi przez gen. Władysława Andersa jako ofiarni żołnierze. Polscy mężczyźni, młodzieńcy, ale i tysiące kilkunastoletnich chłopców, sierot pochodzących z rodzin zesłanych zpolskich ziem, wyrwanych zdomów, zziemiańskich majątków czy ot, ze skromnych polskich domów na Kresach, wyrwani przez oddziały sowieckie, przez NKWD. Tak podstępnie, w środku nocy. Zimą najstraszniej to było, w mróz, kolbami tłukli szyby w oknach, walili do drzwi: "Poliaki, wychoditie, piat´ minut, bieritie wieszczi, pod steniu, bystro, bystro!". I nieprzytomni rodzice, wyrwani ze snu, owładnięci strachem, chroniący dzieci, dziadków, zarzucali na siebie, na bliskich jakieś kożuchy, kapoty, owijali w chusty, bo co można zdążyć zabrać w pięć, tak, w pięć minut, zdorobku całego życia?! I enkawudziści pchali ich kolbami na drabiniaste wozy, wieźli w nieznane. Nikt niczego nie wiedział, dokąd, po co, na jak długo, czy to do więzienia, czy gdzie… Kobiety w ciąży, starzy i chorzy dziadowie, matki zmalutkimi dzieciątkami przy piersi… w ten mróz, w nieznane.

Oni, w tym mgnieniu potwornego lęku, gdy wojna szalała wokół, zapewne mieli jakąś nadzieję, że kiedyś powrócą do swoich ciepłych domów, ułożą do łóżeczek swoje dzieci, napalą w dogasającym właśnie piecu, odnajdą wyjące teraz psy…, złe minie… Jak wielu znich, zsetek tysięcy, nie przeczuwało, że to ich najdłuższa Droga Krzyżowa, zOjczyzny na Golgotę… pomrą tysiącami zgłodu, chorób, bezdomni, upokarzani… Ich jedyną "winą" była polskość – to, że byli Polakami.

Najdelikatniej jak to możliwe idą moi dwaj koledzy – filmowcy, objuczeni sprzętem. Widzę, jak starają się cichutko stąpać wśród tych rzędów polskich krzyży. My, urodzeni po wojnie, w zniewolonej przez reżim komunistyczny Polsce, pozbawieni prawa do poznawania w szkole prawdziwej historii, też byliśmy jej złaknieni. A ileż razy tak ciężko nam było w tę nagle posłyszaną prawdę o polskim cierpieniu uwierzyć! Jak to było możliwe? Jak to naprawdę było możliwe – przeżyć zsyłkę, wytrzymać tę poniewierkę i pozostać Polakiem? Tam, na wiecznym uchodźstwie, tam, w Anglii, czy rozproszeni w świecie, w wielu dalekich krajach i tyle lat potem, po wojnie, wciąż nie mieć prawa choćby na wakacje do Polski przyjechać. Uchodzić za "plugawego karła reakcji"! Tak nazywani byli przez komunistyczną propagandę ci, którzy za Polskę przelewali krew, w najbardziej ofiarnych bojach II wojny światowej… Nie wyrzec się tej Polski, trwać ponad pół wieku, ochraniając najdrobniejsze pamiątki, medale bitewne, sztandary, drobiazgi, wspomnienia, piosenki, a dzieciom i wnukom na obczyźnie przekazywać żarliwy patriotyzm. I żyć marzeniem, że kiedyś Dobry Bóg przywróci wolność Ojczyźnie, że wszystkie te ztak wielkim pietyzmem przechowywane skarby polskości można będzie przekazać młodym pokoleniom w kraju, których reżim nie pozwalał uczyć o gen. Andersie, o szlakach znaczonych polską krwią.

Filmujemy, by oddać im hołd

Nastąpił ten czas. I my też możemy filmować tu, pod Londynem, tych, którzy dla nas walczyli o wolność, o polskość. Możemy pracować dla polskich widzów, wówczas w niedawno "odzyskanej", zdawałoby się, telewizji polskiej… Był to rok 1996. Zaczynamy tu kręcić nasz film dokumentalny o uroczystym zlocie Polaków na uchodźstwie.
Pierwszy przemawia były zesłaniec do Kazachstanu, jedyny ocalony cudem zlicznej polskiej rodziny tam wygnanej, Czesław Zychowicz, prezes Stowarzyszenia Polskich Kombatantów. Zwraca się do prezydenta na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego i do kilkuset zebranych: "Tu, w Newark, spotykamy się, by oddać im hołd… w 50. rocznicę powstania SPK… oddać hołd tym, którzy oddali życie za Polskę". Ten wyniosły krzyż – pomnik na cmentarzu Polskich Lotników w Newark, odsłonięty został 15 lipca 1941 roku. Umieszczoną na cokole krzyża tablicę odsłaniał naczelny wódz gen. Władysław Sikorski. Zarówno krzyż, jak i cały cmentarz oraz piękne zielone łąki pod przyszłe polskie groby poświęcił ks. bp Józef Gawlina. Początek cmentarzowi dały pierwsze groby polskich lotników w październiku 1940 roku. Spoczywa tu 353 lotników Polskich Sił Powietrznych, a także 3 prezydentów RP na uchodźstwie, ofiary katastrofy nad Gibraltarem (wraz zgen. Sikorskim, ekshumowanym i przeniesionym w 1993 r. na Wawel). Chowano tu też zmarłych w późniejszych latach. Łącznie niemal 450 Polaków, którym już nie było dane powrócić do Ojczyzny. Na krzyżu, na tym największym lotniczym polskim cmentarzu na świecie, znajduje się więc tablica znapisem: "…toczyłem dobry bój, zawodu dokonałem, wiarym dochował…", poniżej: "Za Wolność".

W Instytucie Polskim w Londynie jest film zuroczystości poświęcenia krzyża i całego cmentarza. Od prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego otrzymaliśmy w prezencie, na rzecz Telewizji Polskiej, fragment tego archiwalnego materiału. Czarno-biały obraz, ksiądz biskup zkropidłem wysoko wzniesionym, ku ramionom krzyża. Szczupła postać w mundurze… to gen. Sikorski… taka chwila glorii naszej Ojczyzny na uchodźstwie. Wielu Polaków tam to ci, którzy zdołali uciec zkraju, by walczyć w armii brytyjskiej. W tym samym czasie, gdy polscy lotnicy ginęli, walcząc w RAF, nadal trwały wywózki polskich rodzin na Sybir…

Władze sowieckie planowały deportować w głąb ZSRS około 2 mln ludności cywilnej. Do większych miast II RP, na terenach okupowanych przez Sowietów, ściągano wagony bydlęce, towarowe, od stycznia 1940 r., aż tych wagonów zabrakło w całej Rosji! W nocy z9 na 10 lutego 1940 r. tymi wagonami wywieziono 50 tys. polskich rodzin, na Wschód, na bezludzie. Na przełomie kwietnia i maja 1940 r., gdy trwały mordy na oficerach polskich w Lesie Katyńskim, Twerze i Charkowie, rozpoczęła się druga wielka wywózka, kolejne 50 tys. rodzin polskich… trzecia wielka wywózka – w czerwcu 1940 r., i tak kolejne… do lata 1941 roku.

Prezes SPK, pan Zychowicz, ocalał jako jedyne dziecko zrodziny zesłanej pod Karagandę. Na stepie pochował swoich dziadków, rodziców, rodzeństwo. Jego wspomnienia zaczynały się jak wiele innych: "To było nad ranem, wtargnęli enkawudziści, kolbami rozwalili drzwi…, kazali wstawać, mama ubierała nas – dzieci; płacz, strach, czy jeszcze do domu wrócimy, kiedyś?".

Nie ma nic gorszego niż głód…

Wśród mogił, na tej filmowanej przez nas uroczystości 50-lecia działalności SPK, przechodzą starsi ludzie, w granatowych, uroczystych mundurach członkowskich, zmedalami w klapach, zżołnierskimi orzełkami w koronach, na granatowych beretach. Podchodzę zmikrofonem do drobniutkiej kobiety, pełnej wigoru, jakiejś szczególnej energii życia. Płynie wspomnienie zesłanej, można rzec, aż "klasyczne". Maria Góral, mieszkająca od końca II wojny światowej w Londynie, została wywieziona zbliskimi. Co zapamiętała, jako kilkuletnia dziewczynka, ztej Golgoty? Oto zapis jej wypowiedzi, zmego filmu: "Moim najgorszym momentem w życiu był 10 lutego 1940 roku. W nocy, gdzieś godzina druga czy trzecia, w nocy, wywalenie drzwi, dziki łomot, weszło kilku sowieckich żołnierzy, to się zorientowaliśmy i krzyk: "Wstawać!".

(…) Te pierwsze tygodnie to nie było jeszcze tak źle, bo każdy coś tam chował, pakował, bo czegoś się rodziny spodziewały… Ale później zabrakło jedzenia, chleba, szybko zaczęli ludzie umierać zgłodu, zwycieńczenia, zresztą znerwów, zprzerażenia ludzie umierali, małe dzieci, matki… Pamiętam obraz, który najbardziej przeżyłam, to jest śmierć dziecka sąsiadki… które Rosjanie wyrzucili… Zmarło. Matka siedziała tak znim w ramionach, a rano łomot do wagonu, co rano tak, rano: "Otkroj! Otwieraj!". I Rosjanie to dziecko wyrwali jej i wyrzucili na śnieg…

(…) W tym wszystkim, w tym wagonie, i potem, jak nas wysadzili, w stepie, i do rąbania lasów pognali, to zaufanie mieliśmy jeden do drugiego, jeden drugiemu pomagał. Jak już człowiek padł, nie mógł, to jeden oddawał drugiemu sam, co miał, aby tylko ten drugi też przetrzymał, ale szybko już było tak, że nie było tygodnia bez pogrzebów. (…) Polacy chowali zmarłych na takiej górce, na co enkawudziści się nie chcieli zgodzić. To my zrobiliśmy taki zbiorowy pochód, na tę górkę, a na niej postawiliśmy oczywiście krzyż! Nie jeden dostał wtedy lagą, ale krzyż postawiliśmy!

(…) Nie ma nic gorszego w życiu jak głód. Ja mam takie wrażenie, ztego dzieciństwa na zsyłce, że może jakieś uderzenie, uszkodzenie cielesne, to może krócej trwa niż ta męka zgłodu. Ja do dzisiaj to przeżywam, pół wieku! Ja do dzisiaj kromki chleba nie wyrzucę!

(…) Był taki głód, że ja, jak widziałam, że zaczynali umierać, tam, na pryczach, w łagrze, to siadałam na górnej pryczy i patrzyłam na dolne… i jak któryś konał, jak tylko to dostrzegłam, to mu wyciągałam chleb! Bo jak nie ja mu wyciągnęłam ten chleb, to drugi to by zrobił, jakiś kolega…

(…) Pamiętam, to straszne, jak jechaliśmy zpółnocnej Rosji do Kazachstanu, już po amnestii, byle wyjechać zSowietów, najbardziej pamiętam tyfus. Roznosiciele tyfusu to to polskie wojsko, młodzi, wynędzniali, bez rodziców, nikt tam o nich nie dbał… straszny ścisk w wagonach, na narach, każdy chciał jechać, uciekać ztego piekła jak najdalej, jechaliśmy w wielkim tłoku, a najwięcej umierało w nocy, to jak rano ten pociąg przystawał, to nikt tam ich nie chował, nie było czasu, kto silniejszy, to brał zmarłych, wyrzucał koło stacji. Początkowo każdy wpadał w szok, płacz słychać było, a potem to przyzwyczailiśmy się, panowało tylko milczenie…

(…) SPK to ja uważałam, po tym, jak ocalałam zzesłania, jako moją rodzinę, jako łączność zOjczyzną, a to trzymało mnie przy życiu stale, myśl o Ojczyźnie".

Dzieci zesłane bez rodziców

Zamyśleni, idą od krzyża do krzyża, przystają przy swoich przyjaciołach, bliskich… na chwilkę… na moment wspomnienia… kładą kwiaty. Tacy są uroczyści, pełni godności, odświętni. Czy to możliwe, aby to oni cudem wyrwali się ze zsyłek? Dostrzegamy wśród nich panią w mundurze SPK, ale jakoś dziwnie młodszą od wszystkich biorących udział w tej uroczystości. Pani ta ma przykuwający naszą "filmową" uwagę dziwnie głęboki, jakby nieobecny wzrok, jakby patrzyła w głąb samej siebie i widziała tam coś przerażającego tak, że oczy jej zamarły. Operator przygląda się tej twarzy przez teleobiektyw, jest poruszony: "Ta kobieta jakby wciąż tam była, gdzieś, na stepach Syberii?!".

Proszę tę panią o wspomnienia do kamery, spodziewam się, że będzie "jak zwykle", tj. według tego samego scenariusza napisanego przez NKWD i Stalina – przyszli "bojcy", walili kolbami w drzwi, "sobirajties, piat´ minut!" i na wóz, i do wagonów bydlęcych… Czego tu nowego się spodziewać, ta sama droga, te same łzy!

A jednak kolejne strzępy wspomnień będziemy nagrywać wstrząśnięci do głębi, w zupełnym bezruchu. Przyjdzie nam wysłuchać niepojętego dla ludzkich serc wspomnienia… dziecka…, jednego, jedynego ocalałego zwywózki uprowadzonych zulic, w 1940 r., przez NKWD dzieci! Cały pociąg, wagony zdziećmi!

Oto zapis dosłowny nagrania filmowego pani Marii Bień: "Szłam do szkoły, rano, podeszli do mnie na ulicy enkawidziści… Czy to byli żołnierze? Ja wtedy nie wiedziałam, kto to był właściwie, była łapanka, ktoś krzyczał: "Łapanka!". Że to łapanka na młodych ludzi! Ja pomyślałam, że to mnie nie dotyczy, bo ja jestem jeszcze dziecko, ale oni mnie złapali, powiedzieli, że pójdziesz tam, gdzie twoja mama i brat, i ojciec tam są już w wagonie. Ja już nie miałam tatusia, myślałam, że to jakieś nieporozumienie. (…) Zostałam zaprowadzona do bydlęcego wagonu. Jechaliśmy jakieś cztery, pięć tygodni. Na Sybir. Nas w wagonie było, dzieci, około sześćdziesięciu. Ale jak żeśmy dojechali, na Sybir, to okazało się, że było nas 360 dzieci bez rodziców! (…) Jak żeśmy jechali? Rano dostaliśmy gorącą wodę i kawałeczek chleba, na obiad dostaliśmy gorącą wodę i kawałek chleba. I to samo powtarzało się wieczorem, aż żeśmy dotarli do Rosji, tam, na Sybir. (…) Od wagonów, trzeba było iść, teraz nie pamiętam, ale jakieś 30 kilometrów, pieszo, szliśmy nad rzeką, na posiołek, w którym nic nie było, trzeba było sobie budować baraki, zdrzewa, trzeba było ścinać te drzewa, dzieci ścinały! (…) Popędzili nas do lasu, powiedzieli, że jak nie będziemy pracować, to nie będziemy jedli. A dawali nam suszoną rybę i zupę, czasem ta zupa była… to cała kapusta była, zkorzeniem, ze wszystkim ta kapusta była ugotowana, nawet robaki chodziły po tej kapuście, i kawałeczek chleba do tego, czasem ten chleb był dobry, a czasem to jak się ten chleb zgniotło, to woda wychodziła zniego. Jak była wiosna, to dzieciaki zbierały owoce, na jesieni grzyby zbierały… i myśmy tak starały się przeżyć. (…)

W baraku, jak się go pobudowało, tam pośrodku była taka duża dziura, i tam się paliło ognisko. I my, dziewczynki, spałyśmy dookoła ogniska. W takim baraku było około 30 do 35 dzieci. Oni chłopców oddzielnie dali do baraków, dziewczynki oddzielnie. To w nocy dziewczynki się pokładały naokoło ogniska, taki kwiat co noc robiły, dookoła tego wyżłobionego koła wokół ogniska, tak spały, a co rano to co druga prawie nie żyła… Jak się rano wstało, popatrzyło się…! Myśmy musiały je same chować… kopać w śniegu, a śniegiem się te ciałka przykryło tylko… a później, oj! Tam były dzikie zwierzęta, tam były niedźwiedzie, wilki, tygrysy, takie koty leśne! Jakże one się nazywać mogły? I rozniosły to ciało. Na wiosnę już nie znalazło się jakiegoś ciała, ztych dzieci, żeby leżało. (…)

Aż nastał ten dzień, że generał Sikorski porozumiał się ze Stalinem i ten wydał amnestię dla wywiezieńców, kto chciał jechać do Polski zpowrotem. No ale myśmy, dzieci, nie rozumieli, co to jest amnestia. Starali się nam wytłumaczyć ci, co nas pilnowali, że to znaczy, że możemy wracać do swoich rodziców. To wtedy okazało się, że zwszystkich dzieci, ztych 360 dzieci, to zostało nas chyba zsześć! (…) Spotkałam jednego Polaka, nazywał się Witek Wilk, on mówi do mnie: "Marysiu, będziemy teraz szli przez bój we dwójkę. Ty będziesz mnie pilnowała, a ja ciebie". Dojechaliśmy do Taszkientu pociągami. Wskakiwaliśmy na pociągi, bo nie mieliśmy rubli, żeby zapłacić za bilety. I tak do Taszkientu, bo tam byli już Polacy. Przyszliśmy do punktu Czerwonego Krzyża. Mówię prawdę, dokładnie pamiętam, jak było. Pukamy do tej pani tam, w okienku, i pytamy, czy możemy dostać coś do ubrania, bo obydwoje byliśmy w łachmanach, no bo jak to po dwóch latach, w jednym ubraniu, byliśmy w strasznych łachmanach, a i brudny człowiek był, bo się nie mył, wszy mieliśmy, bo człowiek się trochę mył, jak znalazł trochę wody po drodze… Ta pani nam tak mówi: "Ja nie mogę wam teraz nic wydać, ani chleba, ani odzieży, bo ja teraz to idę na obiad!". To nie tylko ja, ale i ten Witek się popłakał. Mówi: "Wiesz co, to my nie będziemy czekać, wybijemy okno, wejdziemy tyłem, zabierzemy, co nam potrzeba, chleba, ubrania, pojedziemy do polskiego wojska, co się tu organizuje". (…)

Pojechaliśmy do Guzarów. Poszłam się zapisać do wojska. Ta pani, która siedziała w punkcie polskim, pyta: "Dziecko, ile ty masz latek?". A ja usiłuję kłamać, że chyba 26… Ta pani mówi: "Nie, dziecko, masz 12, na tyle mi wyglądasz, musisz iść do szkoły!". Zapisała mnie do polskiej szkoły i ztą szkołą przeszłam przez Pahlevi, Teheran, wszystkie te na Wschodzie państwa, do Nazaretu, w Palestynie. (…) Do Anglii przyjechałam w 1945 roku, jeszcze musiałam pójść do wojska na rok, wyszłam tam za mąż w Szkocji, a później, jak się wojsko rozwiązało, założyliśmy SPK, żeby się ludzie gdzieś skupili, choćby po to, żebyśmy mogli kupować domy, bo Anglicy to nie chcieli nam domów sprzedawać, Polaków mieli za nic, i pracy nam nie chcieli dawać, więc wszyscy zbierali się w kościele, na plebanii, i tam się organizowaliśmy. Najpierw zbieraliśmy po 6 pensów wpisowego, a to było 2 bochenki chleba wtedy, za te 6 pensów, no i trochę pieniędzy nazbieraliśmy. Organizowało się wiele, żeby kupić dom polski czy katolicki, żeby coś mieć dla Polaków, pomagać.

(…) Teraz co my tu robimy? Bierzemy tylko 2 funty 50 pensów rocznie, ale ci, co tu umierają, to zostawiają swoje domy dla SPK, na dobre czyny. Żeby pomagać tym, co są chorzy, niezdolni do pracy, odwiedzamy ich, dajemy pomoc czy umieszczamy w domach starców. I mamy też pieniądze, aby pomagać Polsce. Biednym w Polsce, szczególnie dzieciom czy starcom, a najwięcej to kalekom, ofiarom wojny, bo dużo Polaków pojechało zAnglii do Polski, po wojnie, nic nie mieli, tam nic się nie dorobili, to trzeba im pomagać teraz. Ja ich wszystkich kocham, zcałego serca kocham Polaków. (…) Jeżeli pojadę czasem do Polski, to nikt tam nie może sobie wyobrazić, że ja to mogłam przejść to wszystko, i jeszcze… żyć. Warto żyć. Bo warto żyć dla Polski".

Zdjęcie archiwalne pochodzi z filmu nakręconego podczas uroczystości na cmentarzu w Newark-on-Trent 15 lipca 1941 r., którego fragment przekazał Telewizji Polskiej prezydent Ryszard Kaczorowski. Pozostałe zdjęcia pochodzą z filmu dokumentalnego autorstwa Anny Pietraszek "Czy warto żyć dla Polski?" (1996).

Anna T. Pieraszek

Źródło: NASZ DZIENNIK, 10 lutego 2011, Nr 33 (3963)

Przeczytaj również:

Posłuchaj felietonu “Wywózki Polaków na Sybir” prof. Piotra Jaroszyńskiego:

kresy_syberia_pamietamy_foto_inter  kresy_syberia-foto-inter

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek