Dr hab. Włodzimierz Bernacki: Śmierć uniwersytetu


Uniwersytet Warszawski, foto - ndzNajnowszy produkt legislacyjny parlamentu dotyczący szkolnictwa wyższego otwiera drogę do stopnia doktora osobom nieposiadającym tytułu magistra. Rozprawę doktorską może stanowić kilka artykułów lub rozdział w pracy zbiorowej. Nadanie zaś stopnia doktora habilitowanego nie będzie wymagało publikacji rozprawy habilitacyjnej czy odbycia kolokwium habilitacyjnego

Śmierć uniwersytetu

Przyjęta przez Sejm RP 4 lutego br. ustawa o zmianie ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki oraz o zmianie niektórych innych ustaw jest prawdopodobnie aktem prawnym zwieńczającym "przemianę" całego polskiego systemu kształcenia, od etapu przedszkolnego aż do profesury. Niestety, najnowsze pomysły reformy edukacji zmierzają do przemiany uniwersytetu w uczelnię kształcącą rzemieślników, fachowców, a nie intelektualistów. Mistrzów zawodu, a nie magistrów ducha. Ale być może o to chodzi twórcom ustawy w takim kształcie, w jakim została uchwalona. Europa wszak potrzebuje polskich hydraulików…

Dotychczasowe etapy reformy edukacji, jak chociażby sprawa inicjacji szkolnej pięciolatków i sześciolatków czy programów nauczania w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum, spotykały się z ożywioną dyskusją Polaków. Kiedy rząd dotarł do reformy studiów licencjackich, magisterskich oraz doktorskich – nie wiadomo czemu – opinia publiczna zamilkła. Czy milczenie może świadczyć o tym, że polskie społeczeństwo jest w niewielkim stopniu zainteresowane swoją przyszłością? Zjawisko to jest niebezpieczne przede wszystkim dlatego, że najnowsze dzieło naszego parlamentu funduje nam system gwarantujący kształcenie w głównej mierze li tylko sprawnych rzemieślników, podczas gdy na trzech "najwyższych" poziomach powinno się kształcić elitę intelektualną, która będzie z kolei uczyć i wychowywać przyszłe pokolenia Polaków.

Stopnie i tytuły naukowe

Nowa ustawa otwiera drogę do stopnia doktora osobom nieposiadającym tytułu magistra; umożliwia nadanie stopnia doktora habilitowanego z pominięciem konieczności opublikowania rozprawy habilitacyjnej, bez potrzeby odbycia kolokwium habilitacyjnego oraz bez konieczności wygłoszenia wykładu habilitacyjnego; daje prawo prezydentowi RP do nadania tytułu profesora osobie nieposiadającej stopnia doktora habilitowanego (art. 26 ust. 3).
Czy zatem można uznać tę ustawę za akt prawa liberalizujący dotychczasowe procedury? I tak, i nie. Z jednej strony bowiem nowa ustawa stawia szczególnie rygorystyczny wymóg osobom zamierzającym otworzyć przewód doktorski, które muszą się wykazać przyjętą do druku książką lub artykułem wydrukowanym w czasopiśmie naukowym o zasięgu co najmniej krajowym (art. 11 ust. 2). Tego rodzaju wymogu do tej pory nie było. Z drugiej strony w świetle zapisów wspomnianej ustawy na pracę doktorską może się składać kilka artykułów lub rozdział w pracy zbiorowej, co do tej pory byłoby nie do pomyślenia. Co więcej, w szczególnych przypadkach "stopień doktora można nadać osobie, która posiada tytuł zawodowy licencjata, inżyniera lub równorzędny" (art. 13a ust. 1).

Podobnie rzecz się ma z habilitacjami. Komisja habilitacyjna, która powoływana jest przez Centralną Komisję, składa się z trzech recenzentów, sekretarza oraz przewodniczącego. Procedura habilitacyjna sprowadzona zostaje tylko i wyłącznie do oceny dorobku przez ekspertów bez konieczności przeprowadzenia rozmowy z habilitantem. Nie jest zatem istotne, czy ów potrafi prowadzić wykład akademicki, odpowiadać na pytania zadawane przez innych badaczy. Funkcjonowanie komisji habilitacyjnej w takim kształcie może prowadzić do negatywnych ocen wobec badaczy posiadających opinię politycznie niepoprawnych, ponieważ głos komisji jest decydujący, to ona składa wniosek do konkretnej rady wydziału o nadanie stopnia doktora habilitowanego. Kuriozalny jest zapis art. 15 ust. 12; art. 18a ust. 12, w którym ustawodawca stwierdza, że jeśli dojdzie do sytuacji, w której rada wydziału nadałaby wbrew komisji stopień doktora habilitowanego, Centralna Komisja mogłaby taką radę pozbawić prawa nadawania tychże stopni. Która zatem rada wydziału zajmie stanowisko odmienne wobec stanowiska komisji habilitacyjnej?

Jeśli chodzi o tytuł profesora, ustawa stawia bardzo wysokie wymagania. Określa jako warunek wstępny wypromowanie trzech doktorów (dziś nieformalnie jednego), uczestniczenie w roli recenzenta w trzech postępowaniach doktorskich. Niezbędne jest przewodzenie zespołowi badawczemu realizującemu projekt badawczy finansowany ze środków europejskich, odbycie stażu naukowego poza granicami kraju. Tak jak przy habilitacji dla nadania tytułu profesora powołuje się komisję składającą się z pięciu osób o międzynarodowym dorobku naukowym (z listy dziesięciu zaproponowanej przez macierzystą jednostkę pracownika, art. 27 ust. 3-5).

Ciekawym rozwiązaniem jest dopuszczenie do grona recenzentów osób ze stopniem doktora zatrudnionych na stanowisku profesora przez co najmniej pięć lat w szkole zagranicznej. W mojej opinii, ustawa przyjęta przez parlament jest aktem prawnym, który wbrew powszechnym opiniom bynajmniej nie ułatwia zdobywania kolejnych stopni i tytułów naukowych, a w każdym razie nie ułatwia osobom spoza "klucza". Naukowcy "niepoprawni" pod rządami nowej ustawy zatrzymają się na poziomie magisterium, natomiast ci z przeciwnego bieguna mogą bez magisterium uzyskać stopień doktora oraz bez habilitacji tytuł profesora.

Ile etatów?

Istotną kwestią, jaką podejmuje ustawa, jest sprawa wieloetatowości. Wedle ustawodawcy, pracownik naukowy zobowiązany jest złożyć oświadczenie o podstawowym miejscu pracy (art. 112a ust. 1) i to rektor wskazanej przez pracownika uczelni może wyrazić zgodę na podjęcie przez niego zatrudnienia w innej uczelni. Ustawa w tym względzie jest bardzo restrykcyjna.

Rektor będzie miał prawo rozwiązać za wypowiedzeniem stosunek pracy w sytuacji, gdy pracownik podejmie pracę w innym miejscu zatrudnienia. Według zwolenników ustawy, takie rozwiązanie ma prowadzić do ograniczenia wieloetatowości. Ale czy nie warto zadać pytania, z czego wynikała owa wieloetatowość? Wykładowcy szkół wyższych pracują w kilku miejscach nie dlatego, że chcą opływać w luksusy; pracują przede wszystkim dlatego, że pensja profesora jest równa średniej krajowej. Osobiście nie słyszałem ze strony ministerstwa deklaracji podniesienia uposażenia w szkołach publicznych. Można przyjąć, że ograniczenie wieloetatowości uderzy przede wszystkim w państwowe wyższe szkoły zawodowe (PWSZ) – one nie będą w stanie zaoferować profesorom stawek takich, jakie proponują szkoły prywatne – są skrępowane stawkami ustalanymi przez ministerstwo. Pensja dla doktora habilitowanego w szkole prywatnej to minimum 8 tys. zł, w publicznej mniej niż połowa. Ministerstwo, przygotowując taką ustawę, tak naprawdę uderzyło w PWSZ-y – likwidując ich bazę nauczycielską.

Jednocześnie urzędnicy ministerialni pracujący nad ustawą zadbali o swoje interesy. Wskazuje na to przyjęte rozstrzygnięcie, wedle którego drugim miejscem zatrudnienia dla pracownika naukowego mogą być urzędy, organy wymiaru sprawiedliwości, instytucje kultury (art. 129 ust. 1-5). W przypadku zatrudnienia w tych miejscach zgoda rektora jest zbyteczna. Uczony może także prowadzić działalność gospodarczą (być właścicielem uczelni wyższej). W takiej sytuacji wystarczy, że poinformuje o tym rektora. Krótko mówiąc, prawnicy i urzędnicy ministerialni, "właściciele" skroili ustawę stosownie do swych potrzeb.

Zupełnie niezrozumiałym z punktu widzenia mizerii finansowej kadry naukowej jest z kolei art. 129 ust. 5, wedle którego nauczyciel akademicki, pełniący funkcję dziekana, dyrektora instytutu, musi mieć zgodę organu kolegialnego (senatu); w tym wypadku nie wystarczy "standardowa zgoda" rektora (art. 129). Który z pracowników posiadających instynkt samozachowawczy zdecyduje się na pełnienie funkcji angażującej czas i, co więcej, funkcji pozbawiającej dochodu? Czy uczelnię publiczną będzie stać na ufundowanie dodatku w wysokości dodatkowej pensji? Śmiem wątpić. Pewnym novum jest art. 125, dający możliwość zwolnienia pracownika z innych powodów ("innych" ważnych przyczyn) po zasięgnięciu opinii organu kolegialnego. Ustawa nie precyzuje, z jakich to powodów. Czy takim może być współpraca z komunistycznymi służbami bezpieczeństwa? Z całą pewnością nie. Stanowi natomiast rodzaj instrumentu wskazującego uczonemu jego miejsce w szeregu.

Dydaktyka

Collegium Novum of the Jagiellonian University - KrakowTrzecią kwestią, na którą pragnę zwrócić uwagę, jest sfera dydaktyki. Obecna ustawa znosi dotychczasowy rygoryzm tzw. minimów kadrowych, za sprawą których szkoły niepubliczne miały poważne problemy z otwieraniem nowych kierunków. Nowa ustawa wprowadza zasadę, wedle której jednego profesora może zastąpić dwóch doktorów, jednego doktora – dwóch magistrów (chciałoby się dodać: jednego magistra dwóch licencjuszy i tak dalej, aż do poziomu wykształcenia podstawowego. Inaczej, jeden profesor równa się dwóch doktorów, czterech magistrów, ośmiu licencjuszy, szesnastu absolwentów liceum, trzydziestu dwóch absolwentów gimnazjum). Ale już całkiem poważnie, szkoły publicznej (np. PWSZ) nie będzie stać na zatrudnienie w miejsce doktora dwóch magistrów ze względów finansowych – szkoła niepubliczna takich ograniczeń nie posiada. W tej nowej sytuacji tworzonej przez wspomnianą ustawę nie może dziwić fakt, że rektorem może być tylko (aż?) doktor.

Nowe prawo o szkolnictwie wyższym znosi również standardy nauczania związane z precyzyjnie określoną listą kierunków studiów. W miejsce dotychczasowych "ustawowych" kierunków uczelnie będą mogły powoływać do istnienia zupełnie nowe, jak choćby "mniemanologię stosowaną" – ważne, aby na ów kierunek istniało zapotrzebowanie rynkowe oraz żeby zyskał aprobatę ze strony Komisji Akredytacyjnej. Jako że w nowym systemie brak listy kierunków oraz związanych z nimi standardów nauczania (listy przedmiotów obowiązkowych) nowe, ale stare kierunki będą opisywane przez trzy parametry: wiedzę, umiejętności oraz postawę.

Wykładowca uniwersytecki będzie rozliczany nie z tego, czy wykład przezeń wygłaszany objął swym zakresem wszystkie treści właściwe dla danej dziedziny wiedzy, lecz z przyswajalności i przydatności treści wykładu dla przyszłej kariery zawodowej. Przedmioty ogólne, takie jak filozofia, historia, socjologia ogólna, tak charakterystyczne dla wykształcenia uniwersyteckiego, ulegną zupełnemu zmarginalizowaniu.

Dr hab. Włodzimierz Bernacki

Autor jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 2008 r. pełni funkcję dyrektora Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych tej uczelni, jest też profesorem Państwowej Wyższej Szkoły Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu.

Za: Nasz Dziennik, 17 lutego 2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek