Prof. Piotr Jaroszyński: Z „Zapisków” Prymasa


kard-wyszynski-foto-interNie można żałować czasu, aby stawać się mądrzejszym. Jest to praca, którą musimy wykonywać przez całe życie. Nie tylko dlatego, że ulegamy różnym słabościom, które przyćmiewają nam rozum, ale i dlatego, że licho nie śpi, próbując wcale nierzadko wyprowadzić nas w pole. To licho przybiera różne oblicza, u nas najchętniej zadamawia się jej wschodnia wersja. Posługuje się wyrafinowanym sprytem, zastawia pułapki, wciąga w zasadzki, udaje szczerość i niewinność, dla których maską bywają nawet łzy. Raz się lituje z sercem na dłoni, a innym razem straszy jak monstrum; bywa, że jest czystą logiką myśli. Przynęty i wabiki stosuje różne, straszaki też.

Doskonałą lekcję, jak to wszystko działa, możemy prześledzić, czytając „Zapiski więzienne” Prymasa Polski, Stefana kardynała Wyszyńskiego. Prymas więziony był przez władze komunistyczne ponad trzy lata (od 25 września 1953 r. do 26 października 1956). „Zapiski” to arcydzieło, które pozwala nam przejrzeć na wylot psychologię działania zła. Nie tylko psychologię, bo także inteligencję. Człowiek o słabym charakterze i ciężkim, mówiąc po staropolsku, dowcipie, wobec takiego zła jest praktycznie bez szans. Musi ulec.

Ale nie Prymas. Był cały czas czujny. Po wtargnięciu nocą do jego siedziby jeden z przedstawicieli władz po przeczytaniu pisma, że na mocy decyzji rządu Prymas ma być natychmiast usunięty z miasta, zażądał podpisu, że Prymas to przyjął do wiadomości, otrzymał odpowiedź, że przyjąć do wiadomości tego nie można, bo decyzja taka nie ma żadnych podstaw prawnych (s. 13). W podobny sposób każda rozmowa była właśnie takim wyznaczaniem granicy, której Prymas nie pozwalał nikomu przekroczyć, i jako człowiek, i jako ten, kto stoi na czele polskiego Kościoła.

Zło lubi, gdy człowiek się upokorzy, a cóż dopiero Prymas. Gdy więc Prymas chciał wysłać list do rządu, w którym wyraziłby swoje oburzenie zaistniałą sytuacją, otrzymał od komendanta zgodę, ale pod warunkiem, że list będzie zaadresowany do ministra Bidy. Co za spryciarz z komendanta, a właściwie z jego mocodawców. Bo jak wyjaśnia Prymas, minister Bida był „jednym z głównych organizatorów nienawiści przeciwko mnie. Jego urząd zajmował się ciągle złym usposabianiem do mej osoby ludzi, którzy urząd odwiedzali” (s. 46). W takiej sytuacji pisanie listu, a więc i prośba kierowana do kogoś takiego, nie mogła wchodzić w rachubę.

Prymas nie pozwalał również na to, by nim się zabawiano. Z jednej bowiem strony słyszał zapewnienia, że może zdobyć swoje książki, na których mu zależy, byle tylko sporządził odpowiednią listę, z drugiej zaś lista listą, a książki nie nadchodziły. Władze tłumaczyły się, że trudno je znaleźć. Na to Prymas, gdy miarka już się przebrała, zdecydowanie stwierdził: „Wolałbym, aby nasz stosunek nie układał się jak stosunek kota do myszy. Nie mam zamiaru być przedmiotem złośliwości i dlatego nie zgłaszam nowych próśb – bo po co pobudzać was do złośliwości?” (s. 79).

Nie mógł się też Prymas nadziwić, jak będzie wyglądał ten „nowy człowiek”, który ma powstać dzięki socjalizmowi. Jego zaczątki nie zapowiadały się najlepiej. Pisał, obserwując, pilnujących go strażników: „Patrząc na nich, można było przesądzać o przyszłości ustroju; jeżeli wśród tej »reprezentacyjnej ekipy« do zadań specjalnych znalazło się tylu leniów i nierobów, to jak muszą wyglądać inni ludzie? […] Czy można tu pomyśleć nawet o jakiejś miłości dzieła, któremu się służy z rozkazu, powłócząc nogami? Wszyscy nasi dozorcy, chociaż są oficerami, chodzą po korytarzu, włócząc nogami. W języku, którym się posługują, zwłaszcza młodzi, najczęstszym słowem jest »cholera« (s. 67). Dziś może nie jest to aż takim szokiem, i wygląd, i słownictwo, bo tego »nowego człowieka« jednak nam zaszczepiono, ale dla kogoś, kto znał sylwetkę i kulturę oficera przedwojennego, wygląd jego następcy z czasów PRL-u musiał być wręcz szokiem”.

Gdy władze dostrzegły, że wcześniej czy później muszą Prymasa uwolnić, zastawiły ciekawą pułapkę: Rada Ministrów zaproponowała, że wspólnie z Prymasem znajdą jakiś klasztor, gdzie warunki będą znośniejsze („zamieszkanie w jakimś klasztorze, według wspólnego wyboru”, s. 174). Niby to razem w trosce o Prymasa. Ale Prymas od razu ich przejrzał i skomentował: jest to zastąpienie „niewoli bezwolnej” „niewolą dobrowolną”, bo przecież w tym wypadku on sam, niby dla złagodzenia warunków, ale wyraziłby zgodę na swoją niewolę.

Takie licho nadal nad nami krąży; ten spryt, to krętactwo, przykleja się do nowych pokoleń władzy. Dlatego czytajmy Prymasa i uczmy się inteligencji i honoru w wymiarze osobistym i narodowym. Był to bowiem Prymas również na tysiąclecie, które teraz nadeszło, kto wie, czy nie trudniejsze od poprzedniego.

Piotr Jaroszyński
Artykuł  ukazał sie w tygodniku ‚Nasza Polska’ nr 8 (798) z 22 lutego 2011 r.

Źródło: Portal tygodnika NASZA POLSKA, nr 8 (2011) z 22 lutego 2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek