Czy medialny bandytyzm jest bezkarny?


Jan-Kobylanski-prezes-USOPAL-foto-interŚwiętą rację ma ks. prof. Czesław Bartnik stwierdzając, że „rozpadamy się na Polskę i nie-Polskę lub wręcz Polskę i anty-Polskę”. Uciekając się do kłamstwa, fałszu i oszczerstwa  anty-Polska szkaluje dzisiaj pamięć ofiar katastrofy smoleńskiej, obrażając również Kościół i wszystkie inne narodowe imponderabilia. Wszystko co polskie staje się obiektem wyuzdanego szkalowania i bezczelnej napaści ze strony tych, którzy nie czując się Polakami  korzystają z wytworzonego w III RP klimatu przyzwolenia na jawne szerzenie antypolonizmu. Nie należy się zatem dziwić, że antypolonizm szerzy się na świecie, a to zgodnie z zasadą, że kto nie szanuje sam siebie, ten nie zasługuje na szacunek innych. Sami sobie szyjemy buty! Czy rzeczywiście sami? A może czynią to podający się za Polaków agenci obcych i wrogich nam wpływów oraz wynarodowione i ogłupione elementy pełniące rolę tzw. pożytecznych idiotów?

Na możliwość taką wskazywałby toczący się od ponad dwóch lat przed sądem polskim proces o zniesławienie. Wytoczył go szajce profesjonalnych kłamców, fałszerzy i oszczerców lider Polonii Ameryki Łacińskiej i promotor idei zjednoczenia całej Polonii światowej, Jan Kobylański, narażając się tym samym anty-Polsce i jej zagranicznym mocodawcom. To nie przypadek, że pierwszy hucpiarski atak ze strony Adama Michnika za pośrednictwem osławionej „Gazety Wyborczej” nastąpił niemal nazajutrz po zwołaniu w 2004 roku w Punta del Este I Kongresu Polonii Obu Ameryk z udziałem reprezentacji 73 procent ogółu polskiej diaspory na świecie, w tym Kongresu Polonii Amerykańskiej. Inicjatorem i gospodarzem spotkania był Jan Kobylański: twórca i prezes Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Łacińskiej (USOPAŁ). Było to spuszczenie ze smyczy całej sfory hien dziennikarskich, które pod wodzą tegoż Michnika oraz pożal się Boże dyplomatów Ryszarda Schepfa, Jarosława Gugały i Daniela Passenta wzięły ochoczo udział w klasycznym polowaniu na jednego z największych duchem Polaków na obczyźnie.

Sprawa trafiła do sądu i na ławie oskarżonych zasiadło osiemnastu czołowych fałszerzy i oszczerców.

Otóż trzeba wiedzieć, że wypisujący kłamliwe brednie najemnicy dziennikarscy działali zgodnie z taktyką samego Adolfa Hitlera, który koncentrował swoje ataki propagandowe na jednym wybranym celu, by nie rozpraszać siły ich rażenia. Ponieważ trudno było opluwać wszystkie en bloc organizacje polonijne Ameryki Łacińskiej, Michnik wzorem Hitlera zalecił był naganiaczom strzelać do jednego celu, jakim stał się prezes Kobylański. I posypały się jeden po drugim oskarżenia: kapo, szpieg sowiecki, morderca, malwersant, szmalcownik, bestia, antysemita i tym podobne inwektywy, których bezmyślne nagromadzenie miało w oczach czytelników gadzinowej prasy polskojęzycznej pozbawić lidera Polonii Latynoamerykańskiej krzty autorytetu i ludzkiej godności.

USOPALTrzeba wiedzieć również i o tym, że wszystko to działo się pod patronatem najwyższych władz III RP, a to dwóch ministrów spraw zagranicznych Władysława Bartoszewskiego i Radosława Sikorskiego, ministra sprawiedliwości Andrzeja Kalwasa, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej Leona Kieresa oraz, last but not least, marszałka Senatu Bogdana Borusewicza. Tego, który skompromitował Polskę w Argentynie, odmawiając spotkania się – rzecz w całych dziejach dyplomacji bez precedensu – z  urzędującym ambasadorem RP Zdzisławem Rynem. Nie jedyny to tego typu precedens! Jest nim nade wszystko wojna wydana przez MSZ patriotycznym i nie ulegającym dywersyjnej działalności agentury na etatach dyplomatów środowiskom polonijnym nie tylko w Ameryce Łacińskiej, USA i Kanadzie, ale i na innych kontynentach. Taka jest ta dyplomacja III RP widziana od strony nie zdeprawowanych politycznie kręgów emigracji.

Precedensem jest też wprowadzenie przez ministra Sikorskiego, tzw. czarnej listy, na której figurują podejrzani o patriotyzm Polonusi i z którymi nie wolno kontaktować się polskim placówkom dyplomatycznym. Listę tę otwiera, rzecz jasna, prezes Kobylański.

Bez precedensu przynajmniej w państwach cywilizowanych jest wreszcie bandytyzm medialny, jakiego dopuściło się wobec prezesa Kobylańskiego polskie z nazwy ZOMO

dziennikarskie.

     „Wydaje się – powiedział w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” pełnomocnik prezesa Kobylańskiegood  mec. Andrzej Lew-Mirski -  że oskarżeni czynili całe zło z pełnym przekonaniem o swojej bezkarności (…) Tymczasem materiał dowodowy zaprezentowany przez oskarżonych i ich obrońców nie potwierdził do tej pory, moim daniem, publicznie głoszonych przez nich osądów. A ja, co zabrzmi być może nieskromnie, byłem od początku przekonany, że potwierdzić nie może, sprowadza się bowiem do takiej metody dowodzenia, gdzie we wszystkie te domniemane przewiny oskarżyciela posiłkowego mielibyśmy uwierzyć na słowo, a brak rzeczywistych dowodów zastąpić opowieściami, iż >jedna pani słyszała, że gdzieś w Urugwaju albo może gdzieindziej mieszka pewien pan, o którym mówili, że był antysemitą albo w obozie koncentracyjnym zachowywał się nieprzyzwoicie<  (… ) Ale zdaję sobie sprawę z faktu, że w środowisku, gdzie brak zasad jest najcenniejszą i najpowszechniej stosowana zasadą, z pewnością wymagam zbyt wiele”.

Zbyt wiele nie należy też wymagać od oskarżonego Tomasza Wróblewskiego, nota bene redaktora naczelnego polskojęzycznej edycji tygodnika „Newsweek”. Bez najmniejszej  żenady powiedział on w sądzie o prezesie Kobylańskim: „Jak odnosiliśmy wrażenie, że wyrządzał daleko idące szkody państwu polskiemu”. „Odnoszone wrażenie” miało uzasadnić publikację ohydnego paszkwilu, co tenże Wróblewski skomentował: „Tekst napisany przez Gugałę spełniał oczekiwania czytelników”.  A więc były określone oczekiwania określonych czytelników na określone teksty! W tym wypadku chodziło o bezpodstawne oskarżenie prezesa Kobylańskiego o szmalcownictwo oraz szpiegostwo na rzecz Sowieckiego Sojuza. Co to jednak, nie mając żadnych dowodów, szkodzi spełnić oczekiwania czytelników?

Oczekiwanie takie spełniał też Daniel Passent kłamiąc, że prezes Kobylański nabył za pieniądze tytuł konsula honorowego w Urugwaju, nie dodając wszakże, kto w polskim MSZ-ecie  tytułem tym handlował i ile zań pobierał. Zeznając przed sądem, redaktor naczelny tygodnika „Polityka”, Jerzy Baczyński, stwierdził: „Publikacja tego tekstu była uzasadniona i potrzebna”. Potrzebna, powiedzmy jasno, anty-Polsce!

Wręcz groteskowo zachowywała się w sądzie obrona oskarżonych, zadając świadkom takie oto pytania, które miały przyczernić obraz prezesa Kobylańskiego:

– Ile osób przychodzi do kaplicy w każdą niedzielę i święta?

– Ilu jest Żydów w Urugwaju i ilu z nich zna język polski?

-  Jakie opinie o Janie Kobylańskim  krążą po Montevideo?

– Czy byli Polacy z paszportem polskim zasiadający w parlamencie urugwajskim?

-  Czy można powiedzieć, że ksiądz Węgrzyn był na utrzymaniu Jaka Kobylańskiego?

-  Czy Jan Kobylański przybył do Ameryki Łacińskiej w towarzystwie oficerów SS?

Ciekawe, czy Wysoki Sąd poważnie potraktował tego typu dociekliwość obrońców, którzy  snadź w odpowiedzi na powyższe pytania chcieli znaleźć uzasadnienie dla użycia inwektyw, kalumnii i obelg, jakimi medialni ZOMO-wcy obrzucili prezesa Kobylańskiego. Tymczasem świadek powiedziała, że o SS-manach i innych tym podobnych rzeczach słyszała od ludzi, którzy już nie żyją i nazwisk ich nie pamięta. Oto dowód na dziennikarską rzetelność kłamców i oszczerców.

Niemal w każdym donosie na prezesa Kobylańskiego przewijało się oskarżenie o antysemityzm, jakby oszczercy reprezentowali prasę izraelską lub wydawaną w USA i Kanadzie  prasę żydowską. Otóż sprawa ma się tak: prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej, Edward Moskal, odważył się był na protest przeciw próbom ograbienia Polski z 64 miliardów dolarów przez żydostwo nowojorskie, a więc w odróżnieniu od władz III RP stanął w obronie polskiego interesu narodowego, za co został skrytykowany przez ówczesnego premiera PRL Jerzego Buska i jego antynarodowe otoczenie. Tak oto Moskal stał się z dnia na dzień antysemitą. Z tego samego powodu antysemitą stał się również Kobylański, który poparł Moskala, postulując nadto spolonizowanie obsady polskich placówek dyplomatycznych w Ameryce Łacińskiej. Czy można jeszcze bardziej narazić się anty-Polsce? Wychodzi na to, że antysemitą jest każdy, kto upomina się o polski interes narodowy.

Daleko zaszliśmy na drodze do niepodległości!

Sąd zapowiedział ogłoszenie wyroku w sprawie  prezesa Kobylańskiego w marcu br. Zapowiedź ta wywołała falę spekulacji  na temat oczekiwanego werdyktu. Tymczasem dalej toczyć się będzie sprawa, jaką wytoczył prezes Kobylański ministrowi Sikorskiemu o zniesławienie. W roli świadków występują oskarżeni w sprawie pierwszej. Rozumowanie jest proste: jeśli dojdzie do ich uniewinnienia, to przesądzony wydaje się być wynik sprawy drugiej, bowiem kłamcy i oszczercy zyskają walor świadków prawdomównych, chociaż nikt i nic nie zdejmie z nich piętna medialnych bandytów.

Czy bandytyzm medialny jest w Polsce bezkarny?
   Już niebawem odpowiedzi na pytanie udzieli Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa.

Lech Z. Niekrasz

Zrodlo: Wirtualna Polonia, 1 marca 2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek