Nie rozumiem, dlaczego odsądza się w naszej Ojczyźnie od czci i wiary ludzi, którzy są patriotami?–wywiad z prof. por. Zbigniewem Dybczakiem, z Montgomery w stanie Alabama w USA


Air War CollegeHONOR 2011 Solidarni z generałem Andrzejem Błasikiem, Dowódcą Sił Powietrznych RP

W łańcuchu zdarzeń, które doprowadziły do katastrofy smoleńskiej, są różne ogniwa. Niewątpliwie jednym z najpoważniejszych jest komunikat kontrolera z Siewiernego: na kursie i na ścieżce

Czarne skrzynki nie są bezpieczne

Z prof. por. Zbigniewem Dybczakiem, na stałe mieszkającym w Montgomery w stanie Alabama w Stanach Zjednoczonych, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Jest Pan weteranem II wojny światowej, brał Pan udział w walkach powietrznych nad terytorium Wielkiej Brytanii, obsługując radar. Wcześniej doświadczył Pan jednak swoistej "przyjaźni polsko-rosyjskiej".

– To prawda. Chociaż urodziłem się w Zaleszczykach, to wychowywałem się w Poznaniu. Byłem w czwartej klasie gimnazjalnej, gdy wybuchła II wojna światowa. Znalazłem się z grupą uciekinierów na wschód od Wisły. Pod Tarnopolem złapali nas Sowieci i w 1940 r. wywieźli w głąb Rosji. Byłem w niej przez dwa lata, pracując przy wyrębie drzew. Moja żona również doświadczyła, kim naprawdę są Rosjanie, jest bowiem bohaterką książki "Skradzione dzieciństwo. Polskie dzieci na tułaczym szlaku 1939-1950" ojca Łucjana Z. Królikowskiego OFMConv. Gdy Stalin ogłosił amnestię, wraz z innymi udaliśmy się do tworzących się pod wodzą gen. Władysława Andersa Polskich Sił Zbrojnych. Z nim też udało mi się wyjechać z Rosji i poprzez różne kraje trafić do Anglii, gdzie wiosną 1942 r. wstąpiłem do lotnictwa. Służyłem w nim aż do końca wojny, będąc m.in. w słynnym lotnisku w Northolt, na którym dyżurowały w różnych okresach czasu wojny dywizjony 302, 303 i 308. Mieliśmy dość pokaźne, właściwie największe lotnictwo z czasów wojny, bo w sumie 14 dywizjonów.

W jaki sposób trafił Pan do USA?

– Po wojnie pracowałem w przemyśle lotniczym, ale nie widziałem w nim przyszłości, bo Anglicy szybko zapomnieli o lotnikach. Wyjechałem więc do Toronto w Kanadzie, gdzie byłem docentem na jednej z uczelni. Oprócz tego brałem udział w różnych polonijnych imprezach i życiu społecznym, byłem m.in. dyrygentem chóru. Tam poznałem swoją żonę, z którą jesteśmy już razem 54 lata. W 1960 r. wyjechałem do Alabamy, ponieważ dostałem kilka ciekawych ofert pracy z USA. Byłem na początku w Atomic Energy Commission. Później przeniosłem się na słynny "czarny" uniwersytet w Tuskegee, gdzie byłem dziekanem i prorektorem. Nie zerwałem jednak więzi z lotnictwem, należałem do Skrzydła Warszawskiego Stowarzyszenia Lotników w Nowym Jorku. Zapraszano mnie na każde zjazdy lotnicze, które co parę lat odbywały się w Warszawie. Zawsze bardzo serdecznie przyjmował nas na nich gen. Andrzej Błasik, tak jak jego poprzednicy.

Nie myślał Pan o powrocie do Polski?

– Często. Serce bardzo by chciało, lecz starość doskwiera, poza tym tu mamy dom, tu przyszły na świat dzieci. Często jednak z rodziną bywaliśmy w Polsce, ostatni raz w 2008 roku. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku przyjadę do Ojczyzny. Za starzy z żoną jesteśmy już na przenosiny, ale może nasze prochy spoczną w rodzinnej ziemi.

Kiedy poznał Pan gen. Andrzeja Błasika?

– Od czasu, gdy Polska wstąpiła do NATO, a nawet już kilka lat przed tym, zaczęto zapraszać oficerów z Polski na trzypoziomowe kursy do Stanów Zjednoczonych, które kończyły się dyplomem. W Montgomery, gdzie mieszkam, istnieje baza lotnicza założona jeszcze w 1910 r. przez braci Wright jako Szkoła Latania, ona nie była wtedy jeszcze wojskowa. Przypuszczam, że ta baza wojskowa powstała w latach 40. XX wieku, przyjmując później nazwę Maxwell. Obecnie służy jako główne centrum kształcenia oficerów amerykańskich w lotnictwie, tzw. Air University. Jest tu Wyższa Szkoła Wojenna, tzw. Air War College, głównie dla pułkowników, szkoła średnia – Air Command Staff College, przeważnie dla majorów, oraz szkoła dla dowódców eskadr – Squadron Officer School (SOS). Wytworzyła się taka praktyka, że gdy jeden oficer z Polski odchodził po ukończeniu studiów, przyprowadzał do nas następnego, mój dom traktowany jest bowiem jako taka nieformalna ambasada Polski. O ile się nie mylę, w rok przed gen. Błasikiem był w Air War College płk Kazimierz Dyński i to on przyprowadził Andrzeja do nas.

Dla ilu oficerów prowadzone są kursy w Air War College?

– Dla kilkuset oficerów. Amerykanów zawsze jest ponad 200, a oficerów zagranicznych ponad 40. Bardzo często wzajemnie się spotykają, przeważnie są to wszyscy pułkownicy. Kurs składa się z grup 12-14-osobowych. W każdej z nich jest jeden lub dwóch oficerów zagranicznych, resztę stanowią Amerykanie. Między wszystkimi panują fantastyczne relacje. Przez ostatnie 15 lat przez Air War College przewinęło się wielu polskich oficerów, począwszy od płk. Marka Ciszewskiego, poprzez Anatola Czabana, Jana Śliwkę, Andrzeja Błasika, Wojciecha Stępnia. Po nich oczywiście byli następni, w tym roku mamy tu również oficera z Polski. To są całoroczne studia określane u nas jako full time, to znaczy jest to pełne zagłębienie się w strategię, w dowodzenie. Pułkownik wtedy i dowódca bazy w Krzesinach Andrzej Błasik odbył kurs na Air War College w latach 2004/2005.

Jak Pan zapamiętał gen. Błasika?

– Jako wspaniałego człowieka i dowódcę. W 2004 r. miałem z żoną okazję poznać całą rodzinę Andrzeja – jego żonę Ewę i dzieci – Joannę i Michała. Z Ewą i jej dziećmi do tej pory utrzymujemy kontakt, często z nimi rozmawiamy. Państwo Błasikowie od samego początku przypadki do serca, bardzo się z nimi zaprzyjaźniliśmy. Pociągało nas w generale Błasiku to, że miał wizję Polski mocniejszej, stawiał na pokolenie młodych oficerów, pragnął, by znaczyli coś w rozwoju naszych Sił Zbrojnych. Generał Błasik był u nas przez cały rok, często odwiedzaliśmy się wzajemnie. Pamiętam, że gdy umierał Ojciec Święty Jan Paweł II, wraz z rodziną gen. Błasika spędziliśmy u nas całą noc na czuwaniu i modlitwie. Amerykanie też bardzo szanowali gen. Błasika.

Kiedy ostatni raz z nim Pan rozmawiał?

– Zadzwonił do mnie 17 marca 2010 r. z życzeniami na Zbigniewa. Taki był serdeczny, braterski. Pomimo tego, że dzieliła nas duża różnica wieku, byliśmy jak bracia. Był człowiekiem bardzo wartościowym, patriotą, dowódcą wizjonerem. On widział polskie lotnictwo rozwijające się właśnie na barkach młodszego pokolenia oficerów. Zawsze dodawał innym ducha, był bardzo dobrym wychowawcą, dlatego że umiał utrzymać w wojsku należyty porządek, to znaczy wprowadzać odpowiedzialność osobistą, co mi się bardzo podobało. Sam podobnie podchodziłem do spraw wychowawczych, gdy byłem profesorem na lokalnej politechnice. Błasik przestawił polskie lotnictwo na nowoczesne tory, lecz – co istotne – oparte ono było jednocześnie na tradycji, historii i patriotyzmie. Patriotyzm dla Andrzeja to nie były tylko szumne hasła, on go praktykował, to był prawdziwy patriota. Ponadto, co nie ulega żadnej wątpliwości, był wspaniałym lotnikiem. Słyszałem, że jeszcze zanim tutaj przyszedł, były dowódca Sił Powietrznych gen. Stanisław Targosz szukał sobie młodych, zdolnych dowódców. Miał dwóch ulubionych: Błasika i Jacka Bartoszczego. Niestety Bartoszcze również zginął, kilka lat wcześniej od Andrzeja. Andrzej dawał młodym oficerom możność promocji do wyższej odpowiedzialności za Siły Powietrzne, bo uważał, że odpowiedzialność i autorytet idą w parze.

Jakim partnerem dla Amerykanów i NATO były polskie Siły Powietrzne pod dowództwem gen. Błasika?

– Bardzo dobrym. Uważam, że Amerykanie może nawet lepiej niż Polacy doceniali generała Błasika, co muszę niestety z przykrością stwierdzić. Najlepszym przykładem jest gen. Roger Brady, który w swojej mowie pogrzebowej nad trumną Andrzeja właściwie ujął całe sedno jego wielkości. Upatrywał ją właśnie w jego patriotyzmie i wizji nowoczesnych polskich Sił Powietrznych. Warto przypomnieć, że Andrzej dostał Legię Zasługi od prezydenta Stanów Zjednoczonych.

W jakich okolicznościach dowiedział się Pan o katastrofie Tu-154M?

– Zadzwoniła do nas pani Bartoszcze. Była chyba trzecia nad ranem, może wpół do czwartej, więc wiedzieliśmy z żoną, że coś musiało się stać. Powiedziała nam o katastrofie. Strasznie nas to uderzyło, bo zrozumieliśmy, że zginął m.in. nasz przyjaciel Andrzej.

Jak tłumaczy Pan spiralę oskarżeń wobec gen. Błasika rozkręconą po 10 kwietnia.

– Boli mnie bardzo to, że znajdują się niegodziwe i małoduszne głosy (cui bono?) szkalujące dobre imię śp. gen. Błasika. To tylko może pomagać tym, którzy chcą odwrócić uwagę od prawdziwych przyczyn katastrofy. Muszę powiedzieć, że Amerykanie, z którymi rozmawiam na ten temat, mówią, że czują wielki niesmak, że takie nagonki na zasłużonych dowódców są w ogóle dopuszczalne. Jeśli chodzi o Rosjan, Amerykanie niestety trochę za późno zaczęli ich poznawać. Teraz już jest coraz mniej naiwnych amerykańskich oficerów, którzy myślą, że można im ufać. Niestety, prezydent Obama w stosunku do Rosji jest nadal człowiekiem bardzo naiwnym. To pewne, że wiadomość o pijanym gen. Błasiku Rosjanie podali dla odwrócenia uwagi od ich kontrolerów. Można przyjąć, że ci kontrolerzy, jeśli nie pili, to byli już pijani, bo nawet nie przechodzili przez szczegółowe badania, które normalnie przechodzą kontrolerzy zarówno w USA, jak i na całym świecie. Ci, którzy znają Rosjan, wiedzą, że tam, gdzie są najsłabsi, to zawsze kogoś atakują. Gdy byłem w niewoli rosyjskiej podczas wojny i pracowałem pod "grupowym", ten bardzo często był pijany.

Jak Pan ocenia prace kontrolerów na Siewiernym?

– Można powiedzieć, że w tym łańcuchu zdarzeń, które doprowadziły do katastrofy smoleńskiej, są różne ogniwa. Jedne mniej, drugie bardziej przyczyniły się do tej tragedii. Niewątpliwie jednak jedną z najpoważniejszych przyczyn jest ta, że kontroler na Siewiernym nadawał komunikat, że samolot jest na kursie i na ścieżce. I jedno, i drugie było kłamstwem. Nasuwa się więc podejrzenie, że może specjalnie wprowadzał w błąd załogę tupolewa. Chodzi o to, że tamten zbieg okoliczności jest wyjątkowo dziwny. Zaskoczeniem był również nagły raport MAK, bardzo stronniczy i niesprawiedliwy w swej ocenie. Na szczęście świat nie przyjął rosyjskiej wykładni. W USA raport ten praktycznie przeszedł bez echa, bo poświęcono mu bardzo mało uwagi. Właściwie po paru dniach ta sprawa "rozeszła się po kościach".

Uważa Pan, że polskie śledztwo jest przegrane?

– Wydaje mi się, że nigdy nie można zakładać, że coś z góry jest przegrane. Jeżeli się jednak nic nie zrobi, to wtedy przegramy na pewno. Katastrofę powinna przede wszystkim badać komisja międzynarodowa. Uważam, że oddanie tego całego śledztwa Putinowi to był najgorszy błąd, jaki można było popełnić. Nie wyobrażam sobie, jak można było na to pozwolić. Ja Rosjanom absolutnie nie ufam od 70 lat. Polski rząd powinien im od początku bardziej patrzeć na ręce, to było nie tylko nasze prawo, ale i obowiązek. Dając im pełną swobodę prowadzenia tego śledztwa, Polacy de facto pozwolili im na wszystko. Jestem pewien, że po otwarciu czarnych skrzynek zmieniali nagrania, wymazując niewygodne fragmenty, na co pozwala dzisiejsza technika.

Gdyby polski rząd zwrócił się z oficjalną prośbą do Amerykanów o pomoc w dochodzeniu, uzyskałby ją?

– Od prezydenta USA może nie, ale z Amerykanami warto rozmawiać na ten temat. Bardzo dobrym pomysłem był przyjazd do USA pani Anny Fotygi i pana Antoniego Macierewicza. Bardzo dobrze, że rozmawiali z amerykańskimi kongresmenami. Boleję jednak nad tym, że ich starania nie są poważnie traktowane i doceniane w Polsce. Nie rozumiem, dlaczego odsądza się w naszej Ojczyźnie od czci i wiary ludzi, którzy są patriotami? Mam wiele pytań i zastrzeżeń do rządzących w Polsce, jeśli chodzi o śledztwo, m.in. dlaczego polski rząd zgodził się na to, że nie otwierano trumien w Polsce? Odczuwam ból i smutek, że zamiast wzajemnie sobie pomagać i wspólnie występować, to my kłócimy się na swoim podwórku, w swojej piaskownicy. Jeszcze raz podkreślę, bardzo bolesne dla nas, szczególnie starszych, jest to, jak zachowuje się władza w Polsce, że jeden drugiemu stara się zaszkodzić. Powinniśmy współpracować, a nie toczyć polsko-polską wojnę, ponieważ pracując wspólnie, moglibyśmy wiele osiągnąć.

Dla prezydenta Bronisława Komorowskiego i premiera Donalda Tuska najważniejsza jest jednak "przyjaźń" polsko-rosyjska niż pytania o śledztwo.

– Ale nie możemy rozmawiać z Rosjanami na kolanach. Według mnie, występkiem był już sam fakt rozdzielenia na dwie wizyt w Katyniu w ubiegłym roku. Przecież najpierw Tusk miał lecieć z prezydentem Kaczyńskim, po telefonie Putina wszystko się zmieniło. Dziś pan Tusk pierwszy powinien wytłumaczyć się ze swojego postępowania przed i po katastrofie smoleńskiej. Nie powinien tak łatwo i szybko zdecydować się na to, że Rosjanie przejmą to śledztwo. W Stanach Zjednoczonych istnieje Krajowa Rada Bezpieczeństwa Transportu (NTSB), która bada katastrofy. Podchodzi do nich jednak zupełnie inaczej niż w tym przypadku. Nie bierze się bowiem wyznaczonych, pojedynczych i tendencyjnych ludzi, tylko prawdziwych ekspertów, którzy dochodzą do prawdy w sposób obiektywny, bez żadnych założeń, jakiego wyniku się spodziewamy. My nadal jednak dajemy się brać na lep Rosjan.

Przez dłuższy czas w Polsce media żyły informacją o rzekomej awanturze na Okęciu, do której miało dojść między gen. Błasikiem a mjr. Protasiukiem przed odlotem do Smoleńska. Prokuratura potwierdziła w końcu, że żadnej awantury nie było.

– Tu jest przykład na to, że ktoś celowo stara się wzniecać takie sensacje. Nie wiem, jakie ma motywy, co nim powoduje, ale jest to niegodziwe. Absolutnie nie dopuszczam do siebie myśli, że Andrzej mógł wywierać jakiekolwiek naciski na załogę tupolewa, bo to nie leżało w jego charakterze. Powątpiewam nawet, czy był w kabinie. Nie mamy bowiem na to żadnych dowodów, a także na to, że spożywał alkohol. Dlaczego jednak dziś bierze się pod uwagę jedynie próbkę krwi gen. Błasika, skoro tym samolotem leciało 96 osób? Chodzi o to, że Rosjanie chcieli specjalnie wprowadzić całą opinię międzynarodową na fałszywy trop, by idąc złą ścieżką, doszli do tych wniosków, które sami podsuwają. Tu leży cała perfidia Rosjan, którzy chcą zwać się naszymi przyjaciółmi, lecz w gruncie rzeczy są dla nas skrajnie nieprzyjaznym państwem.

Wśród polskich wojskowych panuje swego rodzaju zmowa milczenia, nikt nie zdecydował się otwarcie wystąpić w obronie ani gen. Błasika, ani pilotów.

– Jest to bardzo przykre. Martwi mnie ta cisza wśród wojska, to, że honoru gen. Błasika bronić musi jego żona. Powinno się publicznie pokazać, jak ona cierpi, jak to wszystko przechodzi. Każdy znajomy generał, z którym rozmawiałem o tej sytuacji, podzielał moje zdanie, że jest to w wysokim stopniu nie w porządku. Uważam, że osiągnięcia Andrzeja i jego wizję na rozwój Sił Powietrznych do poziomu nowoczesnych sił NATO należy traktować jako jego wojskowy testament. To był wspaniały przykład dla kolejnych młodych oficerów. Andrzej był patriotą, bardzo dobrym dowódcą. Generała Lecha Majewskiego, obecnego dowódcę Sił Powietrznych, widziałem tylko parę razy na zjazdach lotniczych, więc poznałem go bardzo powierzchownie. Mam nadzieję jednak, że uzna osiągnięcia Andrzeja i będzie na nich dalej budował. Nie ma mowy o zmianach. Wydaje mi się, że ta cisza na jego temat w wojsku może być podyktowana strachem. Może wojskowi przeczuwają, że wracają dawne czasy, PRL-owskie, i na wszelki wypadek nie zabierają głosu. Te wszystkie rzeczy, które były w toku, gdy Andrzej zginął, należy kontynuować i polepszać. Niestety, paru dobrych ludzi odeszło z wojska po katastrofie, takich jak płk Wojciech Stępień czy gen. Krzysztof Załęski.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Piotr Czartoryski-Sziler

Źródło: Nasz Dziennik, 24 marca 2011, Nr 69 (4000)

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek