„Cios wibrującej ręki Bruce’a Lee”–wywiad z Rafałem A. Ziemkiewiczem


Ziemkiewicz-Rafal-foto03-interO tym, że polskie elity są niezdolne do modernizacji Polski, długim marszu do władzy Kaczyńskiego i obaleniu Tuska mówi pisarz i publicysta Rafał A. Ziemkiewicz.

Fronda.pl: Czy po doświadczeniach z szybkim końcem zjednoczenia narodowego po śmierci papieża wierzyłeś w długotrwałą jedność Polaków po katastrofie smoleńskiej?

Krótko po tragedii występowałem w programie „Warto Rozmawiać”, gdzie – ku pewnemu niezadowoleniu pozostałych dyskutantów – wyrażałem dość sceptyczne stanowisko w sprawie tego zjednoczenia. Jesteśmy narodem w dużym stopniu zdziecinniałym. Zarzucali nam to już zresztą tacy ludzie jak Mochnacki, Brzozowski czy wielu innych myślicieli. Ta niedojrzałość wyraża się właśnie w doświadczaniu krótkich, ale silnych stanów emocjonalnych. Przewidywałem więc, że to się tak skończy. Na dodatek bardzo szybko po katastrofie wybuchła awantura o pochówek na Wawelu.

To wrażenie jedności wynika z tego, że część ludzi po prostu się zamknęła tuż po katastrofie. Głupio im było zabierać głos. Jednak szybko skończyli swoje milczenie widząc, co się wokół nich dzieje. Oni się po prostu przerazili widząc na ulicy ludzi, którzy w ich przekonaniu już dawno nie powinni istnieć. Nagle zobaczyli tych, których sobie lekceważąco zdążyli uznać za niebyłych. Jednak ja ani przez moment nie ulegałem naiwnemu stereotypowi pojednania narodowego. Byłem natomiast przekonany, że jest to ostateczne pęknięcie…

…które się pogłębiło? Smoleńsk pogłębił dzielący nas rów czy go wykopał?

Nie bardzo lubię metaforę rowu. Rów jest w jednym miejscu a tutaj ta granica podziału się przesuwa. Ja bym raczej mówił, że są dwa bieguny magnetyczne, które ściągają do siebie 38 milionów opiłków żelaza. Raz silniejszy jest biegun tradycjonalistyczny, innym razem silniejszy jest biegun imitacyjny, postkolonialny. Każdy z tych biegunów ma wokół siebie dosyć mocną grupę twardych zwolenników, jednak większość Polaków jest taką magmą, która grawituje między tymi biegunami. W skrócie można to opisać taką formułą, że kiedy jest im dobrze to ściąga ich biegun kojarzony dziś z Tuskiem, Unią, ciepłą wodą w kranie i grillowaniem, natomiast kiedy jest im źle to wtedy ściąga ich biegun kojarzony z Kościołem, tożsamością, patriotyzmem i polskością, który jest w tej chwili pod władaniem Jarosława Kaczyńskiego. 

Nie wiem, czy to ostateczne pęknięcie miało miejsce w momencie tragedii smoleńskiej. Chyba stało się to wcześniej. Jednak ta tragedia pokazała, że przyciąganie obu biegunów jest tak mocne, iż coś się zaczęło rozrywać i w pełni się zgadzam z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem , który napisał w wierszu krótko po katastrofie, że „to się już nie sklei”. Ja również mam wrażenie, że część tej polskiej substancji została oderwana od reszty. Tą częścią jest to, co samo lubi siebie określać mianem elity a co jest, mówiąc językiem Mickiewicza, skorupą, która jest na narodu wierzchu i się od niego oderwała.  

Tyle, że ta elita ma opiniotwórcze media i wszystkie ważne instytucje w państwie. A co z tą resztą społeczeństwa? Czeka je „wewnętrzna emigracja”?

Skoro powołaliśmy się już na Mickiewicza, to spójrz na to w realiach tamtego czasu. Tamta elita miała absolutnie cały salon. Jednak to była prawdziwa elita. To byli tacy ludzie jak Śniadecki, Kołłątaj, Staszic i również dziś zapomniani wielcy literaci. A kto przeciwko nim występował? Jakaś garstka wariatów z prowincjonalnego Wilna i Kowna czy grupka studentów, którzy szturmowali Belweder. Na dodatek wszyscy po upadku Powstania Listopadowego znaleźli się na emigracji. Nikt by nie przewidywał, że ci emigranci przejmą rząd dusz nad Polską, i że jest to zaczątek zupełnie nowej elity, bo tamta stara, szlachecka, ziemiańsko-arystokratyczna nie miała swojego miejsca w nowej porozbiorowej rzeczywistości. Jedziemy oczywiście po bandzie, ale myślę, że mamy do czynienia z takim procesem. Tak jak Powstanie Listopadowe było katalizatorem kształtowania się nowej elity polskiej, tak w tej chwili tragedia smoleńska uruchomiła proces nieodwracalnego umierania i usychania elity III RP.

Czyli dwa narody żyjące obok siebie przez jakiś czas?


Dwa narody żyły obok siebie w Polsce przez długi okres czasu. Jeden naród żył na wierzchu, a drugi był mało widoczny pod spodem. Jednak teraz mamy do czynienia ze sporem w łonie samej elity narodu. Pamiętajmy, że ponad połowa Polaków w ogóle nie chodzi do wyborów. Znam poważne badania z 2008 roku, z których wynikało, że 32 proc. badanych nie było w stanie odpowiedzieć na pytanie, jak ma na imię i nazwisko prezydent Polski. Więc mówimy o świadomej grupie Polaków, o elicie III RP czyli elicie PRL-u ochrzczonej przez michnikowszczyznę i elicie niepodległościowej, tradycjonalistycznej, która przez długie lata się mało ujawniała. Po katastrofie można zobaczyć duże ożywienie. Jeżdżąc po Polsce spotykam wielu ludzi z dawnej Solidarności, którzy w III RP odeszli w prywatność a dziś zakładają kluby „Gazety Polskiej” czy inne tego typu ruchy społeczne. Po katastrofie ci ludzie uznali, że mają znów misję, którą z różnych względów uważali za zakończoną. Ten tradycjonalistyczny naród zyskał bardzo mocną tożsamość i, mówiąc językiem współczesnego marketingu, narrację oraz mit, który zawsze jest bardzo ważny dla wszelkiej działalności.

Mit Lecha Kaczyńskiego?  

Można tak powiedzieć. Jednak trzeba sprecyzować, co symbolizuje Lech Kaczyński. Symbolizuje on niedokończoną rewolucję Solidarności. Symbolizuje on również narrację, w której Polska została oszukana przy Okrągłym Stole, gdzie ukradziono jej niepodległość budując państwo koślawe, oligarchiczne i nomenklaturowe. Według tego mitu to państwo zabiło w pewnym sensie Lecha Kaczyńskiego, który walczył o to, by prawdziwą wolność mieli wszyscy Polacy, a nie tylko ci z nomenklatury. Taką narrację zyskali tradycjonaliści, natomiast elita III RP kompletnie straciła swój mit założycielski. Już teraz można prorokować, że jak Andrzej Wajda nakręci za ogromne pieniądze film o Lechu Wałęsie to będzie on jedną wielką klapą, ponieważ okaże się, że nie da się już z Wałęsy, którego wszyscy poznali jako krętacza i pazernego cwaniaka, zrobić spiżowego herosa, jakim był 20 lat temu. Mit Okrągłego Stołu jako największego sukcesu w dziejach Polaków, pokojowej transformacji i radosnego marszu do rodziny narodów europejskich, po prostu się rozsypał.

Ja nie do końca jestem przekonany, czy robienie prawicowego mitu z człowieka, który z realnym konserwatyzmem nie miał wiele wspólnego, jest dobre dla szeroko pojętej prawicy…

Złe dla prawicy i lewicy jest to, że my się cofamy symbolicznie do lat 80-tych. Znowu żyjemy w sytuacji upadającego reżimu PRL-owskiego, bo okazuje się, że jedynym sposobem wyjścia z impasu jest symboliczne cofnięcie się do tego czasu i rozegranie jeszcze raz na nowo całej sytuacji, czyli unieważnienie Okrągłego Stołu. Żeby wybrnąć z tej pułapki państwa oligarchicznego – podkreślam, że mówimy o symbolice i mitologii – trzeba się cofnąć do momentu wyjścia i wybrać lepszy wariant. Jeżeli ma on zerwać z tym okrągłostołowym to w praktyce oznacza to, że trzeba odrzucić elity III RP. Taka operacja się dokonuje i jest to krok 20 lat do tyłu. To oczywiście jest uzasadnione, ponieważ III RP okazała się pułapką bez wyjścia.

Nie to jednak tak naprawdę decyduje o prorokowanej przeze mnie klęsce elity III RP, która postawiła  na kłamstwo, bo kwestia smoleńska jest krzyczącym kłamstwem. Główną przyczyną klęski jest to, że III RP nie była w stanie wytworzyć elit zdolnych obsłużyć nowoczesne państwo. U zarania narodzin tego, co nazwałem michnikowszczyzną, zapadła decyzja, że nie będzie zmiany, oczyszczenia i układ społeczny PRL-u będzie przeniesiony do nowego demokratycznego państwa, które będzie gwarantowało nomenklaturze uprzywilejowaną pozycję. To spowodowało, że III RP nie była w stanie się zmodernizować o własnych siłach. Przyczyną nieuchronnego obumarcia elity III RP jest nie tyle jej dzisiejsze bardzo podłe i kolaboracyjne zachowanie wobec Smoleńska, ale to, że jest ona elitą pasożytniczą i nie jest w stanie obsłużyć nowoczesnego państwa. Jeżeli weźmiemy badania socjologiczne i spróbujemy oszacować, na kim się opiera obecna władza, to zobaczymy, że opiera się ona na ludziach zainteresowanych tym, aby państwo pozostało w stanie bezładu albo żeby je jeszcze bardziej zepsuć. Ona się opiera na budżetówce…

Jakoś wątpię, by opozycja chciała to zmienić…

Opozycja będzie musiała to zmienić, bo to są nie ich ludzie…

Wsadzą swoich…   

No nie do końca, bo nie mają tylu. Może będzie próba przejęcia biurokracji jednak to się chyba nie uda, bo zmiana społeczna ma swoją dynamikę i przywódca opozycji będzie musiał się do niej dostosować. On się już musi dostosowywać do pewnej dynamiki, bo widać, jak pewne oddolne, spontaniczne przedsięwzięcia wyznaczają linię polityczną PiS, za którą Jarosław Kaczyński musi nadążać, bo tam są ludzie, do których on się odwołuje. I oni troszkę nad nim panują. Jest to sytuacja dobra, bo Kaczyński będzie miał cholerny kłopot, jak będzie próbował koalicji z SLD, tak jak próbował jej w telewizji.

Ja się obawiam, że zwolennicy Jarosława Kaczyńskiego wybaczą mu wszystko. 

Nawet jeżeli masz rację to zanim mu wybaczą, muszą coś od niego dostać, więc obstaję przy swoim, że Kaczyński musi się liczyć z oczekiwaniami ludzi, na których się opiera. Jednak pozostańmy przy swoich zdaniach, bo to jest temat na oddzielną dyskusję. Natomiast niewątpliwym jest to, że jeżeli Polska ma istnieć to musi dokonać szeregu reform, które uderzają właśnie w jej elitę i w tych, którzy są zapleczem rządu Tuska. Dlatego te reformy są niemożliwe pod władzą PO. Być może będą możliwe dopiero po próbie wywrócenia systemu do góry nogami. W tym sensie uważam, że przyszłość jest po stronie zastępów pisowskich.

W jednym ze swoich tekstów napisałeś, że mamy do czynienia z wojną miedzy sektą a mafią. Mnie akurat się bardzo podoba to porównanie i mam wrażenie, że politykom pasuje to okopanie się na swoich pozycjach. Każdy na tym zyskuje. PO spadło poparcie z 40 do 30 proc. Nie przesadzajmy, że to jakiś wielki upadek, więc widać, że antykaczystowska narracja działa. Natomiast PiS buduje twierdzę wiernych pretorian, moim zdaniem ograniczonych jednak w swoim zasięgu… 

Wybór, jakiego dokonał Jarosław Kaczyński po wyborach prezydenckich, gdy oznajmił, że nie odpowiada za swoją kampanię, bo był na proszkach i postawił na twardą antysystemową pozycję, jest wyborem bardzo podobnym do tego, jakiego dokonała Platforma. Każdy z tych panów obstawił inne pole na rulecie. Tusk obstawił, że będzie kopał dół między Polakami ponieważ uważa, że zawsze ponad 50 proc. będzie po jego stronie, a Kaczyński uznał, że więcej niż 50 proc. w pewnym momencie będzie bardzo chciało Tuska ukarać i stara się tylko o to, by nie miało innego sposobu ukarania go niż zagłosowanie na PiS. W tym sensie rzeczywiście obaj nie muszą robić nic oprócz pilnowania linii, którą idą i czekać, aż się okaże, kto z nich obstawił trafnie. Moim zdaniem trafnie obstawił Kaczyński ponieważ szeroko rozumiany obóz władzy (do którego zalicza się również SLD, które jest niby opozycyjne, ale w podziale tożsamościowym jest po stronie Tuska) nie ma w przeciwieństwie do Kaczyńskiego spójnej narracji i wizji rzeczywistości.

To smutne, jeżeli wystarczy narracja. Czego dziś – po tym jak katastrofa smoleńska pokazała, jak obciachowym jesteśmy państwem, po odsłonięciu nieudolności naszych polityków – potrzeba Polakom, by przestali popierać PO? Jakoś poparcie dla nich nie spada.

To jest jak słynny cios wibrującej ręki Bruce’a Lee, polegający na walnięciu w dzbanek, który pękał dopiero po paru minutach od uderzenia. Społeczeństwo jest strukturą bardzo trudno sterowną, bardzo powoli do niego wszelkie odkrycia docierają i zawsze ten mechanizm wszystkich zaskakuje. Wtedy zastanawiamy się, dlaczego coś drobnego odniosło tak wielki skutek. A zazwyczaj to coś odnosi taki skutek, bo skumulowało się na zasadzie kropli przepełniającej czarę. Politycy SLD też nie rozumieli, dlaczego w pewnym momencie zostali tak masakrycznie odrzuceni chociaż wcześniej wydawało im się, że mogą zrobić wszystko i nigdy ich piorun nie strzeli.

No tak, ale PO ma ogromną szansę jako pierwsza partia w III RP rządzić dwie kadencje. Straszenie PiS-em im się wciąż opłaca. Może Jarosław Kaczyński nie powinien dawać się łapać na ten haczyk pijarowski? Może nie powinien reagować na te bredzenie o faszystach z pochodniami, które ma wkurzyć PiS?

Ja myślę, że jest odwrotnie. Przez 2-3 lata PO wyraźnie podpuszcza PiS i ten dawał się w to łapać, ponieważ radykalizm działa przeciwko niemu. Jednak mam wrażenie, że dziś to PiS prowokuje, ponieważ salony są ogarnięte pewnym amokiem. One są w zaułku bez wyjścia, nie są w stanie stworzyć własnej narracji i mając świadomość swojej porażki reagują wściekłością, która na dłuższą metę jest przeciwskuteczna. U nas nie można tak beztrosko jak w USA pleść o faszyzmie, przypisując go bezsensownie każdemu, kto przemawia na ulicy czy nosi pochodnię. Ta histeria obraca się przeciwko PO, chociaż to nie Platforma ją głównie inspiruje. Owa histeria jest zupełnie autonomicznym zachowaniem salonu, który jednak postrzega Tuska jako gwaranta swojej pozycji. Zresztą teraz zmienia się koniunktura, bo wielu ludzi będzie miało powody do niezadowolenia.

A pojawienie się jakiegoś charyzmatycznego lidera na lewicy nie zagospodarowałoby tego niezadowolenia?

Teoretycznie tak. Jednak  zgadzam się w tej kwestii z prof. Kikiem, który uważa, że warunkiem istnienia w Polsce silnej lewicy byłoby połączenie PRL-owskiej roszczeniowości i bezpieczeństwa socjalnego z pobożnością…

No to PiS jest odpowiedzią…

No właśnie (śmiech). Musimy zdefiniować, co nazywamy lewicą. Jeżeli mówimy o lewicy postkomunistycznej, która z zasady odwołuje się do antykościelnych emocji, to taka lewica nie ma szans. Większość Polaków jest – mówiąc językiem lewicy – „kościółkowa”, chociaż raczej na poziomie instynktów i emocji niż jakiegoś głębszego przemyślenia, w związku z tym lewica „rozporkowa” nie ma szerokiej bazy społecznej i jest skazana na kłócenie się o tych samych wyborców z PO.

To, co mówisz, potwierdza poparcie dla Palikota.  

Od momentu kongresu założycielskiego jego partii nie miałem przez chwilę wątpliwości, że Palikot jest projektem skazanym  na kompletną klęskę. Przed nim była Partia Antyklerykalna pisma „Fakty i Mity”, która gdzieś tam wegetuje na obrzeżach lewicy, była również inicjatywa Zieloni 2004 i nawet Urban próbował założyć partię. A pamiętajmy, że wtedy dysponował on ogromną tubą propagandową w postaci sprzedającego się w kilkuset tysiącach egzemplarzy tygodnika „Nie”. To też się nie udało. Palikot nie dodał niczego nowego i próbował odwołać się do elektoratu, który nie istnieje, bo nawet ten elektorat, który przyjmuje hasła antyklerykalne, nie uznaje ich za priorytetowe. Generatorem napięcia, emocji i podziałów w Polsce jest tożsamość narodowa. To jest prawdziwe napięcie między tubylcami a kreolami. Ci, którzy czują się Polakami dumnymi ze swojej narodowości, wolą – jak pisał poeta – „polskie gówno w polu niż fiołki w Neapolu”, zaś ci, którzy jak bohaterowie naszych lektur szkolnych z wieku XIX wzdychają, że w tej Polsce to tylko ponure Polaka chłopskie furmanki i smród a prawdziwe życie to Paryż czy salony zagraniczne, jak już nie mogą wyjechać to chcą chociaż ten kraj „odpolaczyć”. To jest prawdziwe napięcie i pojęcia „prawica” czy „lewica” nie imają się do tego opisu. Postkomuniści, którzy są z przyzwyczajenia nazwani u nas lewicą, są po stronie kreolskiej.

No dobra. Załóżmy, że te wybory Jarosław Kaczyński wygra. Czy jeżeli arytmetyka tak będzie nakazywać to prezes PiS wejdzie w koalicję z SLD? 

Nie wiadomo. Ja mam wrażenie, że tajemnica mitu o nieomylności prezesa Kaczyńskiego polega na tym, że on przy różnych okazjach różne rzeczy sugeruje i wychodzi później, że zawsze chciał zrobić co akurat zrobił i uchodzi za nieomylnego. Myślę, że Kaczyński nie wie jeszcze, co zrobi po wyborach.

Jednak mówiąc zupełnie poważnie to jesteśmy w takiej sytuacji, iż wszyscy wiedzą, że pieprznie tylko nie wiadomo, kiedy pieprznie. Cała strategia PiS-u jest logiczna (co nie znaczy, że słuszna), jeżeli jest obliczona na ten moment katastrofy. Raczej jest wątpliwe, by ten moment nastąpił szybko. Nawet jeżeli Kaczyński wygra najbliższe wybory to nie będzie miał wystarczającej siły, by rządzić samodzielnie. Będzie więc musiał wejść w jakąś parszywą koalicję. Bez SLD się nie uda takiej koalicji zrobić, a że jest to partia bardzo wyposzczona to będzie żądała mnóstwa stanowisk. Po drugie problemem dla Kaczyńskiego będzie to, że Belweder jest w rękach mu nieprzychylnych. Prezydent, który może nie bardzo kojarzy, co się dzieje wokół niego, na pewno będzie jednak kojarzył na tyle, by robić na złość premierowi Kaczyńskiemu. Mam więc raczej wrażenie, że Kaczyński jest w tej chwili zainteresowany wariantem Orbana. Kaczyński liczy, że po najbliższych wyborach powstanie koalicja wszyscy przeciwko niemu i będzie on jedyną opozycją, która nie została dopuszczona do władzy przez ponure, paskudne układy. Przy okazji nie będzie musiał za nic odpowiadać. Jak powstanie koalicja PO z SLD, PSL-em i Forrestem Gumpem to będzie to zupełna masakra. Jeżeli Tusk przez 3 lata mając ogromne poparcie i wszelkie możliwości ku temu, nie spróbował naprawić w Polsce niczego, to tym bardziej niczego nie naprawi taka hipotetyczna koalicja, której jedynym spoiwem będzie niedopuszczenie do stołków pisowców. Kaczyński liczy więc, że po roku, dwóch nastąpi kryzys, który spowoduje wyniesienie na zasadzie orbanowskiej jego partię do władzy.

A co jeżeli jednak Kaczyński wygra najbliższe wybory? Waldemar Kuczyński wezwie NATO na pomoc? Może ta irracjonalna panika będzie tak wielka, że naprawdę ludzie zaczną strzelać do siebie.

W historii był taki poseł Suchorzewski, który protestował przeciwko Konstytucji 3 Maja, kładąc się w poprzek Sejmu, zrywając koszulę z siebie czy przynosząc dziecko na salę, grożąc, że je zastrzeli jak przyjmą konstytucję. O ile pamiętam jego historia skończyła się tak, że lud warszawski ściągnął mu gacie i sprał dupę po prostu. Poseł Suchorzewski w taki sposób zniknął z kart historii. Więc jak musimy mówić o ludziach pokroju Wołka, Kuczyńskiego, Niesiołowskiego czy Wojciecha Mazowieckiego to raczej prorokuję taki ich koniec bez względu na to, co będą krzyczeli. Oni mogą oczywiście apelować do NATO, ONZ i papieża, ale to raczej nie będzie miało realnych wpływów na procesy społeczne.

Mówiąc jednak poważnie to trzeba przyznać, że Jarosław Kaczyński już przećwiczył tę sytuację. Tak naprawdę ta antykaczystowska propaganda go w pewien sposób niesie. Tak właśnie było w 2005 roku. Jakie jest źródło siły Jarosława Kaczyńskiego? Utożsamienie. Cała Polska polityka jest polityką tożsamości, bo głównym problemem Polaków po tych 20 latach są nie problemy gospodarcze tylko właśnie to, kim my jesteśmy. Po PRL-u jesteśmy mieszańcami bez jednej tożsamości. Jesteśmy ze wsi a mieszkamy w miastach. Jesteśmy ze wschodu a mieszkamy na tzw. ziemiach zachodnich. Mieszkamy w miastach, które przez kilkaset lat były budowane przez niemiecką cywilizację. To jest problem, którym zajmuję się jako pisarz bardziej niż publicysta. Jednak mam wrażenie, że to jest problem, który buduje cały konflikt polityczny. Jarosław Kaczyński swoją siłę i niezatapialność czerpie z tego, iż ogromna część Polaków utożsamia się z nim jako z człowiekiem, który za nich cierpi. Kaczyńskiego nikt nie rozlicza. Pomijam salon, dla którego on również jest emocjonalnym totemem, ale nie rozliczają go jego zwolennicy. On nie jest dla nich przywódcą, bo przywódców się rozlicza ze skuteczności. On jest, kim jest, bo wielu Polaków patrzy na niego jak na osobę niewinnie cierpiącą. Opluwanie, wyszydzanie i odmawianie mu prawa do życia publicznego, nazywanie go faszystą czyni go kimś takim, jak oni. Jest to związek emocjonalny, który jest nie do rozwalenia na gruncie racjonalnym i nikt tego nawet nie próbuje robić, bo ataki tylko umacniają ten związek. Im więcej Kuczyńskich krzyczących o faszyzmie, tym więcej ludzi mówi: ten facet jest fajny, skoro go tak opluwają.

Napisałeś, że Tuska może zastąpić ktoś, kto obieca zerwanie z „wypaczeniami” polityki miłości. Jeżeli PO wygra wybory to Tusk może nie być premierem?

Socjalistyczna odnowa jest bardzo prawdopodobna. Wydaje mi się, że ten wariant jest jedynym, który by umożliwił symboliczne nowe otwarcie i stworzenie koalicji wszyscy przeciwko Kaczyńskiemu. Ona by się opierała na takim prostym założeniu, że partia dopuściła się pewnych błędów, ale partia je sobie uświadomiła. Pierwszy sekretarz został wysłany do Ułan Bator, bo tam zdaje się mamy placówkę wywalczoną przez Radka Sikorskiego w ramach europejskiej służby dyplomatycznej, i teraz partia zdając sobie sprawę z popełnionych błędów chce je naprawić. Jednak musi to zrobić tylko na gruncie ustroju. A więc wszyscy, którzy stoją na gruncie ustroju demokratycznego, są z partią. I to jest ideologiczna podkładka do stworzenia sojuszu, który ma nie dopuścić do przejęcia władzy przez siły antyustrojowe, które kwestionują demokrację i są faszyzujące. I ten wariant dużo lepiej wyjdzie bez Tuska niż z nim. Poza tym istnieje taki prosty mechanizm, że ktoś musi beknąć. Moim zdaniem Tusk jest pierwszym premierem, który pójdzie do pierdla. Tylko jest pytanie, czy go tam wsadzi Schetyna czy Kaczyński.

Dosłownie do pierdla?


To też nie jest wykluczone. Zobaczymy, jak to się rozwinie. Polacy nie są narodem mściwym przesadnie jak wiele innych narodów, ale na kogoś winę za ten cały bajzel zwalić trzeba i Tusk się sam o to prosi. Ja myślę, że on sobie doskonale z tego zdaje sprawę. Jednak zaczyna również działać taki sam mechanizm, jaki działał w PZPR, który polegał na tym, że nie można wymienić przywódcy bez kryzysu. Gomułka, Gierek odchodzili nie z własnej woli i być może partia zastosuje ten wariant wobec Tuska.

Taki scenariusz uratuje PO czy przesunie tylko jej śmierć? 


Na pewien czas można ściągnąć z Brukseli Buzka czy jakiegoś innego popularnego w sondażach polityka. Można będzie sięgnąć po jakichś samorządowców z sukcesami. Można zrobić rząd fachowców. Tylko, że to nie przyniesie żadnych rezultatów, bo elita III RP genetycznie jest niezdolna do modernizacji Polski, ponieważ musiałby się ona odbyć jej kosztem. Żadna władza nie uderzy we własne zaplecze i przywileje.

Nie smuci Cię trochę fakt, że ta wojna PiS-u z PO zaczyna zjadać wszystkich wokół siebie? Tacy wybitni intelektualiści jak prof. Legutko czy Krasnodębski stanęli po jednej stronie sporu politycznego. Przestali być oni ponadpartyjnymi arbitrami, do których każdy konserwatysta mógł się odwołać. Kiedyś napisałeś, że Kaczyński ukradł prawicę. PiS ją kiedyś odda?

PiS jej nie odda, jednak jest możliwe, że prawica ukradnie PiS. Wszyscy popełniają duży błąd personalizując ten problem. A co by było, gdyby nie było Jarosława Kaczyńskiego? Myślisz, że Kuczyński albo inne Wołki nagle by odetchnęły, że żyjemy w kraju normalnym? Nie. Znaleziono by natychmiast nowego Kaczyńskiego. Cała ta ekipa jest zdolna tylko do przemiennego odczuwania strachu i pogardy. Te uczucia muszą być jakoś uosobione. Nie było Kaczyńskiego to Wałęsa był tym dyktatorem, chamem i przedstawicielem polskiej wiochy. Nie znikną „starsi, gorzej wykształceni z mniejszych ośrodków”, nie zniknie „polski, endecki ciemnogród” tylko zamiast jednego totemu pojawi się drugi. Właśnie na tym polega problem. Ci ludzie są absolutnie niezdolni do jakiejkolwiek modernizacji Polski i do jakichkolwiek pozytywnych działań. Jedyną racją ich istnienia, którą sobie wymyślili, jest ciągłe trzymanie straży nad polskim ciemnogrodem.

Rozmawiał Łukasz Adamski

Zrodlo: Fronda.pl -  06 maja 2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek