Życiorysy zmarnowane dla Polski. Grzechy III RP


Wielka-solidarnosc-foto-interSkorumpowany sędzia i niezłomna sprzątaczka

A to III RP właśnie…

Życiorysy – załgane i stracone,
ukryte w cieniu lub przeżyte w trudzie.
Draństwo niesłusznie nagrodzone
i zapomniani dzielni ludzie.

Wiele jest grzechów III RP, ale czy będziemy mówić o rabunkowej prywatyzacji, czy o grubej kresce, czy też o systemie korporacyjno-kastowym, zawsze powrócimy do jednego decydującego czynnika – LUDZI. Bo nic przecież nie dzieje się w próżni – ktoś ten majątek narodowy rozkradał, kto inny unikał odpowiedzialności, dla czyjejś korzyści się to wszystko działo. Ten medal ma też drugą stronę – kogoś okradziono, komuś nie oddano sprawiedliwości, ktoś nie otrzyma tego, co mu się należy.

Na takim odwróceniu zasad zbudowano gmach III RP, to jej fundament i podstawa. A jak sama nazwa wskazuje, budowla ta obejmuje całą Polskę, jest w każdej wsi i mieście, we wszystkich grupach społecznych i zawodowych. Wszyscy wiemy o Urbanie, Kiszczaku czy Kapuścińskim z jednej, a małżeństwie Gwiazdów, Annie Walentynowicz czy Zbigniewie Herbercie z drugiej strony. Ale to tylko wierzchołek piramidy. Jej podstawa to setki dzielnych ludzi wyrzuconych na śmietnik historii, by armia łotrów, zbrodniarzy lub zwyczajnych padalców miała się jak najlepiej.

Nie tak dawno Morsik z „Wielkiej Solidarności” przesłał mi do adiustacji wywiad z Joanną Wierzbicką-Rusiecką. (O pani Joannie pisałem już w różnych miejscach wielokrotnie, wystarczy zajrzeć choćby tu). Do wywiadu dołączona była lista współpracowników pani Joanny ze „Skrótu”, Agencji Informacyjnej Solidarności i Krajowej Agencji Terenowej. Przeczytałem te ponad 100 nazwisk, z których większość kompletnie nic mi nie mówiła, i pomyślałem: „Co też z tymi ludźmi się stało?” A że podobną refleksję niewiele wcześniej wzbudziła we mnie tzw. lista Kisiela, czyli zbiór 41 nazwisk najgorszych dziennikarskich kłamców na służbie Jaruzelskiego, postanowiłem przyjrzeć się losom ludzi z obu list. Wtedy przypomniało mi się moje śledztwo sprzed 4 lat, jeszcze w salonie24, w sprawie osób z raportu Rokity. W ten sposób powstała moja grupa badana. Poszedłem tropem 106 osób działających w podziemiu i ponad 100 wiernych sług WRONY-y. Wyniki nawet dla mnie, choć spodziewałem się najgorszego, w paru miejscach okazały się szokujące.

Z raportu Rokity

czyli sprawozdania Sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do Zbadania Działalności MSW. Na jej czele stanął 30-letni wówczas Jan Rokita, wschodząca gwiazda polskiej polityki. Komisja w ciągu 2 lat działania zbadała 122 przypadki niewyjaśnionych zgonów działaczy opozycji w czasach stanu wojennego. Uznała, że aż 88 budzi uzasadnione podejrzenia o popełnienie ich przez funkcjonariuszy MSW. Ustaliła także nazwiska ok. 100 osób (milicjantów, prokuratorów, biegłych), wobec których powinny zostać podjęte kroki prawne.

Odbyły się nawet jakieś śledztwa (np. w sprawie Konrada Kornatowskiego, umorzone w 1992), ale nikomu nie postawiono zarzutów. Komisja sejmowa nie jest sądem ani prokuraturą, ale czy mogła mylić się we wszystkich 100 przypadkach? Co stało się a tymi ludźmi?

Karierę Konrada Kornatowskiego wszyscy zapewne pamiętamy. Co prawda IPN oczyścił go ostatecznie z zarzutów stawianych przez komisję Rokity, ale wystawiając fałszywe alibi ministrowi Kaczmarkowi, Kornatowski pokazał się jako typowy przedstawiciel PRL-owskiego aparatu represji. Ale jego sprawa pokazała, że bardzo wiele osób z raportu Rokity pozostało na swoich stanowiskach w sądownictwie, prokuraturze, policji, stopniowo dochodząc do coraz wyższych godności. Inni przekwalifikowali się na radców prawnych, notariuszy, w najgorszym razie adwokatów. Kilka przykładów:

Marek Byliński (Sąd Rejonowy w Przemyślu) jest dziś prezesem tego sądu.

Zdzisław Sznycer (Prokuratura Rejonowa Gdańsk) jest współwłaścicielem Kancelarii Radców Prawnych „Koneksja”. Nazwa bardzo odpowiednia, bo jakże jeśli nie przez koneksje kancelaria zdobyła kontrakty na obsługę samorządów, wielkich inwestycji oraz banków? Z. Sznycer był doradcą Marszałka Senatu, a także został zakwalifikowany do Rad Nadzorczych NFI.

Zbigniew Stańczewski (Prokuratura Wojewódzka Kraków) i Henryk Handzel (Prokuratura Rejonowa w Przemyślu) przekwalifikowali się na adwokatów, pierwszy wchodzi w skład komisji egzaminacyjnych Okręgowej Rady Adwokackiej.

Zygmunt Gardy (wiceprezes Sądu Wojewódzkiego w Przemyślu) co najmniej do 2005 pracował w tym samym sądzie. I publikował. Najśmieszniejsza wydaje się praca z 2003 roku Refleksje praktyka co do wykonywania kary pozbawienia wolności. Faktycznie, praktyk. Powinien dodać ze szczególnym uwzględnieniem wyroków na mocy dekretu o stanie wojennym.

Norbert Chalecki (Prokuratura Rejonowa w Olsztynie) awansował na stanowiska Naczelnika Wydziału w Prokuraturze Okręgowej. Był nim jeszcze w 2007, ale już nie jest, choć pracuje nadal. Zapewne zeszłoroczne protesty społeczne w 25 rocznicę śmierci Marcina Antonowicza, którą to sprawę Chalecki błyskawicznie umorzył, odniosły skutek. To jedyny pocieszający fakt w całym przebadanym materiale.

Hipolit Starszak (zastępca Prokuratora Generalnego) znalazł ciepłą posadkę w Urbanowym „Nie”. Weryfikował prawdziwość esbeckich kwitów, które publikowało pismo Urbana. Urban rekomendował go do sądu koleżeńskiego Izby Wydawców Prasy.

Ryszard Kot (prezes Sądu Wojewódzkiego w Przemyślu) awansował na przewodniczącego II Wydziału Karnego w Sądzie Apelacyjnym w Rzeszowie. I to jest prawdziwy skandal! Za sędzią Kotem ciągnie się smród jak za pułkiem wojska. Dwa cytaty:

Z końcem kwietnia 2002 podczas imprezy imieninowej sędziego Ryszarda Kota w stawie utopił się sędzia Kret. Sprawa stała się głośna, kiedy ujawniliśmy, że imieniny odbywały się w posiadłości Kazimierza J[akubczyka], znanego podkarpackiego biznesmena, oskarżonego w [aferze Kolmer Holding] największej w Polsce sprawie wyłudzeń podatku VAT (ciążą na nim zarzuty wyłudzenia od Skarbu Państwa prawie 3 mln zł).

http://arch.pressmedia.com.pl/

Danuta Majka: Czy wiedział Pan, że Pański podwładny poręczył kredyt rodzinie oskarżonego w aferze VAT-owskiej?

Sędzia Zbigniew Różański, prezes rzeszowskiego sądu apelacyjnego: – Nie miałem o tym pojęcia. Dowiedziałem się z "Gazety Wyborczej" [o tym, że sędzia Ryszard Kot poręczył kredyt rodzinie oskarżonego Kazimierza J. po raz pierwszy napisaliśmy w piątkowej "Gazecie Wyborczej" – przyp. red].

http://wiadomosci.gazeta.pl/

W czerwcu 2007 Ryszard Kot został skazany przez sąd dyscyplinarny w Lublinie za niedopełnienie obowiązków. W połowie lat 90. jako wiceprezes Sądu Rejonowego w Kraśniku nie zrobił nic, by do więzienia trafił mężczyzna skazany za spowodowanie śmiertelnego wypadku po pijanemu. Trochę to przypomina Ala Capone skazanego za oszustwa podatkowe. Ale tylko trochę, bowiem pół roku później sędzia Kot został oczyszczony przez Sąd Najwyższy.

Więcej o Raporcie Rokity


Z „listy Kisiela”

2 grudnia 1984 cotygodniowy felieton Stefana Kisielewskiego w „Tygodniku Powszechnym" nosił tytuł „Moje typy". Składał się z 82 wyrazów napisanych ciurkiem. Były to same imiona i nazwiska w kolejności alfabetycznej bez żadnego komentarza. Każdy, kto doszedł do słów „Broniarek Zygmunt” (albo „Urban Jerzy” – jeśli czytał od końca), orientował się, że jest to lista najgorszych swołoczy dziennikarskich, zaprzedanych duszą i ciałem władzom stanu wojennego. Kisiel, nie mogąc ich splantować w normalnej polemice, wybrał taką formę obejścia cenzury.

Jest na tej liście trochę znanych nazwisk (Andrzej Bilik, Zygmunt Broniarek, Marian Podkowiński, Janusz Stefanowicz, Jerzy Urban, Grzegorz Woźniak, Ryszard Wojna), kilka nieco mniej znanych (Zbigniew Safjan, Karol Szyndzielorz, Marian Dobrosielski, Maksymilian Berezowski, Zdzisław Kamiński, Ryszard Drecki, Ignacy Krasicki, Włodzimierz Łoziński, Jerzy Tepli, Henryk Zdanowski), a poza tym osoby, których nikt już nie pamięta.

Niby w większości przypadków ich kariera została przerwana. Jednak…

Najlepiej ustawił się, rzecz jasna, Jerzy Urban.

Najmniej oporów budzi sytuacja Zygmunta Broniarka – pracuje w branżowej prasie, co jak dla niego na pewno było deklasacją, za to wydał 13 książek. Wiadomo jednak, że ten facet umiał gadać i pisać, a ma o czym. Również Franciszek Nietz, który uwił sobie ciepłe gniazdko jako zastępca redaktora naczelnego tygodnika „Polska Gazeta Transportowa”, jest do zaakceptowania.

Ale już Janusz Stefanowicz jako autorytet studentów (16 publikacji) musi oburzać. Czego on ich może nauczyć – serwilizmu?

O ile nie dziwi kariera Krystyny Szelestowskiej w „Trybunie” (ale sam fakt tak długiego trwania „Trybuny” zdumiewa), o tyle sprzeciw budzi praca Jerzego Tepliego (Polsat, „Trybuna Śląska”, „Dziennika Bałtycki”), Waldemara Kedaja („Wprost”) i Andrzeja Bilika („Kurier Polonijny", „24 Godziny”, „RTV", „Gazeta Prawna") w mediach. A ten ostatni na dodatek ma za sobą karierę ambasadorską!

Kto chciał czytać nowe powieści Zbigniewa Safjana, że tak ochoczo znajdowali się wydawcy? Ktoś słyszał o 7 jego powieściach wydanych po 1989 r.(nie wspominając o wznowieniach i kolejnych emisjach „Stawki większej niż życie”)? A Safjan na dodatek ma na sumieniu donos na rozstrzelanego żołnierza AK, co wyszło na jaw w 1993 r.

Śmiem powątpiewać w literackie talenta i wspaniałe merytoryczne przygotowanie pozostałych 13 pań i panów. Znam się trochę na tej robocie – Grzegorz Woźniak nie miał szansy sam przetłumaczyć w ciągu 20 lat 46 poważnych pozycji. Ani Stanisław Głąbiński napisać 7 własnych książek i przetłumaczyć 30. Albo mieli murzynów, albo odwalali robotę za pomocą tłumacza komputerowego, a potem ktoś się musiał męczyć. Podejrzewam dla poziomu literackiego osób z listy Kisiela reprezentatywna jest znaleziona w internecie opinia o jednym z nich:

to, co zrobił pan Daniel Luliński [24 tłumaczenia], potwierdza jedynie, że zna on język niemiecki. Poprzestańmy na wytknięciu mu braku znajomości niemieckiej terminologii wojskowej oraz zawiłości wydarzeń na froncie wschodnim i Bałkanach. Podobnie jego przypisy wołają o pomstę do nieba.

Ale przyjmijmy, że nie było tak źle. Skąd jednak sypały się zlecenia? Trudno uwierzyć, że powodem mogło być coś innego niż znajomości wyniesione jeszcze z PRL.

Pani Ewa Boniecka jakim cudem namówiła 30 polityków na prywatne rozmówki przy porannej kawie (książka Bliżej polityków)? A redaktorem naczelnym wydawnictwa Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji została w wyniku konkursu?

Czy Karol Szyndzielorz swoim talentom zawdzięcza lukratywne stanowiska w Siemensie i u Zasady? To rzecz jasna pytanie retoryczne. O udział Marka Jaworskiego w spółce Włodzimierza Czarzastego „Polska Dystrybucja Książki” nie warto pytać nawet retorycznie.

Oburza polityczna kariera Andrzeja Bilika (1996-97 ambasador RP w Algierze), Włodzimierza Łozińskiego (rzecznik prasowy prezydenta Jaruzelskiego, współautor jego wspomnień, 1995-96 doradca premiera Oleksego), ale rekord bije sukces Marii Wągrowskiej.

W 2007 r. ta była korespondentka „Rzeczpospolitej” w Brukseli, redaktor naczelna tygodnika „Polska Zbrojna” (dawny „Żołnierz Wolności”), wicedyrektor „Bellony” (dawniej Wydawnictwo MON), szef Programu Bezpieczeństwo Międzynarodowe w Centrum Stosunków Międzynarodowych, wiceprezes Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego przez 10 dni zajmowała stanowisko podsekretarza stanu w MON. Oficjalnym powodem jej dymisji były problemy rodzinne, ale nieoficjalnie mówi się o informacjach z IPN. To jej jednak w niczym nie zaszkodziło. W 2010 została współautorką książki Bronisława Komorowskiego Prawą stroną, życie, polityka, anegdota. To po prostu kompromitacja III RP, całej PO i Bronisława Komorowskiego w szczególności.

Kompromitujące jest jeszcze jedno – wszyscy z wymienionych zachowywali się przyzwoicie (czytaj: zniknęli z życia społecznego) na początku lat 90. A później, stopniowo, z każdym rokiem ośmielali się coraz bardziej. W tej chwili na pewno czują się urażeni takimi tekstami jak mój. Intuicyjnie przypuszczam, że nie przyczaili się, by po okresie z góry założonej kwarantanny znów wyjść w świat. Sądzę, że najpierw bali się, co też im się stanie, a gdy zobaczyli, że nikt o nich nie pamięta, że wiele gorszych szuj robi kariery, przestali odczuwać wstyd za swoją działalność w PRL. Ktoś im sumienia znieczulił, ktoś ich zachęcił do powrotu. Wielbiciele grubej kreski mogą sobie pogratulować.

Więcej o „liście Kisiela”


Z „listy Joanny"

Sytuacja współpracowników podziemnej prasy wydawanej przez Joannę Wierzbicką-Rusiecką, wygląda zgoła inaczej

Ze 106 osób 22 nie żyją. 14 wyemigrowało, a raczej zostało zmuszone do emigracji przed rokiem 1989. Tylko o 45 można znaleźć informacje w internecie. Sześcioro zostało odznaczonych za swą działalność podziemną. Stało się to dopiero za prezydentury Lecha Kaczyńskiego.

Te 106 osób to pełny przekrój społeczny, wiekowy, zawodowy, polityczny. Trudno oprzeć się jednej refleksji – to byli ludzie aktywni, zaangażowani, świadomi, odważni, zdecydowani. Zapewne w większości nie pragnęli żadnej kariery, ale nie odżegnaliby się od pracy dla Polski.

Nie dziwi mnie, że tylko Ryszard Kardasz został prezesem wielkiej spółki, że nikt nie poszedł w ministry (Krystyna Sienkiewicz objęła stanowisko wiceministra), że zaledwie troje (Stefan Śnieżko, Michał Stręk i Teresa Romerowa) objęli wysokie stanowiska państwowe. Niewielu z nas czuje potrzebę bycia na świeczniku.

Ale troje posłów (wspomniana już Krystyna Sienkiewicz z ramienia SLD-UP, śp. Wojciech Pęgiel z KPN i Franciszek Szelwicki z AWS-u) to chyba za mało, a zaledwie czworo samorządowców (Andrzej Perlak – PiS, Adam Bobryk – SLD, Jerzy Stopa i śp. Elżbieta Duszak) woła już o pomstę do nieba.

Ze panią Joanną współpracowało 6 dziennikarzy i 4 filmowców. Dziś tylko trzy osoby (m.in. Michał Bukojemski) działają w mediach. Razi to zwłaszcza, gdy porówna się z czwórka dziennikarzy III RP z listy Kisiela, i weźmie pod uwagę, że Maciej Kwaśniewski w latach 80. był dopiero studentem, a Janusz Bargieł pracuje w prasie regionalnej. Ponadto Dionizy Garbacz jest zasłużonym regionalnym wydawcą i autorem.

Inni wykonują lub wykonywali najróżniejsze zawody. Są wśród nich: nauczyciele, naukowcy, inspektor ubezpieczeniowy, analityk danych, strażnik miejski, informatyk, sprzątaczka, pracownica hurtowni, strażnik więzienny, tłumacz, lekarz, artysta ludowy, rolnik, działacz „S”, inżynier budowlany, kierowca. Większość z nich poznała krócej lub dłużej gorzki smak bezrobocia.

Ci, którzy zrobili karierę, zawdzięczają ją swoim talentom i pracowitości. Najlepszym przykładem jest Wiesław Radłowski, w PRL tokarz, obecnie radca prawny.

O tym, czego się dorobili szarzy współpracownicy podziemia solidarnościowego niech świadczy oświadczenie majątkowe Krystyny Choińskiej. I dla porównania takie samo oświadczenie radnej, dyrektora osiedla w Warszawie. Wybrałem ją zupełnie przypadkowo (podobieństwo nazwisk z jedną osobą z listy Joanny), startowała z listy komitetu mieszkańców (założonego przez byłego burmistrza z PO).

Trudno również nie zauważyć, że trwałe miejsce na szczytach III RP zdobyły wyłącznie osoby związane z SLD i UW. Dla innych przygoda sejmowa lub rządowa była właśnie tylko jednorazową przygodą.

Zadziwiająco dużo jest wśród nich osób zmarłych – ponad 20%. Tylko 2 osoby były już w latach 80. w podeszłym wieku, większość nie dożyła 70-tki. Równie wcześnie zmarły tylko 2 osoby z listy Kisiela. Więc i śmierć w tym przypadku nie okazała się sprawiedliwym sędzią.

Pełna "lista Joanny"

Taka jest cena III RP. Życiorysy zmarnowane dla Polski – setki ludzi, którzy mogliby służyć swojemu krajowi, gdyby dano im szansę. Ale nie dostali tej szansy, my wszyscy nie dostaliśmy szansy na tych ludzi jako naszych radnych, posłów, urzędników, dyrektorów, bo komunistyczne szuje były pod ochroną. Mówiąc symbolicznie, Krystyna Kuta, poetka, działacz SW musi być dziś sprzątaczką, by sędzia Ryszard Kot mógł poręczać kredyty aferzystom.

Yuhmna

Zrodlo: NIEPOPRAWNI.PL, yuhma – blog, 13 maja 2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek