Prof. Mariusz-Orion Jędrysek: Rząd sprzedaje gazowe eldorado


geolodzy-fot-m-borowski-ndzGaz zawarty w złożach łupkowych w Polsce jest wart co najmniej 1000 mld dolarów. Pasywność rządu Donalda Tuska sprawia, że zamiast na 70, dziś możemy liczyć zaledwie na 20 procent tej sumy i utratę pozycji gospodarza-decydenta

Rząd sprzedaje gazowe eldorado

Skarb Państwa nie potrafi zadbać o zyski z potencjalnej eksploatacji gazu łupkowego w Polsce. Odwrotnie niż wielkie firmy poszukiwawczo-wydobywcze, które mimo ponoszonego ryzyka chcą płacić więcej za koncesje, niż żąda za nie państwo.

Podczas trzeciego czytania projektu ustawy Prawo geologiczne i górnicze posłowie, m.in. Wojciech Jasiński i Piotr Cybulski, pytali o zakres obrotu i rynkowej wartości koncesji na poszukiwania i eksploatację gazu w łupkach. Posła Cybulskiego interesowało, czy prawdą jest, że na rynku wtórnym jedna koncesja kosztuje od 50 do 100 mln złotych. Konkretna odpowiedź jednak ze strony rządowej nie padła.

Rzecz jasna, nikt nie podaje bezpośredniej wielkości kwoty transakcji dotyczącej obrotu koncesjami – to tajemnica handlowa i strategiczna każdej poszukiwawczej firmy geologiczno-górniczej. Niemniej jednak można ją oszacować na podstawie danych pochodzących z oficjalnych komunikatów firm i innych doniesień dostępnych w internecie. W Liście do Klubów Parlamentarnych wymieniłem kwotę 50-100 mln zł jako cenę jednej koncesji na rynku wtórnym, i na te kwoty – jak mniemam – powoływał się poseł Cybulski.

Bez kosztów i ryzyka

Gdyby rząd nie zrezygnował z przygotowanego przez rząd PiS projektu powołania Polskiej Służby Geologicznej (PSG) jako organu państwa, a miesiąc po zaprzysiężeniu, z niejasnych przyczyn, nie rozwiązał społecznie działających organów doradczych (Rada Geologiczna, Rada Górnicza, Honorowy Komitet Głównych Geologów Kraju, Komisja Geoekologii i Metod Analitycznych), to nie tylko dziś, ale już dwa lata temu byłoby wiadomo, ile są warte wspomniane koncesje. W zastępstwie rządu, jak i istniejącej Państwowej Służby Geologicznej chciałbym podać przykładową wycenę wartości koncesji na poszukiwanie gazu w łupkach. Wycena opiera się na szacowanej wartości transakcji (dane internetowe) zawartej pomiędzy firmami Talisman i San Leon w zakresie udziału w koncesji na poszukiwanie i rozpoznawanie gazu z łupków w okolicach Braniewa i Gdańska.

Jedna firma zapłaciła drugiej gotówką około 1,5 mln euro. Ponadto firma nabywająca udziały w koncesji poniosła koszty badań sejsmicznych (2D) i prowadzi na swój koszt wiercenia badawcze dotyczące co najmniej 1000 m poziomych odwiertów, z dwiema opcjami na dodatkowe 500 m każda. A oto, co w zamian uzyskuje firma nabywająca koncesję: 30 procent udziału oraz dodatkowo opcję uzyskania dodatkowych 30 procent udziału za wykonanie kolejnego odwiertu na swój koszt. Sprawa w identyczny sposób dotyczy łącznie trzech obszarów koncesyjnych. Z tego wynika, że San Leon – za to, że oddał od 30 do 60 procent udziałów (w zależności od opcji), będzie dysponował kosztującymi kilkadziesiąt milionów dolarów wynikami badań i wiedzą dotyczącą wielkości zasobów gazu w łupkach występujących na swoich trzech obszarach koncesyjnych. Jeśli w oparciu o wartość rynkową kosztów badań związanych z poszukiwaniami poniesionych przez Talisman szacować wartość rynkową jednej koncesji, to trzeba ją ocenić na kwotę rzędu 50-100 mln zł za każdą. Za uzyskanie tych koncesji od Skarbu Państwa San Leon zapłacił, jak najbardziej legalnie, Skarbowi Państwa kilkaset tysięcy złotych. Jednocześnie nadal będzie dysponował 40-70 procentami udziałów w koncesji, a więc w potencjalnym przyszłym zysku liczonym w miliardach dolarów. To wszystko praktycznie bez ryzyka i kosztów – jeśli nie liczyć kilkuset tysięcy złotych wydanych na przygotowanie wniosku koncesyjnego i opłatę za uzyskaną koncesję. Gdyby Talisman sam złożył wniosek koncesyjny, tak jak to zrobił wcześniej San Leon, to za dokładnie te same nakłady poniesione na poszukiwania byłby właścicielem 100, a nie 30 czy 70 procent udziału w koncesji. Stąd, mimo że nie jestem ekonomistą, uważam, iż szacowana wartość koncesji jest wiarygodna.

Jeśli powyższe, bardzo szacunkowe kalkulacje są nieprzekonujące, to radziłbym stronie rządowej prześledzić oficjalnie anonsowane transakcje, np. ostatnią zawartą w maju br. pomiędzy Nexen a Marathon.

Miliardowe zyski

Jestem przekonany, że kwoty, jakie przytoczyłem, są raczej zaniżane, i to znacznie. Należy pamiętać, że największe ryzyko ponieśli pierwsi inwestorzy, którzy uzyskali koncesje w 2006 i 2007 roku. Wartość informacji geologicznej od nich uzyskanej, którą muszą się dzielić ze Skarbem Państwa, jest ogromna. Następne firmy ponosiły mniejsze ryzyko, a wynikająca z ich badań informacja geologiczna jest wielokrotnie mniej warta, bo już nie jest pierwsza. Stąd opłaty za każde następne koncesje udzielane po dłuższej przerwie powinny rosnąć wielokrotnie. Jeśli dziś wiadomo, z prawdopodobieństwem np. 50 procent i bez wierceń, że gaz na jednej koncesji może być wart kilka miliardów dolarów, to ile kosztuje koncesja lub choćby udział w niej?

Takie proste kalkulacje przedstawiłem dwa miesiące temu na jednej z konferencji, w której uczestniczyli także przedstawiciele Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego (w tym jego dyrektor), pełniącego rolę państwowej służby geologicznej. Skoro strona rządowa utrzymuje, że PIG świetnie spełnia zadania służby geologicznej, to dlaczego o tak kluczowej sprawie, jak rynkowa wycena koncesji, obecni na konferencji, a szczególnie aktywnie dyskutujący przedstawiciele PIG nie poinformowali rządu o możliwych wartościach koncesji na poszukiwania? Możliwe, że zarobiliby w ten sposób dla Polski kilkaset milionów złotych (jeszcze było to możliwe). To i wiele innych okoliczności dowodzi, że w obecnej sytuacji prawnej i wewnętrznej strukturze PIG nie jest w stanie być organem państwa działającym wyłącznie w jego imieniu.

Drugiej Norwegii nie będzie

Wróćmy jednak do oszacowań wartości koncesji na poszukiwanie i rozpoznawanie gazu w łupkach. Gdybym nawet omyłkowo zawyżył dziesięciokrotnie powyższe szacunki (a równie dobrze pokazane szacunki mogą być mocno zaniżone), to i tak byłoby to jeszcze dziesięć razy więcej niż kwota, jaką pobiera polski rząd za udzielenie koncesji, i to wraz z użytkowaniem górniczym (sic!). Tę ostatnią sprawę zresztą bardzo mgliście tłumaczy strona rządowa, tak jakby kwota za użytkowanie górnicze nie była jeszcze pobrana – a według mojej wiedzy, prawdopodobnie już jest pobrana i zawiera się w wymienionej żenująco niskiej kwocie od 29 do 30 mln zł łącznie za wszystkie koncesje i użytkowanie górnicze. Innymi słowy, jeśli mam rację, to za jedną koncesję poszukiwawczą państwo polskie pobiera 1 procent (!) lub ułamek procenta jej wartości rynkowej. Jeśli tak, to teraz trzeba pomnożyć utratę kilkudziesięciu (kilkuset?) milionów złotych na każdej koncesji na poszukiwania przez liczbę kilkudziesięciu koncesji (nie mniej niż 65 – bo na tyle subiektywnie oceniam liczbę bezsensownie wydanych koncesji). Te kalkulacje opiewają na miliardy złotych, które Skarb Państwa mógł zarobić, i to w większości w twardej walucie.

Co najmniej od czasów Adama Smitha wiadomo, że towar jest wart tyle, ile ktoś za niego jest gotów zapłacić. Rynek wtórny pokazał, że firmy, mimo ponoszonego ryzyka, są gotowe płacić o wiele więcej za koncesje na poszukiwania, niż państwo za nie żąda. Co gorsza, przy obecnym stanie prawnym, a także przy tym właśnie uchwalonym Prawie geologicznym i górniczym, wydając koncesje na poszukiwanie i rozpoznanie dowolnego złoża kopaliny, wiążemy sobie ręce na przyszłość w odniesieniu do wydobycia tej kopaliny, kopalin towarzyszących (opłata eksploatacyjna niższa o 50 procent) i innych działań (np. wielce zyskowne zatłaczanie CO2 pod łatwymi do spełnienia warunkami). Koncesję na wydobycie bowiem trzeba wydać temu, kto dokonał odkrycia złoża i kto dysponuje prawem do informacji geologicznej dla obszaru koncesyjnego. Jedno i drugie mają tylko firmy, które posiadają koncesję poszukiwawczą. Dlatego utrzymuję, że Skarb Państwa w praktyce dostanie tyle, ile uznają za słuszne koncesjonobiorcy – czyli firmy, o których w wielu przypadkach państwo nic nie wie, np. kto jest ich właścicielem. Oczekiwany model norweski (o którym wspominał m.in. świetny ekspert Grzegorz Pytel) i około 70 proc. udziału Skarbu Państwa w zyskach nie mają już najmniejszych szans na realizację w Polsce.

Jaki jest więc interes państwa? Jeśli gaz zawarty w złożach jest wart co najmniej 1000 mld dolarów (1 bln), to ile z tego będzie miało państwo polskie, powinna już trzy lata temu liczyć służba geologiczna. Jeśli nie zostaną podjęte przełomowe kroki, to zysk Skarbu Państwa będzie mniejszy niż 20 procent, i to tylko w zakresie najprostszych, bo podatkowych, opłat – bez szans na efekt multiplikacji wynikający np. z rozwoju własnych technologii. Innymi słowy, uwzględniając koszty poszukiwań, wydobycia, transportu itd. – na potencjalnej eksploatacji, księgowo Skarb Państwa straci bezpośrednio nie mniej niż 500 mld złotych. Jest to więcej niż np. dotacje netto uzyskane (wykorzystane) z Unii Europejskiej.

Rząd wybiera milczenie

Skoro obecny rząd nie potrafi odpowiedzieć na fundamentalne pytania dotyczące obrotu strategicznymi koncesjami, to znaczy, że całość odbywa się poza wiedzą Skarbu Państwa i w ogóle państwa jako właściciela kluczowych zasobów geologicznych. Mimo apeli posłów i członków poprzedniego rządu polityka geologiczna nie ulega zmianie (gaz w łupkach to element polityki geologicznej), a proponowane rozwiązania stan ten pogarszają. Potwierdza to tylko to, co mówiłem wielokrotnie wcześniej, że polską geologię w wymiarze państwowym trzeba zbudować od nowa, zdecydowanie bazując na tym, co mamy, ale z nową koncepcją dbania o interes silnego państwa. Kwestie koncesyjne, zasadnicze dla interesu państwa, powinny być weryfikowane i oceniane przez wyspecjalizowaną służbę geologiczną, jaką miała być ustawowo konstruowana (w latach 2006-2007) Polska Służba Geologiczna. Podstawą uzyskanej wiedzy rynkowej miał być los pierwszych kilkunastu wydanych przeze mnie i z mojej inicjatywy, jako ówczesnego głównego geologa kraju, koncesji.

Uważałem, że po wydaniu kilkunastu procent koncesji należało nie tylko przerwać koncesjonowanie, ale też milczeć – stąd nie wspominałem o gazie w łupkach w swoim Sprawozdaniu…
(www.morion.ing.uni.wroc.pl/teksty/aktualnosci.php? action=view&id=343).
A to dlatego, aby w spokoju przygotować państwo prawnie (Pgg) i organizacyjnie (PSG itd.) do tak wielkiej inwestycji w dziedzinie gospodarki i środowiska, ale też choćby dlatego, aby bez pijarowskich nagłośnień umożliwić prowadzenie badań, które właśnie przez głośny rządowy PR są utrudnione. Miało to m.in. zapobiec (zanim powstanie strategia wypracowana przez nowo powołaną Polską Służbę Geologiczną i nowe prawo) problemom, jakie dziś napotykają firmy poszukiwawcze.

Milczeć już dłużej nie sposób – stąd wysłałem blisko rok temu list otwarty do premiera Donalda Tuska, na który do dziś nie dostałem odpowiedzi. Mam prawo nie mieć racji, bo nie posiadam dostępu do wiedzy, narzędzi i możliwości działania, jakimi dysponuje rząd – a ten satysfakcjonujących informacji nie udziela. Nie mogę też liczyć na pomoc służby geologicznej, za jaką rząd uważa PIG. Mam jednak prawo pytać, wyciągać wnioski i wskazywać nieprawidłowości. Taki jest mój nie tylko obywatelski obowiązek, ale obowiązek osoby, która z własnej inicjatywy przygotowała i uruchomiła poszukiwania gazu w łupkach w Polsce. To zostało zmarnowane! Na swoje pytania wielu posłów nie otrzymało odpowiedzi w zakresie, w jakim rząd miał obowiązek mieć pełną wiedzę. Na rzeczową odpowiedź w najbliższym czasie nie liczę więc i ja. Czy ktoś na nią liczy?

Prof. Mariusz-Orion Jędrysek

Autor jest pracownikiem naukowym w Zakładzie Geologii Stosowanej i Geochemii Uniwersytetu Wrocławskiego; był podsekretarzem stanu i głównym geologiem kraju w rządzie PiS.

Zrodlo: Nasz Dziennik, 16 maja 2011, Nr 112 (4043)

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek