Mec. Stefan Hambura: Mniejszość, nie osoby polskojęzyczne


stefan-hambura-foto-r-sobkowicz-ndzPrzeciwko uznaniu przez władze w Berlinie polskiej mniejszości lobbuje m.in. niemiecko-polski think-tank Grupa Kopernika

Mniejszość, nie osoby polskojęzyczne

Jeśli w uchwale o uczczeniu i rehabilitacji obywateli pochodzenia polskiego przygotowywanej przez Bundestag nie znajdzie się sformułowanie "mniejszość polska", będzie to wyraz złej woli władz w Berlinie i konsekwentnego degradowania pozycji Polaków mieszkających w Niemczech. Uchwała ma zostać przyjęta 10 czerwca, na tydzień przed obchodami 20. rocznicy podpisania polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy.

16 i 17 kwietnia 2010 r. w Berlinie na zaproszenie Deutsches Polen-Institut w Darmstadt oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego debatowali polscy i niemieccy eksperci z Grupy Kopernika. Przypomnijmy, że stanowi ona rodzaj think-tanku opiniującego polsko-niemieckie relacje. Projekt finansowany jest przez Fundację Boscha.

Temat spotkania brzmiał "Osoby polskojęzyczne w Niemczech. Przyczynek do pragmatyki wspierania". Referaty wprowadzające wygłosili: ambasador RP w Berlinie dr Marek Prawda oraz dr Christoph Bergner, poseł do Bundestagu, pełnomocnik rządu federalnego ds. przesiedleńców i mniejszości narodowych.

W komunikacie z posiedzenia Grupy Kopernika podpisanym przez prof. dr. Dietera Bingena oraz dr. Kazimierza Wóycickiego, który był jednym z kandydatów na objęcie stanowiska szefa IPN po tragicznej śmierci prezesa Janusza Kurtyki, czytamy między inymi: "Grupa Kopernika przywiązuje dużą wagę do stwierdzenia, że dzisiaj nie można porównywać grupy osób mówiących po polsku w Niemczech z grupą z lat 1920/30, gdyż jest ona bardzo heterogeniczna. Z powodu ustalenia nowej granicy w 1945 roku przestały istnieć autochtoniczne mniejszości na Śląsku, w Prusach Wschodnich i na Pomorzu Gdańskim, których zasadniczo dotyczył ww. artykuł. Obecnie grupa ta składa się w niewielkiej mierze z przedstawicieli "starej" emigracji (np. w Zagłębiu Ruhry), podczas gdy największą jej część stanowią późni przesiedleńcy. Inne jej części to osoby polskojęzyczne, które po II wojnie światowej pozostały w Niemczech jako byłe tzw. Displaced Persons (D.P., dipisi), ponadto byli emigranci polityczni, którzy przyjechali do RFN po 1945 roku, ale przede wszystkim w latach 80. Kolejną ważną pod względem ilościowym grupę stanowią polscy emigranci zarobkowi lat 90., którzy przyjeżdżali do Niemiec w fazach o różnym nasileniu, mieszkając tu i pracując. Dlatego biorąc pod uwagę ich obecną sytuację w Niemczech, nie może być dziś mowy o mniejszości polskiej w sensie formalnoprawnym. Odpowiednie żądania poszczególnych przedstawicieli stowarzyszeń, zdaniem Grupy Kopernika, okazują się szkodliwe dla stosunków polsko-niemieckich".

Czy dążenie do prawdy historycznej może być szkodliwe dla stosunków polsko-niemieckich?

Niewygodna mniejszość

Do spotkania tej grupy wracam z dwóch powodów. Jednym z nich jest artykuł we "Frankfurter Allgemeine Zeitung" z 4 czerwca bieżącego roku, który powołuje się na powyższe wyniki tego spotkania, dając do zrozumienia, że autor artykułu porusza się śladami mniejszości, której nie ma ("Auf den Spuren einer Minderheit, die es nicht gibt"). Symptomatyczne stwierdzenie. Autor dokonuje wiwisekcji życiorysu Marka Wójcickiego, szefa Związku Polaków w Niemczech, chcąc wykazać, że właściwie nie jest on Polakiem, gdyż w 1982 r. przyjechał do Niemiec jako tzw. późny przesiedleniec. Nieważne, że sam Wójcicki zwraca uwagę, iż w tamtych czasach "trzeba było się podać za Niemca, żeby wyjechać na Zachód". Wniosek ma się nasuwać samoczynnie: że najstarszą, polską organizacją kieruje Niemiec, który nie ma nic wspólnego z dawną, zdelegalizowaną mniejszością polską w III Rzeszy. Dziennikarz "FAZ" zauważa także, że siedziba Związku Polaków jest "w opłakanym stanie", co znów ma dowodzić, że polska organizacja to jakiś anachronizm, stowarzyszenie niechciane nawet przez Polaków w RFN. Innymi słowy, wypędzenie jest w Niemczech dziedziczne, o czym świadczy przyjmowanie w jego szeregi nawet dzieci wysiedleńców z dawnych terenów III Rzeszy, a także imigrantów ekonomicznych z ostatnich lat, natomiast polskość – nie. Autor "FAZ" nawet nie zadaje sobie pytania, jak to się stało, że pozbawiona środków finansowych siedziba polskiej organizacji jest dziś w "opłakanym stanie". Bardzo to osobliwa metoda działania i argumentacji: najpierw podciąć orłowi skrzydła, a potem uznać go za nikomu niepotrzebnego i niechcianego nielota…

Konsekwentne degradowanie Polaków

W tekście "FAZ", który w sposób jednoznaczny wspiera stanowisko rządu federalnego w tej kwestii, postawiona jest kropka nad i: według zapisów porozumienia polsko-niemieckiego sprzed dwudziestu lat prawa mniejszości mają wyłącznie Niemcy w Polsce, a "dla mieszkających w Niemczech Polaków traktat takiego statusu nie przewiduje". Wypada zatem zapytać, jakie znaczenie mają artykuły 20-21 tego traktatu, które mówią – co podkreślam – o jednakowych prawach obu tych grup, niezależnie od tego, jaką semantykę zastosowano przy ich określaniu? Krótko mówiąc, dziś już bez maski strona niemiecka mówi o różnicy, która istnieje, a której podobno miało nie być. Rodzi się pytanie: co jest mydleniem oczu – dzisiejsza postawa tych, którzy słusznie domagają się przywrócenia praw nielegalnie rozwiązanej mniejszości polskiej w 1940 r., czy retoryka obrońców zdegradowanego statusu Polaków w Niemczech? Czemu miało służyć to całe pustosłowie w artykułach 20-21 o równych prawach niemieckich Polaków i polskich Niemców, które dziś ma być obchodzone z fanfarami w dwudziestą rocznicę podpisania tego traktatu? Strona niemiecka jest konsekwentna. W tym samym duchu wybrzmiewa projekt uchwały Bundestagu z 24 maja tego roku, który traktuje o uczczeniu i rehabilitacji obywateli pochodzenia polskiego (polnischstämmige Bźrger) – ani razu nie pada pojęcie mniejszość polska. Jest natomiast mowa o mniejszości niemieckiej w Polsce, która mimo uprzywilejowanej sytuacji wysuwa kolejne żądania.

Wydawałoby się, że niemieckim posłom, przynajmniej ich współpracownikom, powinna być znana historia Niemiec – niezależnie od ich terminologii mniejszość polska nie "wyparowała" po II wojnie światowej w RFN.

Niemieckie zasady to pragmatyzm

Związek Polaków w Niemczech spod znaku Rodła obejmował swą działalnością dzielnice. Części jego dzielnicy II Berlin, dzielnica ta obejmowała Brandenburgię z Berlinem, Saksonię, Hamburg, Dolny Śląsk, Pomorze i Marchię Graniczną Poznań – Prusy Zachodnie), oraz cała dzielnica III (Bochum, obejmowała Westfalię, Nadrenię, Badenię i Palatynat) leżą na dzisiejszych terenach należących Republiki Federalnej Niemiec. Mniejszość polska w Niemczech liczy obecnie 200- -300 tys. osób. Reszta Polaków – 1 mln 700 tys. – to osoby, które podlegają pod zapisy traktatu z 1991 roku, którego uregulowania nie są należycie wykonywane przez stronę niemiecką. Ostatnio przyznała to Cornelia Pieper, niemiecka wiceminister spraw zagranicznych, w wywiadzie dla jednej z polskich gazet.

Pod koniec maja br. odbyło się wspólne posiedzenie prezydiów Sejmu i Bundestagu w ramach obchodów 20. rocznicy podpisania polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie. Na wspólnej konferencji prasowej marszałka Sejmu Grzegorza Schetyny oraz przewodniczącego Bundestagu Norberta Lammerta ten drugi stwierdził, że obecnie przygotowywana jest uchwała, która ma być przyjęta przez Bundestag przed obchodami 20-lecia podpisania traktatu. Natomiast Schetyna wyraził nadzieję, że zapis, który ma pojawić się w uchwale, "będzie taki, jaki oczekiwany jest przez stronę polską". Po powrocie z Polski ukazała się notatka z tej podróży na stronach internetowych Bundestagu pt. "Pragmatyczne rozwiązania zamiast sporu o zasady" ("Pragmatische Lösungen statt Prinzipienstreit"). Tytuł nie wróży dobrze.

Z kontekstu powyższej wypowiedzi marszałka Schetyny wynika, że sprawa braku pojęcia "mniejszość polska" została prawdopodobnie podjęta przez prezydium Sejmu. Przed spotkaniem brak tego pojęcia w projekcie uchwały Bundestagu został podniesiony przez niektóre polskie media. Jest to wręcz warunek nieodzowny, aby ta uchwała mogła zostać pozytywnie przyjęta przez przedstawicieli mniejszości polskiej w Niemczech oraz przez stronę polską. Brak tego sformułowania w uchwale Bundestagu wskazywałby wręcz na złą wolę strony niemieckiej i cofnąłby nas we wzajemnych stosunkach. Gdyż nie może być tak, aby o mniejszości polskiej w Niemczech mówić tylko np. przy okazji podpalenia – jak podała niemiecka prasa – przedwojennego domu działacza mniejszości polskiej Jana Baczewskiego. Jan Baczewski w latach 1919-1920 kierował polską akcją plebiscytową na Warmii. Zainicjował działalność Związku Polaków w Prusach Wschodnich i Towarzystwa Szkolnego w Olsztynie (1920). Był współtwórcą Związku Polaków w Niemczech (1922) oraz założycielem Związku Mniejszości Narodowych w Niemczech (1924). W 1932 r. zapoczątkował działalność Związku Polskich Towarzystw Szkolnych. W dniu rozpoczęcia II wojny światowej, 1 września 1939 r., został on, podobnie jak wielu innych polskich działaczy, aresztowany we własnym domu i zesłany do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Jego dom przejął funkcjonariusz NSDAP. Baczewski przeżył wojnę. Powrócił do Polski, zmarł w Gdańsku w 1958 roku.

Widmo błędów przeszłości

W Rangsdorfie żyją dzisiaj wnuczki Jana Baczewskiego. Jedna z nich wspominała na łamach "Naszego Dziennika" (10.08.2010): "Gabriela Baczewska-Pazda często przytaczała słowa dziadka: "Być Polakiem w Polsce to łatwo, być Polakiem w Niemczech to trudniejsze, ale być Polakiem w Niemczech i walczyć o polskość, to już trzeba zapisać na osobnej kartce"".

16 maja br. w miejscowości Rangsdorf koło Berlina na ulicy Kurparkallee 27 odbyło się odsłonięcie tablicy pamiątkowej ku czci Jana Baczewskiego. Jego wnuczki podkreślały w swoim przemówieniu, że w tym trudnym czasie były im bardzo pomocne słowa wypowiedziane przez ministra spraw zagranicznych dr. Guido Westerwellego w dniu 31.08.2010 r. w Hannowerze: "Państwu, które nie przekaże swojej młodzieży własnej historii, grozi w przyszłosci niebezpieczeństwo powtórzenia błędów z przeszłości".

Do tej historii, ale także do teraźniejszości, należy bezspornie mniejszość polska w Niemczech. Aby Bundestag, podejmując swoją uchwałę, nie zapomniał o słowach swojego kolegi parlamentarzysty, który jest jednocześnie ministrem spraw zagranicznych.

Mec. Stefan Hambura

Autor jest adwokatem w Berlinie, reprezentuje Związek Polaków w Niemczech oraz organizacje polonijne.

Zrodlo: Nasz Dziennik, 8 czerwca 2011, Nr 132 (4063)

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek