Kto jest pracodawcą Donalda Tuska?


money-flowed-photo-interObchody dziesiątej rocznicy powstania Platformy Obywatelskiej obserwowałem w z bardzo ograniczonym zainteresowaniem. Trochę dlatego, że po powrocie pani Toyahowej Budapesztu, wpadłem w nastrój, który bardzo skutecznie mnie uchronił przed zadręczaniem się widokiem tej bandy durniów i złodziei, która zebrała się w gdańskiej hali, żeby święcić jeszcze jedno zwycięstwo w kolejnej ustawce, ale trochę też przez to, że obserwowanie tego, jak moje węgierskie przeżycia należą tylko do mnie i niemal już nikogo więcej, okropnie mnie przybiło i w ogóle na chwilę odechciało mi się tak zwanego uczestnictwa. W pewnym momencie ogarnęła mnie wręcz taka desperacja, że pomyślałem sobie, że nie byłoby chyba najgorszym pomysłem, gdybym następny wpis tu umieścił dopiero wtedy, gdy będę miał pewność, że owa węgierska kwestia, ludzi, dla których ten blog jest przede wszystkim prowadzony, jakoś tam zainteresowała.

Starość, cholera. Chyba idzie starość.

Ponieważ jednak z całą pewnością wiem, że jest wciąż wiele osob, które lubią tu zaglądać i czytać te smutki, chciałbym podzielić się paroma refleksjami na temat odgłosów, jakie, mimo wszystko, z tego – jak to idealnie określił Jarosław Kaczyński – Titanica do mnie dotarło. A zatem, jeśli mimo wszystko mogę coś na ten temat powiedzieć, to przychodzą mi do głowy trzy rzeczy. Pierwsza to taka, że organizatorom udało się zapchać niemal całą halę, w której główna impreza się odbywała, i muszę przyznać, że te, jak mówią, 15 tys. osób, robi wrażenie. Nawet dziś, kiedy to gazeta Fakt publikuje reportaż o nawalonych działaczach Platformy wracających specjalnymi pociągami z Gdańska do swoich domów.

Drugi element tego wydarzenia – w pewnym sensie równie ekscytujący co ten tłum pijanej hołoty – to oczywiście obecność na miejscu Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Widziałem ja, jak tam sobie potulnie siedzi między Radkiem Sikorskim i Bartoszem Arłukowiczem, i pomyślałem sobie, że oto mamy do czynienia z takim rodzajem desperacji, gdzie już nawet nie ma co się silić na pozory. Z takim rodzajem desperacji, gdzie nie ma już ani wstydu, ani zakłopotania, ani nawet zastanowienia. To co zostało, to wyłącznie strach przed wpadnięciem w otchłań. To jest już ten rodzaj desperacji, gdzie człowiek wie, że dalej będzie prawdopodobnie jeszcze gorzej, tyle że już nie może się zatrzymać, bo mu już tylko zależy na tym, żeby nie bolało. Żal mi tej biednej Joanny jak jasna cholera.

Zdarzyło się jednak w czasie tego wielkiego gdańskiego wydarzenia coś, co moim zdaniem znacznie przebiło równocześnie sam imponujący jego rozmiar, jak i ów ponury upadek Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Mam tu na myśli fragment wypowiedzi Donalda Tuska na temat tego, w stosunku do czego władza, którą on reprezentuje ma zamiar czuć szacunek, a w stosunku do czego owego szacunku czuć zamiaru nie ma. Wyszło bowiem na to, że oni, jak to w ów przedziwny sposób określił Premier, nie będą „klękać” przed – słuchajmy, słuchajmy! – „księdzem, bankierem i związkowcem”. Przed kim natomiast będą klękać? Otóż klękać ci państwo będą przed tymi „którzy dają nam pracę”. No i przed Bogiem. Ale ponieważ przed Bogiem klękał nawet sam Luca Brasi – kto wie, ten wie – ta akurat informacja jest w sposób oczywisty pusta, a przez to zupełnie nieistotna.

I to jest coś, w moim odczuciu, absolutnie rewelacyjnego. Bo oto, chyba po raz pierwszy, tak wysoki przedstawiciel projektu o nazwie Platforma Obywatelska, a jednocześnie najwyższy członek władz państwowych, przyznał, że to co oni nam przynieśli przed czterema laty, to najczystszej wody bolszewizm, tyle że w nowo-europejskim wydaniu. Dlaczego bolszewizm? Otóż bolszewizm z tego powodu, że niemal na jednym oddechu, Donald Tusk wyliczył jako swoich wrogów, dwóch symbolicznych już wręcz wrogów czerwonej rewolucji – a mianowicie kapitał i Kościół. Pozostaje jeszcze wyjaśnienie, dlaczego bolszewizm w wydaniu nowo-europejskim? Właśnie ze względu na ten trzeci punkt na liście wrogów nowej władzy . Mam na mysli związkowca. W przypadku sowieckiego komunizmu, związkowiec, jako polityczny reprezentant robotniczych mas, był przez władzę hołubiony z tej prostej przyczyny, że stanowił nieodłączną część tej władzy, a więc był towarzyszem. Władza była dla ludu pracującego, związkowiec był tego ludu wybranym przez władze reprezentantem, a zatem wrogów było tylko dwóch: Kościół i kapitalista. W Nowej Europie, kiedy robotnik się siłą rzeczy wyemancypował i zaczął stanowić osobny podmiot życia społecznego, często wręcz w opozycji do władzy, mógł się stać tej władzy albo demokratycznym partnerem, albo wrogiem. W przypadku cywilizowanych europejskich ustrojów – stał się partnerem. W przypadku nowej bolszewii – z którą mamy najwyraźniej dziś do czynienia w Polsce – robotnik stal się wrogiem, na równi z kułakiem i klerem.

Jest jednak w tym wszystkim coś, czego nie rozumiem. Otóż nie do końca wiem, o co Donaldowi Tuskowi chodziło z tymi bankierami. Czemu on się dopieprza do bankierów? Mam tu bardzo poważny dylemat, bo w drugiej części swojej wypowiedzi, Premier wyraźnie powiedział, że ludzie Platformy będą klękać przed tymi, którzy dają im pracę. Z informacji jakie do nas dotarły ostatnio z innej strony, wynika, że banki, nie dość że utrzymują znaczną część polityków Platformy, to w pewnym stopniu gwarantują im, w miarę swoich możliwości oczywiście, bezpieczną przyszłość. Więcej – to dzięki bankierom właśnie, ten rząd wciąż jest w stanie jakoś utrzymywać budżet naszego państwa, wprawdzie już na granicy katastrofy, ale jednak wciąż tylko granicy. A więc, można by było oczekiwać, że przed bankierem jednak Donald Tusk klęczeć się zgodzi. A tu tymczasem okazuje się, że z niego bolszewik pełną gębą.

I tu przychodzi mi do głowy pewne rozwiązanie tej zagadki. Przyznaję, że rozwiązanie nieco karkołomne, ale mam nadzieję, że każdy przyzna, że lepsze takie niż żadne. Otóż, jak donoszą nam ci, którzy się znają na rzeczy, Donald Tusk jest jednym z najbiedniejszych polityków partii rządzącej. On, z jakiegoś zupełnie niezbadanego przeze mnie powodu, jest biedny jak mysz kościelna. Z jakiegoś powodu, on akurat jest niemal tak samo ubogi jak, nie przymierzając, Jarosław Kaczyński. Z jakiegoś powodu, dla niego akurat pan bankier okazał się mało życzliwy. Zadbał pan bankier o Grzegorza Schetynę, o ministra Rostowskiego, zadbał z całą pewnością o Pawła Grasia, Michała Boniego i Sławomira Nowaka, zadbał wreszcie o naprawdę wielu już znacznie, ale to znacznie, mniej ważnych polityków Platformy Obywatelskiej. Donald Tusk został tu ze swoim starym autem i jakimś smutnym mieszkaniem w bloku.

A więc Donald Tusk oczywiście nie będzie klęczał przed związkowcem, nie będzie też klęczał przed księdzem, ale też nie ma żadnego powodu, żeby służyć kapitaliście. On – zgodnie zresztą ze swoją wyraźnie bardzo sformułowana zapowiedzią – będzie wierny tylko temu, kto mu daje pracę. Co, w jego wypadku akurat, oznacza pracę marną, bardzo nerwową, prawdopodobnie fatalnie płatną i pełną niepewności. Ale jednak pracę. Kto to taki? Nie mam niestety pojęcia. On coś wspominał o ludziach. Ludziach w ogóle. Jednak my wiemy, że pracy nie dają ludzie w ogóle, ale, powiedzmy, ludzie-koledzy. A w najgorszym wypadku ludzie-koledzy kolegów. No ale i tak nie wiem, kto w przypadku premiera Tuska, byłby tym jego naprawdę pierwszym kolegą. Kto mu daje tę robotę?

Patrzyłem przez chwilę na wystąpienie Donalda Tuska w tej pięknej gdańskiej hali i od czasu do czasu widziałem też, jak w pierwszym rzędzie siedzą pani Małgosia z panią Kasią. Wyglądały jak zwykle prześlicznie, a kto wie, czy nawet nie bardziej prześlicznie niż zawsze.. A ja jestem ciekawy, co one sobie o tym wszystkim myślały. Jeśli w ogóle one jeszcze mają zdrowie, żeby o tak trudnych sprawach myśleć. Żeby w ogóle myśleć.

Toyah

Zrodlo: Blog – Toyah: Posluchaj, to do Ciebie – 13 czerwca 2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek