Jan Engelgard: Kłopot z Banderlandem


Engelgard-Jan-fot-interMinęła kolejna, 68. rocznica rocznica ludobójstwa dokonanego przez ukraińską UPA na Polakach. W Polsce prawda o tej zbrodni przebiła się już do świadomości społecznej, zauważają ją także media. Im jednak wyżej – tym gorzej. Rządzący z uporem stosują taktykę przemilczania lub spychania problemu na bok. Argument jest taki – dla dobra stosunków dwustronnych lepiej o tym milczeć. Ta zasada nie jest jednak stosowana wobec Rosji, tylko Ukrainy – w myśl podtrzymywanych nadal mesjanistyczno-prometejskich mrzonek. Gołym okiem widać wszakże, że coraz bardziej palącym problemem jest tzw. Ukraina Zachodnia, która przekształciła się w quasi-autonomiczny Banderland z dominującą rolą partii „Swoboda”.

Jak czytamy w opracowaniu Tadeusza Olszańskiego z Ośrodka Studiów Wschodnich: „Najważniejszym elementem programu Swobody jest etnocentryzm. Narodowość obywatela ma być kategorią publiczną. W organach władzy wykonawczej, siłach zbrojnych, oświacie, nauce, a nawet gospodarce ma być zaprowadzony cenzus narodowościowy: ich skład ma procentowo odpowiadać proporcji Ukraińców i mniejszości narodowych (…) Oprócz programu oficjalnego istnieje również program nieoficjalny, nie ujęty w formie jawnego dokumentu, lecz dający się odczytać z wypowiedzi członków Swobody, a także podejmowanych przez nich działań. Jest on znacznie bardziej radykalny, w tym rasistowski”.

„Swoboda” i głoszone przez nią hasła znajdują coraz większe poparcie wśród młodzieży, mają decydujący wpływ na władze lokalne. Widać to gołym przy kolejnych próbach „pojednania” czy upamiętnienia ofiar UPA. Było to także widać podczas kuriozalnej uroczystości odsłonięcia pomnika zabitych we Lwowie w 1941 polskich profesorów, kiedy uczestnicy uroczystości jak ognia unikali słowa „polscy”. Nie wspomnę już o oficjalnej gloryfikacji zbrodniczej UPA i jej przywódców bezpośrednio odpowiedzialnych za ludobójstwo na Wołyniu i Podolu (chodzi to przede wszystkim o Dmitrija Klaczkiwskiego „Kłyma Sawura”, który wydał rozkaz wymordowania ludności polskiej na Wołyniu i Romana Szuchewycza, który to sankcjonował).

Problem jest poważny – wiele miast i województw w Polsce ma podpisane porozumienia o współpracy z miastami i obwodami Zachodniej Ukrainy. Czy w takiej atmosferze, pełnej bezczelności i powakacji ze strony niedojrzałego ukraińskiego szowinizmu – taka współpraca ma sens? Ich zerwanie niosłoby groźbę nasilenia działań mających na celu „depolonizację kulturalną”, co i tak ma miejsce, ale jest jednak hamowane przez wzgląd na stosunki z Polską. Z drugiej jednak strony udawanie, że nic się nie dzieje – to ciche przyzwolenie na szerzenie się zła. Problem w tym, że recepty na to nie ma ani oficjalny Kijów, ani tym bardziej Warszawa. Kijów dał sobie spokój z zaprowadzeniem porządku i toleruje banderowski szał w wydaniu partii „Swoboda”, a jak mówią inni – nawet go po cichu popiera, jako przeciwwagę dla Julii Tymoszenko. Polska z kolei stara się nie „drażnić”, a nawet tłumaczyć, że „przecież ci Ukraińcy muszą mieć jakąś tradycję”. Sęk w tym, że tradycja banderowska – jak się okazuje – jest jedyną, która na Zachodniej Ukrainie zaistniała naprawdę. Nie ma żadnej innej siły, która byłaby w stanie to zmienić. I tak, na naszych oczach, w granicach państwa ukraińskiego powstał skansen polityczno-ideologiczny, skansen kultywujący tradycję ociekającą morzem rozlanej krwi.

Jan Engelgard

Zrodlo: www.engelgard.pl – 11 lipiec 2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek