Mirosław Kokoszkiewicz: III RP, czyli zamiast za kratki do senatu


plk-edmund-klich-fot-interPułkownik Edmund Klich jest człowiekiem w czepku urodzonym. Chyba od wczesnego dzieciństwa nawet nie przyszło by mu do głowy, jak bardzo ważne i determinujące dla losu człowieka jest to gdzie przyjdzie mu żyć na tym łez padole.

Sądzę, że ciarki przechodzą dzisiaj pułkownika Klicha na samą myśl o tym, co by było gdyby po tym wszystkim, co uczynił mieszkał w jakimś normalnym i poważnym państwie.

Myślę, że kiedy się budzi rano zlany potem po jakimś kolejnym koszmarze, w którym nękany jest kłębiącymi się postaciami generała Błasika, załogi samolotu i prezydenta Lecha Kaczyńskiego, których szkalował oraz pojawiającym się Putinem, grożącym mu palcem, z tym jego cynicznym i dresiarskim uśmiechem na ustach, doznaje olbrzymiej ulgi.

Żyć w jego sytuacji tu nad Wisłą to tak jak wygrać szczęśliwy los na loterii. W poważnym państwie Edmund Klich miałby tylko dwa wyjścia. Pójście na długie lata do więzienia, albo bardziej honorowe, a więc w jego przypadku niemożliwe do zrealizowania, czyli strzelić sobie w łeb.

Tu w polskiej republice bananowej taki człowiek jak Edmund Klich ma jeszcze trzecią możliwość. Może wystartować w wyborach do senatu i zdobyć gwarantujący mu bezkarność immunitet. Właśnie media poinformowały o takim pomyśle „polskiego eksperta” od katastrof lotniczych, a najciekawsze było jego uzasadnienie owej decyzji.

Edmund Klich: – Mam duże poparcie w regionie, a jako osoba publiczna mogę zrobić wiele dla jego mieszkańców – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską. Dodaje, że nie chce wiązać się z żadną partią, bo nie zamierza być „ na czyichś usługach”.

Postaram się dowieść, że Edmund Klich od samego początku był na usługach Kremla, jak również czynnie i od samego początku brał udział w zorganizowanej akcji dezinformacyjnej. Spróbuję również udowodnić, że tytuł „polski akredytowany przy MAK” jest o wiele na wyrost, gdyż tego „polskiego akredytowanego” w bardzo przemyślny sposób tak naprawdę wybrał i wyznaczył sam Władimir Putin.

Zacznijmy od samego początku.

Edmund Klich pełnił funkcję przewodniczącego komisji, która zajmowała się wypadkami tylko i wyłącznie w lotnictwie cywilnym. Tak, więc mówiąc kolokwialnie smoleński dramat to nie była jego działka. Samolot należał do wojskowego pułku, załoga była wojskowa tak jak i lotnisko, na którym miano wylądować. Dlatego też zapewne nikomu nie przyszło do głowy by po katastrofie zakłócać w weekend spokój Edmundowi Klichowi, tak jak nie uczyniono tego również wtedy, kiedy spadła CASA pod Mirosławcem.

Można śmiało stwierdzić, że sam Edmund Klich wiedział, że smoleńska katastrofa to nie sprawa komisji, której on przewodniczy. Tu należy przytoczyć jego słowa wypowiedziane 6 maja 2010 roku przed sejmową komisja infrastruktury:

„Rozpocznę od pierwszej informacji, o której – jak większość pewnie z państwa – dowiedziałem się o katastrofie z mediów. Nawet dzwonił jeszcze syn. Mówi: tato czy wiesz, co się dzieje? Włączyłem TVN 24, widzę, co się dzieje, w związku z tym natychmiast zacząłem się pakować i jadę do Warszawy, bo wiedziałem, że już może być problem prawny. Dlaczego? Dlatego, że samolot jest samolotem – był – samolotem lotnictwa państwowego. Załoga była wojskowa. W związku z tym dotyczy to lotnictwa państwowego, którego nie obejmuje załącznik 13 do konwencji o międzynarodowym lotnictwie cywilnym”

Radzę zapamiętać ten brak logiki i to, że Klich jedzie trasą Dęblin-Warszawa, wiedząc, że to nie jego kompetencje. Warto też zwrócić uwagę, że Klich mówi tylko o jednym telefonie od swojego syna.

Dalej robi się jeszcze ciekawiej:

„Tak gdzieś w połowie drogi, chyba w rejonie Garwolina, bo ja mieszkam w Dęblinie i na weekendy jeżdżę do Dęblina, w tygodniu czy jak potrzeba to mieszkam w Warszawie, także nie ma jakiegoś problemu tutaj dojazdu, szybkości na miejsce wypadku czy coś. W połowie drogi dostałem telefon od pana Aleksieja Morozowa, to jest obecnie przewodniczący Komisji Federacji Rosyjskiej, zastępca pani Anodiny – szefowej Mieżnonarodnej Awiacionnej Komisji… Komitetu, to znaczy Międzynarodowego Komitetu Lotniczego. (…) On zadzwonił i powiadomił mnie, że jest katastrofa w Smoleńsku i traktuje to, jako telefoniczne powiadomienie, natomiast formalne będzie później. I było od razu pytanie o procedury, według jakich będzie ten wypadek badany. On zaproponował załącznik 13 do konwencji, bo myślę, że i według jego wiedzy, i ówczesnej mojej wiedzy, to jest jedyny dokument, który podpisała i strona polska, i Federacja Rosyjska, jako konwencję chicagowską tak zwaną z ’44 roku. Ja wtedy nie wypowiedziałem się jednoznacznie, ale też sądziłem, że to będzie jedyne rozwiązanie, to znaczy rozwiązanie, które ma jasne zasady prawne.”

Oto, na jakim szczeblu odbywa się ustalanie procedur. Do Klicha dzwoni z Moskwy facet, który tak jak i sam Klich nie powinien mieć nic wspólnego z wyjaśnianiem przyczyn tej katastrofy.

Dziś już kończą się dywagacje – lot cywilny czy wojskowy?

Europejska Agencja Bezpieczeństwa Lotniczego (EASA) nie zakwalifikowała lotu polskiego tupolewa do Smoleńska jako cywilnego i wszystko staje się jasne, a spółka, nawet bez ograniczonej odpowiedzialności, Putin-Tusk ma poważny problem.

Nawet dziecko domyśli się szybko, że ten cały Morozow działać musi na polecenie najwyższych władz Rosji, a cała akcja miała za zadanie przeforsowanie załącznika 13 do konwencji chicagowskiej, czyli procedowanie tak, jakbyśmy mieli do czynienia z katastrofą w lotnictwie cywilnym i rejsowym.

Nasze najwyższe władze w tym historycznym i dziejowym momencie, nie lecą do stolicy helikopterami czy samolotami. Oni jadą samochodami i o dziwo, jak podają początkowo media, mieszkający w Warszawie marszałek sejmu Bronisław Komorowski również podąża, tak jak i Tusk, z Trójmiasta.

Zadziwiający zbieg okoliczności, tak jak pobyt Tuska w Dolomitach, urlop Bogdana Klicha i infekcja gardła Bula-Komorowskiego, akurat w dniu prezentacji w Moskwie raportu MAK.

Dlaczego ruscy pertraktują z Klichem jakby był premierem polskiego rządu? A może nie pertraktują tylko wydają mu polecenia?

Edmund Klich w styczniu 2011 roku, czyli osiem miesięcy od owej wypowiedzi przed sejmową komisją odzyskuje nagle pamięć i w wywiadzie dla Gazety Polskiej mówi tak:

GPWkrótce potem – jako pierwszy, zanim zrobił to ktokolwiek ze strony polskiej – zadzwonił do Pana Aleksiej Morozow, wiceszef MAK?

Edmund KlichPrzy okazji chcę tu uściślić pewną informację: Morozow do mnie dzwonił, gdy jeszcze byłem w domu, a nie na trasie do Warszawy, jak powiedziałem w pierwszym przesłuchaniu sejmowym

Jak to wytłumaczyć?

Tylko w jeden sposób. Przez te osiem miesięcy Klich zauważył, że sprawa propagandowo nie rozwija się tak jak zaplanowano. Atmosfera gęstnieje, opinia publiczna naciska. Powstał sejmowy zespół Macierewicza, a niestrudzone niezależne media takie jak Nasz Dziennik, Gazeta Polska, TV Trwam, Radio Maryja, a także Warszawska Gazeta nie odpuszczają. Jeżeli sytuacja wymknie się spod kontroli to kiedyś jego kłamstwa mogą ujrzeć światło dzienne.

Teraz wróćmy do historii o tym jak to Klich został tym „polskim akredytowanym”, lecz na początku trzeba zaznaczyć, że część polskich specjalistów, którzy pojechali do Moskwy i działali przez pierwsze cztery dni zgodnie z obowiązującą polsko-rosyjską umową z 1992 roku, dotyczącą wyjaśniania przyczyn katastrof w lotnictwie wojskowym, zrozumieli prawdziwą rolę Edmunda Klicha.

Oto jak o tym mówił sam przyszły senator RP:

“I wchodzę do tego pomieszczenia, jest pan minister Parulski i od razu – no, powiedziałbym dosyć ostro – powiedział mi, że ja w ogóle nie potrafię działać, ja utrudniam pracę prokuraturze, a w ogóle ja ustawiłem… przyjąłem, jako załącznik 13 do procedowania i działam na szkodę Polski. To były bardzo mocne słowa i ja sobie je zapisałem zaraz wieczorem. Więc w tej sytuacji nie wiem, o co chodzi. Ja mówię, ja muszę procedować według załącznika 13 i wymaga tego ode mnie pan Morozow”.

Rosjanie próbują stosować politykę faktów dokonanych, a Klich zachowuje się tak jakby już został polskim akredytowanym. Mówi wprost, że dla niego najważniejsze są polecenia Morozowa, tego samego człowieka, po którego telefonie wystartował z Dęblina do Warszawy.

Sprawy zaczęły się komplikować. Część polskich wojskowych ekspertów zdaje się przejrzało grę Klicha. I tu wkracza nie, kto inny jak sam Władimir Putin, który słusznie zakłada, że kiedy pokarze się z Klichem i potraktuje go na oczach milionów ludzi, jako polskiego przedstawiciela przy MAK, to tchórzliwe polskie władze nie wykrzeszą w sobie tyle odwagi by postawić Putina w niezręcznej sytuacji. Oto jak doszło do słynnej telekonferencji gdzie Kreml przesądził, kto będzie polskim akredytowanym:

„W kolejny dzień, to był poniedziałek, a i kolejny dzień godzina 13.00, tj. wtorek, trzynastego …przepraszam…o godzinie 12.00 podchodzi do mnie pan Morozow i mówi: pan premier Putin zaprasza, no nie mówi się pan w języku rosyjskim tylko jest wy czy ciebie, no jest to taka forma, jak w angielskim, mówi zaprasza ciebie na konferencję prasową do Moskwy na trzecią. Ja mówię, jak na trzecią? Przecież jest dwunasta. Chyba, że jakiś samolot, może przelecę się jakimś Tu-22 albo coś i to wtedy można, prawda? Wszystko możliwe jest, szczególnie w tak mocnym państwie. No i od razu zadzwoniłem do pana ministra Grabarczyka, bo coś tutaj ja za wysoko zaczynam gdzieś być postrzegany, prawda? No i w rozmowie, ja nie wiem czy była taka jasna akceptacja, ale wyczułem, że mogę się na to spotkanie udać do… Aha, bo później było tak: nie będę musiał lecieć do Moskwy, ale będzie telekonferencja i mam być w budynku w jakimś jednym z gubernatorów. Udałem się na tę konferencję. Pierwszy głos zabrał pan premier Putin, później jego zastępca pan Iwanow i jako trzecia pani Anodina, szefowa MAK-u, która jasno powiedziała, że będzie procedowanie według załącznika 13.”

W ten oto sprytny sposób najlepsi w Polsce wojskowi specjaliści od katastrof lotniczych po czterech dniach pakują walizki i wracają do kraju. Moskwa ma to, czego chciała, czyli Klicha. Od tego momentu zaczyna się jego „praca” polegająca na tym, że rozpoczyna się jego wielkie dezinformacyjne tourne po wszystkich mediach i promocja własnej książki.

Dzisiaj, dzięki oficjalnym komunikatom prokuratury woskowej wiemy już na pewno, że nie ma i nigdy nie było żadnych przesłanek świadczących o pobycie generała Andrzeja Błasika w kokpicie. Padła, wałkowana od samego początku wersja o naciskach na załogę. Już nikt nie wraca do kuriozalnych hipotez o rozmowie braci Kaczyńskich, w której to rozmowie Jarosław rozkazał lądować.

Wiadomo już ponad wszelką wątpliwość, że nie było nawet próby lądowania, a jedynie rutynowa procedura zejścia na wysokość decyzyjną stu metrów.

Przypomnijmy, kto od samego początku rozsiewał jak echo Moskwy te wszystkie podłe łgarstwa:

PAP 25-05-2010

Szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych potwierdził, że dowódca Sił Powietrznych był w kabinie pilotów do momentu katastrofy prezydenckiego Tupolewa. Przewodniczący komisji Edmund Klich w programie "Teraz my" w TVN początkowo nie chciał ujawnić, czy piątą osobą w kokpicie był właśnie generał Andrzej Błasik. Jak twierdził, nie jest upoważniony do przekazywania tego typu informacji. Jednak, dopytywany przez dziennikarzy, potwierdził, że chodzi o generała Błasika.

Edmund Klich dla Wirtualnej Polski: Ważne byłoby, aby ujawnić rozmowy między Lechem i Jarosławem Kaczyńskimi i dowiedzieć się czy rozmowa dotyczyła rzeczywiście jedynie stanu zdrowia matki

To ten sam Edmund Klich uczestniczył w zdementowanym już kłamstwie na temat rzekomej kłótni generała Błasika z majorem Protasiukiem na płycie Okęcia.

Tym się zajmował „polski akredytowany” przy MAK.

Kiedy w programie „Warto rozmawiać” zapytano go zaś o to czy badał skrzydło samolotu, które rzekomo ścięło słynną brzozę okazało się, że wybitny specjalista tego nie zrobił.

Oto przyszły polski senator, którego wyborczym hasłem będą jego własne słowa, mówiące, że nie będzie się wiązał z żadną partią, bo nie zamierza być „ na czyichś usługach”.

Myślę, że lepiej, aby Edmund Klich, jako motto swojej politycznej kariery wykorzystał fragment Ewangelii wg św. Mateusza mówiący:

Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi

Ja myślę, że Edmund Klich jednego pana już ma i musi już go do śmierci miłować, choćby tylko ze strachu.

Mirosław Kokoszkiewicz

Artykuł opublikowany w Warszawskiej Gazecie (29/2011)

Za: kokos26 blog    /  BIBULA, 22.07.2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek