Anna Dobiecka: Matka-Polka na luzie


mama-fot-goniec-ukMatka to nie tylko opiekunka dla dzieci. To również kobieta, pracownica, osoba ze swoją wizją życia. W Wielkiej Brytanii dużo łatwiej łączyć te role. Sylwia Chutnik, pisarka, feministka, założycielka Fundacji MaMa tłumaczy, dlaczego w Polsce jest inaczej. I czemu musi się to zmienić.

Polki mieszkające w Wielkiej Brytanii częściej decydują się na dziecko, niż ma to miejsce w Polsce. Szacuje się, że na Wyspach rodzi się rocznie nawet 20 tysięcy dzieci pochodzenia polskiego.

Brytyjska prasa podkreśla wyłącznie ekonomiczny wymiar polskiego „baby boomu”. Najważniejszą jego przyczyną ma być system pomocy społecznej, zasiłków i dodatków macierzyńskich,z których polskie rodziny mogą korzystać. W ciąży i rok po niej przysługują darmowe leki, dofinansowanie na żywność dla matki i niemowlaka, a dla osób mało zarabiających dodatek w wysokości 500 funtów. Pełnopłatny urlop macierzyński trwa tylko sześć tygodni, ale przez następne 33 tygodnie matki, nawet te, które pracowały dorywczo, dostają prawie 125 funtówtygodniowo.

Polscy eksperci podkreślają z kolei, że wysoka liczba urodzeń w rodzinach polskich emigrantów to znak, że coraz więcej z nich podejmuje decyzję o zapuszczeniu tu korzeni.

– Wysoka dzietność Polek na Wyspach dowodzi, że nasi rodacy decydują się osiąść tam na stałe – uważa prof. Krystyna Iglicka z Centrum Stosunków Międzynarodowych.

To oczywiście prawda, ale nie bez znaczenia jest również inne podejście do roli kobiet jako matek przez instytucje państwa brytyjskiego. Niewiele się tu mówi o „etosie macierzyństwa”, ale zamiast tego sporo się robi, żeby decyzję o urodzeniu dziecka ułatwić, nie zamykając jednocześnie przed matkami drzwi do normalnego życia w społeczeństwie czy nawet dalszej kariery.

W Polsce zajście w ciążę ciągle kojarzy się z latami wyrzeczeń, które nastąpią potem. Z drugiej strony nie brakuje głosów, że macierzyństwo i wielodzietność stały się sposobem na życie bez pracy.

Obawy budzi fakt, że Anglia ma najwyższy odsetek ciąż u nastolatek w całej Europie, a całe rodziny żyją wygodnie na koszt państwa. Brytyjska wersja „galerianek” to „motherianki” wydające zasiłki na ciuchy i kosmetyki, przesiadujące godzinami w restauracjach i barach w centrach handlowych. Zupełnie niezainteresowane powrotem do pracy ani własnym rozwojem.

System zamiast wspomagać – wyręcza. Więc beztrosko wyrzucają jedzenie, ubrania, buty, zabawki… Ich partnerzy nie przepracowują się zbytnio, bo jeśli zarobią zbyt dużo, to państwo każe zwracać zapomogi.
Mimo tych systemowych wad i nadużyć Sylwia Chutnik, prezeska walczącej o prawa matek Fundacji MaMa, uważa, że brytyjska polityka socjalna to wzorzec, który powinna przyswoić Polska. W rozmowie z „Gońcem Polskim” wyjaśnia dlaczego.

W ogrodach parlamentu w Londynie stoi pomnik Emmeline Pankhurst, twojej bohaterki z lat dziecinnych. Mało kto jednak wie, kim była. Dlaczego ta postać tak cię fascynuje?

W wieku 11 lat przeczytałam książkę „Bunt długich spódnic“, która była fabularyzowaną bografią Emmeliny. Opisy ulicznych demonstracji, przemocy, ale przede wszystkim niespotykanego zaangażowania tysięcy kobiet na rzecz nadania praw wyborczych wszystkim obywatelom i obywatelkom – to było dla mnie szalenie odkrywcze. Po przeczytaniu książki wiedziałam, że sufrażystką zostawać już nie muszę, ale feministką – koniecznie.

Czy dzisiaj sufrażystki nadal miałyby co robić?

Walka o prawa wyborcze wydawała się zakończona w momencie, kiedy kobietom nadano prawa do głosowania, potem do kandydowania w wyborach, wreszcie zajmowania najwyższych stanowisk w kraju. Jednak prawie stuletnia praktyka pokazała, że nie wystarczy „mieć prawo”. Należy o nie cały czas dbać i pilnować, aby nie stało się martwe. Obecne dyskusje dotyczące kwotlub parytetu pokazują, że istnieje duży problem marginalizacji kobiet w życiu politycznym i sam fakt możliwości oddania głosu na konkretną kandydatkę może być niemożliwy. Powód: tychkandydatek jest nadal niewiele. Myślę sobie co prawda, że obecnie można napisać co najwyżej „Bunt krótkich spódnic“, ale to zawsze ważne, aby dbać o swoje interesy. Nikt nie dał w prezenciekobietom praw wyborczych. One to wywalczyły.

Dlaczego brytyjskie kobiety wyemancypowały szybciej? Dlaczego akurat w Anglii ruch sufrażystek mógł wywalczyć prawa dla kobiet?

Ruch sufrażystek działał w całej Europie. W Polsce przede wszystkim skoncentrowany był wokół pisma „Ster”. Natomiast w Anglii działało bardzo, powiedziałabym, radykalne środowisko,i stąd wielka siła protestów. Ich zorganizowanie – nawet w kwestii estetycznej – było najbardziej charakterystyczne w całej Europie.

Jesteś założycielką Fundacji MaMa. Dlaczego akurat chcesz wspierać matki?

Kiedy sama urodziłam w 2003 roku, na własnej skórze przekonałam się o wielu problemach: barierach architektonicznych, stereotypach „matki w papilotach”, łamaniu praw pracowniczych i wielu innych. Wcześniej działałam już w ruchu feministycznym i byłam przyzwyczajona do tego, że jak coś mi się nie podoba, to mówię o tym głośno, a nie marudzę z koleżanką na kawce. W 2006 roku, wspólnie z dwoma innymi dziewczynami, założyłam organizację pozarządową, aby działać na rzecz grupy, która ma swoje specyficzne problemy, a wcześniej traktowana była tylko „w pakiecie z dzieckiem”.

W Wielkiej Brytanii rodziny z dziećmi, samotni rodzice czy kobiety w ciąży mogą liczyć na cały system zasiłków, zapomóg, kredytów. Mają podjazdy dla wózków, specjalne parkingi dla rodziców z dziećmi, foteliki i przewijaki w każdej restauracji. Dlatego nawet powstało powiedzenie: „Jeśli rodzić, to tylko na Wyspach”. Eksperci potwierdzają – rodziny, które w Polsce lub innych krajach Europy o niewielkim przyroście naturalnym pozwoliłyby sobie na jedno dziecko, na Wyspach mają troje lub czworo. Czy to oznacza, że brytyjski wzorzec jest tym, do którego warto dążyć?

Wzorzec myślenia o polityce rodzinnej to zdecydowany atut Wysp i wiele osób, które tam wyemigrowało, o wiele wcześniej zdecydowało się na powiększenie rodziny, niż by się to stało w Polsce. Właściwie wszystkie wymienione zalety to podstawa korzystnego wizerunku rodzicielstwa. Zazdroszczę młodym ludziom, którzy mają dzieci w tak komfortowych warunkach. To, cojest tu ważne, to tak zwany „pozytywny klimat” wokół dzieci. Rodzice nie są traktowani jako grupa roszczeniowa. W Polsce wydaje się, że w ogóle niezauważane są problemy rodzin z dziećmi. Dlatego młodzi ludzie przyjeżdżają z zarobkowej emigracji do ojczyzny i są naprawdę rozczarowani.

Jednocześnie ten system stwarza wiele okazji do nadużyć i w pewnym sensie rozleniwia rodziców. Gdzie więc jest rozwiązanie – złoty środek?

Być może zabrzmi to idealistycznie, ale ważne jest edukacyjne podejście i siła kampanii społecznych. Nie będzie złotego środka, dopóki władza będzie traktowała ludzi jako grupę, której cośdaje lub nie. Ich propozycje mogą być wspaniałe, ale dopóki nie będzie zaangażowania obu stron, to nadal będą wymuszenia i nadużycia. Stąd szansę upatruję zawsze w ruchach oddolnych.Na przykład grupy zabawowe, kluby mam – to środowiska, które wiedzą jakie są realne problemy w ich lokalnym środowisku. Jeśli mają nadmiar zabawek, a obok nich mieszka uboga rodzina, wiedzą już, co robić.

Nadużycia systemu socjalnego będą zawsze. Nie oszukujmy się, że wszyscy uczciwie będą podchodzić do pomocy. Ale nie powinno to przesłaniać zasadności dobrej polityki rodzinnej. A ta zazwyczaj potrzebuje nakładów finansowych.

W Anglii najkorzystniej jest, gdy matka pracuje tylko 16 godzin tygodniowo. Wtedy dostaje największą zapomogę, żeby zapewnić opiekę dziecku. Musi odprowadzać je do szkoły i na wszystkie inne pozaszkolne zajęcia oraz odbierać. Dziecka do 16. roku życia nie wolno zostawić bez opieki. Jednocześnie żłobki i opiekunki do dzieci są bardzo drogie i dla osób o niskich zarobkach zupełnie nieosiągalne. Więc system jakby więzi kobietę w domu. To chyba nie jest w porządku?

W Polsce jest właściwie podobnie. U nas po prostu brakuje miejsc w żłobkach i przedszkolach. Chociaż od kilku miesięcy mamy nową ustawę dającą wiele możliwości na zmianę takiej sytuacji(domowe przedszkola, opieka domowa, przedszkola prywatne itp.), to nadal nie działa to dobrze. Na przykład gminy, które według ustawy muszą pokryć 50 proc. kosztów nowych żłobków, już zaczynają podwyższać ceny, bo ich nie stać na zapewnienie rozwoju tych placówek.

A zatem polskie kobiety zazwyczaj rezygnują z pracy, bo nie opłaca im się pracować po 8–9 godzin dziennie tylko poto, aby pokryć koszty zapewnienia opieki nad swoimi dziećmi. Takie absurdysą wynikiem złego pojmowania roli matki – to nie tylko opiekunka dla dzieci. To również kobieta, pracownica, osoba ze swoją wizją życia.

Wspierasz teraz akcję, która ma na celu edukowanie polskiego społeczeństwa, że publiczne karmienie piersią jest w porządku. W Anglii rozwiązano to bardzo prosto i naturalnie: specjalne pokoje do karmienia są w każdym centrum handlowym, urzędzie i miejscach publicznych. Na co dzień stosuje się praktyczne pelerynki do karmienia piersią, którymi matki okrywają i siebie i niemowlę.

Tutaj pewnie nikogo by nie zdziwiło publiczne karmienie niemowlaka, ale wydaje się, że z takim okryciem i matka, i dziecko mają większy komfort i więcej intymności. Dlaczego Polakom to tak przeszkadza?

Przeciwnicy wystawiania piersi używają porównań do czynności fizjologicznych. Skoro wydalamy w intymnych miejscach, to czemu również w ten sposób nie karmimy dzieci? Skoro nie wypada obnażać się przed przypadkowymi ludźmi, to czemu matki mają prawo do atakowania gołymi klatami Bogu ducha winnych przechodniów. Przecież to może wywołać estetyczny szok (śmiech). Polakom przeszkadza wiele rzeczy i nazbyt często są „oburzeni“.

Dlatego też całą awanturę o publiczne karmienie piersią uważam za przykład wojny o miejsce kobiety lub matki, jak kto woli, w ogólnej przestrzeni. Gdzie nie ma przecież specjalnych kącików laktacyjnych, gdzie nie ma zacisznego miejsca na spokojne karmienie dziecka. Ale jest za to dziecko – krzyczące, domagające się jedzenia tu i teraz, ponieważ nie zna jeszcze słowa „poczekaj”. I takie dziecko jest ze swoją matką, która doprawdy nie musi spędzać całego swojego czasu między domem, placem zabaw a sklepem. Która czasem wychodzi – o zgrozo – na miasto. I na tym mieście ma do załatwienia dużo spraw, a porusza się z dzieckiem, które – o zgrozo – żywi się mlekiem matki.

Nie ma innej możliwości, trzeba karmić. Można się lekko zasłonić, ale niektóre dzieci dostają wtedy szału, więc nie zawsze to się udaje. Natomiast zarówno matka, jak i maluch chcą chwili spokoju. Nie są dobrem wspólnym, które można swobodnie krytykować lub skądś wyprosić (a takie przypadki również się zdarzają). Są sobie samymi, niezależnymi „jednostkami jedzącymi”.

Czy chciałabyś mieszkać w Anglii?

Bardzo zazdroszczę Anglii wielokulturowego społeczeństwa i wspaniałej polityki rodzinnej, ale… wybieram Warszawę. To moja matczyzna. Nie wiem, może lubię się umęczyć, ale mam tu jeszcze sporo do zrobienia.

Co musiałoby się stać w kraju, żeby Polacy przestali tak masowo emigrować?

Wiele czynników na to wpływa. Mam wrażenie, że nie zawsze chodzi o ich prywatną sytuację materialną. Tu raczej chodzi o atmosferę. Nie każdy i nie każda lubi ciągłe niedoróbki, marudzenia czy obiecywanie. Kiedy jest się młodym, nie działa argument, że „już za kilka lat“. Chce się godnie zarabiać teraz – założyć rodzinę albo po prostu spokojnie żyć. Z poczuciem, że można iść do knajpy czy kina i nie wybierać międzi jedzeniem a książką.

Czy Europa Zachodnia może się od Polaków czegoś nauczyć?

Każdy od każdego może się nauczyć. Ja sama nauczyłam się od bosych dzieciaków ze slumsów w Indiach, jak wiele rzeczy można zrobić ze śmieci. Polacy mogą nauczyć ludzi na przykładbiurokracji. Jako pisarka bardzo lubię te wszystkie dokumenty, papierki, parafki i pieczątki (śmiech).

Anna Dobiecka

Zrodlo: The Polish Times – Goniec Polski – 28 lipca 2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek