Tadeusz M. Płużański: Generałowie chorzy i niewinni


michnik-kiszczak-jaruzelski-okraglystolGdyby Jaruzelski i Kiszczak nie wiedzieli o zbrodniach schyłkowego PRL-u, nie nadawaliby się na przywódców dyktatury

Często błędnie ograniczamy komunistyczne zbrodnie do okresu zaraz po wojnie, do czasów stalinowskich. Brutalne morderstwa polityczne miały również miejsce w schyłkowym PRL-u, a nawet u progu odzyskania przez Polskę niepodległości. Dwaj księża – Stefan Niedzielak i Stanisław Suchowolec zginęli w styczniu 1989 r., czyli na kilka miesięcy przed obradami "okrągłego stołu". Trzeci – ks. Sylwester Zych stracił życie miesiąc po czerwcowych wyborach do kontraktowego Sejmu. Wszyscy to niestrudzeni bojownicy o pamięć i prawdę. Wszyscy zginęli z rąk "nieznanych sprawców". Mimo upływu 22 lat od tych morderstw, organom ścigania III RP nie udało się odnaleźć ani wykonawców, ani tym bardziej mocodawców.

Nie sposób jednak nie łączyć śmierci kapłanów z osobami, które pod koniec lat 80. kierowały komunistycznym państwem, przede wszystkim z dwoma generałami – Kiszczakiem i Jaruzelskim. Przynajmniej musieli o tych sprawach wiedzieć – bo gdyby było inaczej, nie nadawaliby się na przywódców dyktatury. Ale z generałami mamy problem. Właściwie nie my, tylko wymiar sprawiedliwości III RP. Wszystkie próby ich osądzenia we wszystkich wytoczonych procesach nie przyniosły rezultatu. Kiszczak w kwietniu br. został uniewinniony w sprawie o przyczynienie się do śmierci 9 górników z kopalni "Wujek" w 1981 r. Proces Jaruzelskiego w procesie Grudnia 70 odroczono z powodu śmierci ławnika, a w procesie o wprowadzenie stanu wojennego generał jest tak chory, że nie może uczestniczyć w rozprawach. Znajduje jednak czas, aby występować w mediach – ostatniego kłamliwego wywiadu udzielił Zbigniewowi Hołdysowi w coraz bardziej prorządowym tygodniku "Wprost".

Kapelan AK i WiN

Przypomnijmy postaci ofiar – niezłomnych księży. Ks. Stefan Niedzielak – najstarszy z trójki kapłanów – już w czasie niemieckiej okupacji włączył się w walkę o Polskę. Pracę duszpasterską prowadził na terenie Łódzkiego Okręgu AK, kapelan Armii Krajowej w czasie Powstania Warszawskiego. Jako współpracownik Delegatury Rządu na Kraj wcześnie poznał raport Czerwonego Krzyża w sprawie mordu katyńskiego i tą wiedzą dzielił się potem z wiernymi.
Po zakończeniu II wojny światowej ks. Niedzielak nie miał żadnych złudzeń co do zamiarów Sowietów w stosunku do Polski – wiedział, że w miejsce okupanta z Zachodu pojawił się nowy okupant, tym razem ze Wschodu. Dalsze jego działania były konsekwencją obranej wcześniej drogi. Ks. Niedzielak został kapelanem WiN, organizacji, która do dziś jest opluwana przez lewicę.

W latach 80., pamiętając o zbrodniach sowieckiego totalitaryzmu, razem z Wojciechem Ziembińskim i przyjaciółmi, stworzył dzieło swego życia – Sanktuarium Poległych i Pomordowanych na Wschodzie na warszawskich Powązkach. Te wszystkie fakty wpłynęły na wydanie na księdza wyroku śmierci. Morderstwo miało też aktualny wymiar polityczny. W tym samym dniu (20 stycznia 1989 r.) obradowała w Gdańsku Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ "Solidarność", za kilka dni miało się odbyć spotkanie w Magdalence, przygotowujące "okrągły stół". Opinię publiczną trzeba było zastraszyć.

”Zdechniesz jak Popiełuszko”

9 dni później zginął ks. Stanisław Suchowolec, kapelan podlaskiej "Solidarności". Początkowo był wikarym w Suchowoli, rodzinnej miejscowości ks. Jerzego Popiełuszki. Może to przypadek, ale ci dwaj kapłani musieli się spotkać. Mimo różnicy wieku (ks. Jerzy był starszy o 11 lat) zaprzyjaźnili się. Dla "nieznanych sprawców" ten fakt miał niebagatelne znaczenie. Miesiąc po mszy w suchowolskim kościele, którą odprawiał ksiądz Suchowolec, a homilię głosił ksiądz Popiełuszko, ten ostatni został zamordowany. Był rok 1984. Stanisławowi Suchowolcowi dane było żyć jeszcze przez niecałe 6 lat.

Na msze za Ojczyznę do Suchowoli – podobnie jak do kościoła Św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu – zaczęły ściągać tłumy wiernych. Dwa lata później ksiądz Suchowolec przeniósł się do parafii w dzielnicy Białegostoku Dojlidy. SB jednak czuwała. Mimo powtarzających się coraz częściej gróźb ("zdechniesz jak Popiełuszko") nie zrezygnował z działalności patriotycznej – nadal, z jeszcze większym zaangażowaniem, odprawiał msze za Ojczyznę. Chciał kontynuować dzieło ks. Jerzego i kultywować pamięć o zamordowanym kapelanie "Solidarności".

Kres przyszedł pod koniec stycznia 1989 r. Oficjalnym powodem śmierci Stanisława Suchowolca było… zatrucie się tlenkiem węgla, które miało być spowodowane pożarem wywołanym awarią termowentylatora. Prokurator PRL stwierdził, że był to nieszczęśliwy wypadek. Tyle że owego tragicznego dnia w mieszkaniu ks. Suchowolca był widziany krótko ostrzyżony, nieznajomy mężczyzna w wieku ok. 40 lat. Rysopis napastnika został dokładnie odtworzony. Mimo to – podobnie jak w przypadku księdza Niedzielaka – do dziś sprawcy mordu pozostają poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości III RP.

Księża terroryści

Wydawałoby się, że po podpisaniu umów "okrągłego stołu" terror – tak jak jego strażniczka PZPR – przejdzie do historycznego lamusa. Tymczasem, gdy świętowaliśmy jeszcze zwycięstwo w czerwcowych wyborach do Sejmu, choć entuzjazm byłby dużo większy, gdyby nie narzucony społeczeństwu kontrakt, doszło do kolejnej zbrodni politycznej. Ofiarą znowu padł ksiądz. Sylwester Zych w chwili śmierci miał 39 lat. Dla niego 1989 r. też okazał się “przełomem”.

Kilka lat wcześniej, w 1982 r. ks. Zych udzielił pomocy młodym ludziom, którzy nie pogodzili się z wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego. Wiedział, że po zdobyciu broni chcieli odbić internowanych kolegów. Wiedział również, że w trakcie próby kradzieży owej broni zginął przypadkowo milicjant. Tym bardziej zdawał sobie sprawę z konsekwencji, jakie grożą zarówno im, jak i jemu. "Ludowa” władza oczywiście wykorzystała sytuację – wreszcie miała "haka" na niepokornego kapłana. Z księdza zrobiono terrorystę i przywódcę związku zbrojnego, a po wyroku wsadzono na prawie pięć lat do więzienia. Sylwester Zych długo wolnością się nie nacieszył. "Nieznani sprawcy" co jakiś czas dawali mu do zrozumienia, że wkrótce umrze. 11 lipca 1989 r. ich groźby się spełniły.

Innym terrorystą był ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Kilka lat temu dokument o prześladowaniu przez SB tego kapelana "Solidarności" z Nowej Huty pokazała telewizyjna "Jedynka". Obok wstrząsających scen znęcania się w 1985 r. nad kapłanem, oglądaliśmy butę prześladowców. O księdzu Zaleskim mówili: nie był żadną ważną osobą w Kościele, a teraz chce zrobić z siebie bohatera. W dalszej części filmu esbecy bezceremonialnie twierdzili, że nie szkodzili Kościołowi, a przeciwnie – działali dla jego dobra, “porządkując szeregi”. Poprawiali poziom życia współpracującym z nimi księżom. Szczyt zakłamania i chamstwa.

Najbardziej brutalnym stwierdzeniem było zdanie o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki: “Jak taki doświadczony funkcjonariusz Piotrowski mógł zrobić taką fuszerkę?”. Esbecy mówili to wszystko beznamiętnie, bez cienia wątpliwości, jakichkolwiek wyrzutów. Mówili przede wszystkim ze świadomością, że za swoje słowa, a tym bardziej czyny, nie poniosą żadnej odpowiedzialności. Jakby byli tylko bezstronnymi świadkami wydarzeń. Jak długo pozostaną bezkarni? Czy kiedykolwiek zostaną osądzeni? Film został wyemitowany – i co dalej? Nic.

Związek przestępczy

mazowiecki-kiszczak-walsa-jaruzelski-geremek-rakowiecki-goclawski-fot-kwiatkowski-caf-papJuż w 1991 r. prokurator Andrzej Witkowski chciał objąć zarzutami gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka i… został nagle odsunięty od sprawy. Badał funkcjonowanie w latach 1956-1989 w strukturach MSW związku przestępczego, który dopuszczał się zbrodni i zabójstw na działaczach opozycji politycznej i duchowieństwa. Zamiarem śledztwa było ustalenie zarówno bezpośrednich sprawców morderstw (takich jak Grzegorz Piotrowski i inni funkcjonariusze Departamentu IV), jak i ich mocodawców.

Do śledztwa Witkowski wrócił po 10 latach, w 2001 r., jako prokurator lubelskiego IPN, prowadzący śledztwo w sprawie okoliczności śmierci ks. Popiełuszki. W wywiadzie zamieszczonym w "Biuletynie IPN" ujawnił notatkę znalezioną w dokumentach Urzędu ds. Wyznań z sierpnia 1984 r., w której Jaruzelski polecił "wzmóc działania wobec ks. Popiełuszki". Witkowskiego ponownie odsunięto, a o śledztwie w sprawie związku przestępczego jakoś nie słychać…

Skutek jest taki, że głównych rozgrywających PRL-owskiego systemu zniewolenia i bezprawia: generałów – Jaruzelskiego i Kiszczaka – od lat osądzić się nie udało. Smutna konkluzja jest taka: jeśli w dzisiejszej Polsce kogokolwiek dopada karząca ręka sprawiedliwości, to tylko okrutnych, ale jednak podrzędnych wykonawców: nielicznych też “oficerów” śledczych. Co gorsza: wspomniani generałowie są również powiązani agenturalne, co godzi w bezpieczeństwo dzisiejszego państwa polskiego. Przecież gen. Jaruzelski został "oskarżony" o współpracę z wojskową bezpieką, czyli Informacją Wojskową, jako agent "Wolski". Gen. Kiszczak był związany z IW od końca 1945 r. To on – według akt świetnie poinformowanej Stasi, znajdujących się z Instytucie Gaucka w Berlinie – w 1952 r. ponownie zwerbował Jaruzelskiego na agenta Informacji. Funkcjonariuszem tej zbrodniczej jednostki był również Marian Cimoszewicz, ojciec Włodzimierza, niedoszłego prezydenta III RP i niedoszłego sekretarza generalnego Rady Europy, obecnie senatora “niezależnego”, który w ostatnich wyborach poparł Bronisława Komorowskiego. A szef najokrutniejszego pionu IW – Oddziału Śledczego, Władysław Kochan – żyje do dziś w Warszawie przez nikogo nie ścigany.

Osądzić mocodawców

Wspomniane morderstwa księży to tylko fragment terroru schyłkowego PRL. Bo były jeszcze zbrodnie nocy stanu wojennego, w tym pacyfikacje śląskich kopalń. Komunistyczna dyktatura – przy zastosowaniu różnych metod – pozbywała się groźnych przeciwników. Część tych zabójstw miała wyjaśnić powołana w sejmie kontraktowym Komisja Nadzwyczajna do zbadania działalności MSW w latach 1981-1989, pod przewodnictwem posła Rokity. Opracowano listę zawierającą prawie sto nazwisk osób, które poniosły śmierć w wyniku działania MO i SB. Prócz zamordowanych księży: Jerzego Popiełuszki, Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowola i Sylwestra Zycha, na liście tej znaleźli się m.in. Grzegorz Przemyk i Piotr Bartoszcze. Komisja przekazała prokuratorowi generalnemu RP opinie dotyczące 19 przypadków, z których 14 miały być objęte postępowaniem prokuratorskim. Niestety, rozwiązanie Sejmu zakończyło prace komisji Rokity. Później – nawet w okresie rządów Akcji Wyborczej Solidarność – nikt, z posłem Rokitą włącznie, nie domagał się wznowienia tych spraw. W tej sytuacji o osądzeniu jakiejkolwiek zbrodni, rzecz jasna, nie mogło być mowy.

Ten stan “zamrożenia” trwa do dziś. Dotyczy to szczególnie komunistycznej “wierchuszki”. Czasem wydaje się nawet, że zapomnieliśmy o mrokach PRL, o tym, kto przewodził "ludowej" władzy, kto ją utrwalał i jej bronił, kto decydował o zniewoleniu i bezprawiu. Komu służył IV Departament MSW i inne zbrodnicze departamenty i służby. Można też odnieść wrażenie, że antypolską działalność ludzi z PZPR i resortów siłowych: MBP (później MSW), Informacji Wojskowej (WSW i zlikwidowanych w końcu Wojskowych Służb Informacyjnych) przesłonił problem tajnych współpracowników (TW). Tymczasem, nie zapominając o ich szkodliwej roli, musimy pamiętać przede wszystkim o "zasługach" pracowników służb specjalnych i aparatu terroru. Naszym obowiązkiem jest wskazanie i osądzenie ludzi odpowiedzialnych za prześladowania, mordy, a także pauperyzację społeczeństwa. Osądzenie w pierwszej kolejności żyjących mocodawców: Jaruzelskiego i Kiszczaka. Bo w przerwie między jednym a drugim wywiadem dla mainstreamowych mediów mogą też wstąpić na chwilę do sądu. Byle ten sąd chciał ich osądzić.

Tadeusz M. Płużański

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika "Nasza Polska" nr 32 (823) z 9 sierpnia 2011 r.

Zrodlo: NASZAPOLSKA.PL, 9 sierpnia 2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek