Prof. Andrzej Zybertowicz – Postkolonialna pułapka


Andrzej_Zybertowicz-foto-wikiNiewolnicze schematy myślowe są obecne u wielu dzisiejszych polityków, dyplomatów, dziennikarzy, funkcjonariuszy służb – w reakcji na sygnały o poważnych problemach w funkcjonowaniu naszego państwa można usłyszeć coś w rodzaju: „Spoko, koledzy, Unia, NATO, Waszyngton czuwają”Pewne symbole, metafory przychodzą późno. Ale gdy dzięki nim zaczynamy inaczej widzieć swój świat, zadomawiają się w naszym myśleniu. W ostatnich latach stało się tak z określeniem „postkolonialny” w odniesieniu do Polski okresu transformacji. Jeśli myśleć o kolonializmie tak, jak uczono mnie w szkołach (okresu PRL), to Polska nigdy nie była kolonią. A jednak mówienie o nas, Polakach, jak o ludziach nasyconych postkolonialną mentalnością ma, niestety, sens. A gdyby chcieć określenie „postkolonialny” zastąpić innym, natychmiast nasuwa się słowo „postniewolniczy”.

Co jest istotą doświadczenia niewolników, sposobem odbierania świata, który ludy podbite przekazują swoim dzieciom? To obraz świata widzianego od dołu społecznej drabiny; to postrzeganie obcych jako potężniejszych i niedoścignionych. To przyzwyczajenie do uległości i upokorzeń; doświadczenie utraty godności. Odczucie bezradności wobec sił, z którymi sobie nie potrafimy radzić.

Długie ramię Moskwy

Taki tytuł nosi studium dr. Sławomira Cenckiewicza poświęcone wywiadowi wojskowemu Polski Ludowej. Ta fascynująca książka (ukaże się w Wydawnictwie Zysk i S-ka) ukazuje pewnego rodzaju „cywilizacyjną” przewagę Moskwy nad Warszawą. Przewagę na polu technologii państwa policyjnego: tajnych służb, policji politycznej, kontrwywiadu i wywiadu. To był ten obszar rozwiązań technicznych i instytucjonalnych, gdzie polscy komuniści uczyli się od Sowietów. Na tym polu przewaga sowieckiego imperium – obszaru w porównaniu z Polską kulturowo zacofanego – nad swoją „kolonią” nie ulegała wątpliwości.

Cenckiewicz cytuje m.in. jednego z oficerów PRL-owskiego wywiadu wojskowego, który w latach 80. był szefem Komitetu ds. Radia i Telewizji: „Zaledwie kilka lat po (fizycznym) odejściu szefów i doradców radzieckich, tradycje samodzielnego myślenia nie były utrwalone. Poza tym ówczesnemu państwu nie zaglądała śmierć w oczy, jak za czasów przedwojennej dwójki [czyli wywiadu wojskowego II RP – przyp. A.Z.]. Jednym słowem: ‚spoko, towarzysze, w razie co Związek Radziecki'”.

Słowa te – odnoszące się do sytuacji z lat 40. i 50., gdy Sowieci organizowali tajne służby PRL, kierowali nimi, a potem je bezpośrednio nadzorowali – wyrażają mechanizm psychicznego uzależnienia, który – jak pokażę niżej – okazał się trwalszy od systemu starej władzy.

Pamiętam swoje zaskoczenie, gdy młodzi oficerowie Wojska Polskiego, z którymi rozmawiałem w latach 90., wyjawili mi, że czują niesmak, obserwując, jak ich szefowie, wcześniej pełni uniżoności wobec towarzyszy ze Wschodu, teraz prześcigają się w służalczości wobec przedstawicieli NATO. Nie zdawałem sobie sprawy ze skali zjawiska. Nadal nie potrafię oprzeć się wrażeniu, iż tego rodzaju niewolnicze schematy myślowe są obecne u wielu dzisiejszych polityków, dyplomatów, dziennikarzy, funkcjonariuszy służb – gdy w reakcji na sygnały o poważnych problemach w funkcjonowaniu naszego państwa można usłyszeć coś w rodzaju: „Spoko, koledzy, Unia, NATO, Waszyngton (niepotrzebne skreślić) czuwają”.

Długie ramię globalizacji

Z terminem wychodzenia z komunizmu mieliśmy pecha. Szansa (tylko częściowo wykorzystana) budowy niepodległej Polski przyszła akurat wtedy, gdy globalizacja uległa przyspieszeniu. Propagowano postpolityczność, postmodernizm, ponowoczesność i „ducha” postnarodowego w ogóle. To paradoks, iż gdy wreszcie historia dała nam szansę na suwerenność, wielu Polaków skwapliwie głosiło, że wolny Naród i jego niepodległość to bardziej balast niż błogosławieństwo. Być może – ze względu na międzynarodową koniunkturę – nie należało zwlekać z wchodzeniem do NATO i Unii Europejskiej. Warto jednak uświadomić sobie, że grę na cudzym boisku, w imię bezpieczeństwa i skorzystania z potencjału rozwojowego cywilizacji zachodniej, podjęliśmy, zanim jeszcze zbudowaliśmy państwo sprawne: niepodległe i demokratyczne. I z niektórych współczesnych instrumentów suwerenności musieliśmy rezygnować, zanim jeszcze zdążyliśmy je przyswoić. Musieliśmy podjąć grę na cudzym boisku zawodnikami, którzy nie zostali należycie przeszkoleni i nauczeni lojalności wobec swojego państwa. Wchodzenie do UE jednocześnie wzmacniało i osłabiało tworzenie własnych sprawnych instytucji, niezbędnych przecież do skutecznej gry o polskie interesy.

Długie ramię Moskwy zostało zastąpione przez długie ramię globalizacji i instytucji międzynarodowych – gospodarczych, politycznych i kulturalnych. Dla kluczowych graczy – w Unii: Niemiec i Francji, na świecie: Rosji i USA – staliśmy się przedmiotem gry, a nie jednym z partnerów; staliśmy się zasobem buforowym.

Zanim jeszcze polskie elity nauczyły się, na czym polegał nadzór agenturalny Moskwy nad Warszawą (książka Cenckiewicza ukaże się dopiero w 22. roku transformacji), Polska znalazła się pod nadzorem globalizacji – nadzorem gospodarczym i kulturowym, często równie trudnym do zauważenia i zrozumienia, jak ten agenturalny.

Mentalność postkolonialna

Sednem postkolonialności jest przyjmowanie za własne sposobów myślenia, które są korzystne dla kogoś innego, niekoniecznie mającego z nami tylko wspólne interesy. Postkolonialne przesądy to: „Kapitał nie ma ojczyzny”; „Jak tylko otworzymy Polskę na zagraniczne inwestycje i ograniczymy wpływ państwa na gospodarkę, to staniemy się krajem nowoczesnym”; „Szybciej się zmodernizujemy, gdy oderwiemy się od tradycji”.

Ale takie myślenie ogranicza szanse Polski na podmiotowość. Dzieje się to nie tylko w rozgrywkach toczonych na scenie politycznej Unii Europejskiej i świata (to ma miejsce swoją drogą), ale już wcześniej – na poziomie skojarzeń, nawyków myślowych, wyobraźni, samooceny. Socjologowie nazywają to przemocą symboliczną. To ona powoduje, że dla wielu polskich polityków i dyplomatów inne niż trzeciorzędne miejsce Polski w Europie jest trudne do racjonalnego obmyślenia. To ta przemoc przyczynia się do podtrzymywania naszych kompleksów, do braku umiejętności samodzielnego tworzenia wzorców nowoczesnych zachowań, do radowania się z tanich pochwał obcokrajowców.

Długie ramię kultury konsumpcyjnej

Owocem postkolonialnego, kierowanego bardziej konsumpcją niż strategią charakteru przebudowy gospodarki jest sytuacja, w której „preferowanie bieżącej konsumpcji indywidualnej kosztem możliwości rozwojowych spotyka się z powszechną aprobatą Polaków. Według najnowszego badania EBOR, Polacy są najbardziej zadowolonym ze swojego poziomu życia narodem w Europie, a aż 54 proc. ankietowanych w Polsce jest przekonanych, że ich dzieci będą żyć jeszcze bardziej dostatnio” – napisali niedawno w „Rzeczpospolitej” Jan Filip Staniłko i Olgierd Bagniewski. Polska używa unijnych pieniędzy do podnoszenia szeroko pojętej „jakości życia”, a nie – jak to było założeniem tzw. polityki spójnościowej – do tworzenia trwałych podstaw wzrostu i rozwoju. Ostatnie dwudziestolecie to modernizacja naśladowcza, strategicznie nierozplanowana. Wysokie, często bezkrytyczne, wynikające raczej z ignorancji niż wiedzy poparcie tak wielu Polaków dla Unii może być interpretowane jako właśnie efekt postniewolniczej mentalności ludzi, którzy jak najszybciej chcą dołączyć do europejskich „lepszych Państwa”, nie zauważając, iż poza służbówkę będą wychodzić tylko nieliczni.

Sukces nakrapianych tandetą programów telewizyjnych w stylu „Szymon Majewski show” pokazuje, jak dajemy się mamić błyskotkami. O tym decyduje fizjologia: podatność na impulsy dźwięku, koloru, ruchu – środki stymulujące zwierzęce warstwy naszej natury. Problem w tym, jak duża część danego społeczeństwa odporna jest na takie szoł. To problem elity i jej jakości. Elitą jest grupa, która uważa, że jest w stanie zarządzać daną zbiorowością i zarazem dysponuje zasobami, które to umożliwiają.

Elity o nieczystym sumieniu

To elitom III RP zawdzięczamy postkolonialny charakter transformacji ustrojowej: nazbyt często łupieską prywatyzację, zbyt dużą obecność kapitału obcego w bankowości i mediach, słabe instytucje państwa, niespójny system prawa, wymykające się kontroli tajne służby, nadmierne bezrobocie, otwartość na propagowanie kultury śmierci.

Spór, który się w naszym kraju toczy, w uproszczeniu można ująć tak: po stronie tradycji jako fundamentu godności, wolności i rozwoju są Kościół katolicki (przez ponad tysiąc lat współtworzył on kościec polskości), jego wierni, a także należący do obozu niepodległościowego ludzie innych wyznań i niewierzący. Po stronie „przyszłości”, konsumeryzmu (jako nowej religii), indywidualizmu, „lekkości życia” i wizji Polski na granicy kosmopolityczności są środowiska, do których trafiają opowieści snute na łamach „Gazety Wyborczej” i mediów z nią zakolegowanych. Sporo osób jest przekonanych, iż w ostatnim dwudziestoleciu to środowiska „Wyborczej” wygrywają. Że obóz niepodległości, tradycji i godności traci pole za polem.

Taki rozkład sił mógłby kogoś zdziwić: jak to możliwe, że od dwudziestu lat tysiącletnia narodowa tradycja, wspierana przez liczącą dwa tysiące lat organizację Kościoła katolickiego, słabnie w konfrontacji ze środowiskiem o – w sumie – niewielkim liczebnie rdzeniu? Odpowiedź na to ważne pytanie nie jest trudna. Z jednej strony mamy starożytną instytucję, która nie zawsze znajduje skuteczne sposoby przekazania Dobrej Nowiny współczesnemu światu. Z drugiej strony mamy środowisko, które swą egoistyczną grę podczepia pod silne nurty kulturowe w cywilizacji współczesnej. Środowisko, które swoje propagandowe sukcesy zawdzięcza podglebiu właśnie postkolonialnej mentalności.

Klucza do rozumienia przy-„Wyborczego” środowiska dostarcza w jednej ze swoich wypowiedzi z 2006 r. socjolog z Polskiej Akademii Nauk, prof. Włodzimierz Pańków: „W 1963 r. zacząłem studiować na UW, więc znam te nasze elity, wywodzące się często z rodzin ‚nomenklaturowych’, KOR-owskie i inne, od początku. Ci ludzie jeszcze na studiach mieli w sobie dużo fajnych rzeczy, byli nosicielami ważnych wartości i głosili piękne idee. Ale równocześnie mieli w sobie poczucie wyższości. Do dzisiaj pamiętam, jak traktowali takich spoza Warszawy, a już nie daj Boże ze wsi. Ten typ postawy trwa. (…) Część polskich elit, także te wywodzące się z dawnej opozycji KOR-owskiej, solidarnościowej, ma nieczyste sumienie. Oni pobudowali sobie kariery, a robotników zostawiono na ulicy. Jak potem można im spojrzeć w oczy? Lepiej to maskować pogardą lub wrzaskiem”.

Te elity uległy kulturze konsumpcji, która w realnej postaci napłynęła wraz z demokratyzacją, urynkowieniem i wzrostem gospodarczym. Ale przecież nie tylko elity uległy. Wielu z nas też.

Wizja Polski, która zaleca nam odwrócenie się od tysiącletniej tradycji, swoją – w mej ocenie, destrukcyjną – siłę czerpie z szerszych kulturowych tendencji. Profesor Pańków ma rację, ale rzecz nie sprowadza się do – faktycznie obecnych – pogardy i wrzasku. Nie pozwólmy, by twarze Adama Michnika i jego kółka przysłaniały nam kontekst.

W Polsce trwa gra kulturowa o sprawowanie kontroli nad symbolami, rytuałami, nad rozdzielaniem społecznego szacunku. Czy nie podstawowym instrumentem tej walki jest kontrola nad skojarzeniami, nad myślowymi nawykami? To myślowe nawyki decydują o tym, jak reagujemy, gdy słyszymy: „Polska” lub „Macierewicz”, a jak, gdy słyszymy „flagi w psich kupach” lub „Palikot”. Od czego te nawyki zależą? Od tego, jakiego rodzaju skojarzenia mają większą liczbę powtórzeń w przestrzeni publicznej. To zaś zależy od tego, kto ma lepsze pudła rezonansowe.

Menedżerowie skojarzeń

Socjolog dr Tomasz Żukowski postawił swego czasu pytanie: „Czy dyskurs publiczny w Polsce jest suwerenny?”. Znaczna, czy nie przeważająca, część prasy jest w rękach kapitału obcego. Na media publiczne jako gwaranta przestrzeni, w której może toczyć się wielowymiarowa debata o interesach i problemach Polski, liczyć nie można. Zamiast być strefą sporu wysokiej jakości, są tylko łupem w grach interesów.

Suwerenność dyskursu publicznego nie bierze się po prostu z dobrej woli tego czy innego właściciela mediów. Ona ma miejsce wtedy, gdy w mediach występuje prawdziwy pluralizm, gdy jedno środowisko polityczno-kulturowe nie staje się hegemonem narzucającym innym swój punkt widzenia. W tej sytuacji każdy głos wsparcia dla tych mediów, które są niezależne od kapitału międzynarodowego i wspierają obóz niepodległościowy, ma wartość podwójną.

Imigranci z Polski zarabiają najmniej

Wyniki badań ogłoszone w 2008 r. pokazały, iż najtańszą siłą roboczą w Wielkiej Brytanii są… Polacy. Lepsze stawki od nas otrzymują m.in. Somalijczycy i Ugandyjczycy. Wydać by się mogło, że jakość naszej siły roboczej jest wyższa, bo jesteśmy lepiej wykształceni, lepiej rozumiemy kulturę europejską niż przybysze z wielu krajów Trzeciego Świata. A jednak zarabiamy mniej niż oni. Nasuwają się dwa wyjaśnienia – psychologiczne i socjologiczne. Psychologiczne: jesteśmy tak zakompleksieni, że zadowalamy się bardzo niskimi płacami, byleby były wyższe niż w Polsce – co nie jest trudne, bo nasze wynagrodzenia należą do najniższych w Europie. Socjologiczne: sieci wsparcia imigranckiego między Polakami są słabsze niż między ludźmi z Trzeciego Świata – Polacy za granicą słabo komunikują się ze sobą i nie wiedzą, jakie są rynkowe stawki. Odnosi się wrażenie, że wielu Polaków za granicą chętniej kontaktuje się z cudzoziemcami niż rodakami.

Co takiego? Nauka dla Polski?

Gdy podczas konferencji naukowych pytam młodych badaczy z różnych uczelni, m.in. doktorantów, czy uprawiają naukę dla Polski, widzę zdziwienie na twarzach. Nie bardzo rozumieją, o co mi chodzi. Mówią: „Chcemy robić dobrą naukę”. Żaden z profesorów nigdy z nimi nie rozmawiał o polskim interesie narodowym. O tym, że ich praca intelektualna ma służyć tej wspólnocie losu, która od tysiąca lat żyje nad Wisłą i do której przynależą. Ci młodzi ludzie swojej pasji badawczej zupełnie nie wiążą ze swoją polskością. W efekcie, nieświadomi mechanizmów podtrzymujących cywilizacyjne dystanse, bardzo zdolni niekiedy badacze sprowadzają swoją rolę do – użyjmy określenia prof. Ewy Thompson – tragarzy kulturowego bagażu. Badaczka ta stawia pod znakiem zapytania niezależność intelektualną np. polskiego literaturoznawstwa. Polscy uczeni, badając rzeczywistość Europy Środkowo-Wschodniej, posługują się pojęciami zaprojektowanymi i przeznaczonymi do opisywania zjawisk z odmiennego kontekstu kulturowego.

Czy to przejaw niskich możliwości twórczych, braku odwagi oraz nieświadomie wpisanej w schematy pojęciowe mentalności postkolonialnej? Czyżby naszych badaczy społecznych nie było stać na nic innego poza występowaniem w roli importerów do Polski intelektualnej „odzieży używanej” szytej w innych państwach? Na inny wymiar sprawy zwróciła kilka lat temu uwagę prof. Izabella Bukraba-Rylska z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk. Wykazała ona, iż polscy socjologowie często bywają „społecznie niemuzykalni”, że – nie mając kontaktu duchowego ze swoim Narodem, zapatrzeni w Zachód – nie rozumieją Polski, a sporą część swej energii angażują w swoisty terroryzm intelektualny, polegający na wytykaniu i piętnowaniu wad (rzeczywistych i rzekomych) naszego społeczeństwa.

Sam jestem badaczem socjologiem, ale nie gościem z jakiegoś odległego kraju, któremu obce są sprawy ludzi żyjących obok. Żyję w kraju, w którym – podobnie jak w wielu innych – trwają konflikty społeczne: o władzę, o zasoby, o tożsamość, o sprawiedliwość (o te jej okruchy, które są do realnego osiągnięcia na tym świecie). Toczy się wyścig nie tylko po bogactwo, ale także po szacunek i godność. Toczy się rozgrywka o kształt Polski, o to, czy nadawanie kulturowego oblicza naszej części Europy będzie następowało przy udziale Polaków, czy tylko ponad naszymi głowami.

W tych rozgrywkach stoję po stronie tych, którzy uważają, że Polska poza dostatkiem, przyrostem konsumpcji potrzebuje także co najmniej pewnego minimum podmiotowości, prawdy i sprawiedliwości. A Polacy potrzebują – nawet jeśli nieraz zdają się o tym zapominać – godności. A źródłem godności Polaków jako Polaków i Polski jako Polski jest nasza tradycja. Podobnie przecież jest u innych narodów – u tych, które potrafią zadbać o siebie.
Ojczyzna zewnątrzsterowna

W ostatnich dwudziestu latach Polska rozwinęła się pod wieloma względami – technologicznie niemało rzeczy poszło do przodu – ale pod względem zdolności społeczeństwa do realizacji złożonych, zwłaszcza oddolnie koordynowanych, działań pozostajemy zacofani. Doktor Joanna Szalacha w czasopiśmie „Obywatel” napisała: „Obrońcy poglądu, że III RP dobrze wykorzystała ostatnie dwadzieścia lat, przywoływaliby na pewno trzy fakty: prywatyzację gospodarki państwowej, członkostwo w NATO oraz akces do UE. Jest jednak jasne, że każdy z tych faktów został wygenerowany za pomocą impulsów zewnętrznych, nie zaś poprzez kalkulację i realizację własnej drogi, w ramach obranej strategii (…). Polska przedwojenna – ze wszystkimi swoimi wadami – była wewnątrzsterowna, Polska zaś najnowsza wydaje się wyłącznie pasywna i zewnątrzsterowna”.

Cały czas mamy deficyt umiejętności społecznego współdziałania oraz – wiążący się z tym – deficyt strategicznego przywództwa. Ale nie są do tego zdolne elity, które walczą z patriotyzmem Polaków.

Przezwyciężyć poczucie niższości?

Podczas pobytu kilka lat temu w Izraelu, na seminarium dotyczącym bezpieczeństwa narodowego, doznałem, jako socjolog, który w języku złożonych naukowych teorii stara się objaśniać świat, sporego zaskoczenia. Ekspert od zwalczania terroryzmu zadziwił uczestników zwięzłością swojej (aż nazbyt prostej – wydawałoby się) odpowiedzi na pytanie, co jest źródłem arabskiego terroryzmu. Powiedział: „Poczucie niższości”. Jak na mój akademicki umysł to wydawało się zbyt proste. Ale…

Akt terroru to próba brutalnego i błyskawicznego pokonania dystansu dzielącego słabszego od silniejszego. Zorganizowanie zamachu okazuje się o wiele łatwiejsze niż długofalowa, codzienna praca nad sobą. Zamach można zorganizować szybciej, niż uporać się z deficytem zaufania, bez którego projekty obywatelskie kończą się na dobrych intencjach. Wielu łatwiej jest oddać życie, niż dzień po dniu oddawać się „cichej wytrwałości” (określenie ks. kard. Józefa Ratzingera). To jest element naszej tradycji, który musimy przemyśleć.

Bez codziennej, prowadzonej na wszystkich poziomach pracy organicznej nie wypłuczemy z naszej psychiki pokładów postkolonialnych nawyków. Ale taka praca nie powiedzie się bez państwa polskiego kierowanego przez środowiska wolne od uzależnień od długiego ramienia Moskwy, Brukseli i hipermarketów. Dlatego dla losów Polski nie jest obojętne, kto i w jaki sposób kieruje naszym państwem.

Mechanizm stadny

Nasuwa się pytanie, czy wyjaśnieniem fenomenu wysokiego i długo trwającego – mimo wyraźnej nieudolności rządu – poparcia premiera Donalda Tuska nie jest mechanizm reakcji stadnej? Oto zakompleksieni Polacy, niepotrafiący za granicą negocjować rynkowych stawek o pracę, korzystają z politycznej psychoterapii. Rodacy, w których psychice są całe warstwy mentalności postniewolniczej, dowartościują się dzięki odróżnieniu siebie od wymyślonego przez propagandę obrazu obciachowej Polski tradycyjnej, pisowskiej, moherowej.

Ale sposób zachowania się premiera Tuska wobec Putina odsłonił jego poczucie niższości. Bo skąd ma czerpać poczucie siły człowiek, który nie wierzy w swój Naród, w swój kraj, w państwo, na czele którego stoi?

PO – partia dozorców?

Elity postkomunistyczne, środowiska Sojuszu Lewicy Demokratycznej postkolonialością były skażone od samego początku i głęboko. Po roku 1989 radar z kierunku Wschód przestawiły na kierunek Zachód. Co do przeciwników dawnego systemu władzy okazało się, że ważna część elit solidarnościowych jest silnie związana z tradycją ruchu komunistycznego i zarazem nie ma odwagi rozliczenia się z tym dziedzictwem. Lech Kaczyński, który postniewolniczej świadomości dominującej części naszej klasy politycznej się przeciwstawiał, był nie do zaakceptowania dla środowisk o radarowej orientacji – nastawionych na wsłuchiwanie się w głosy dochodzące od najsilniejszych zewnętrznych graczy. A Platforma?

Nawet jeśli w dzisiejszej Platformie są jeszcze ludzie, którzy pragną Polski godnej i silnej, nawet jeśli takie osoby są wśród wyborców PO, to jako organizacja straciła ona już bezpowrotnie szansę wprowadzenia naszego kraju na ścieżkę rozwoju. Dlaczego tak się rzeczy mają? Otóż PO jest dziś typową partią władzy, która obrosła sieciami pasożytniczych korzyści – typowych powiązań klientelistycznych. Z jednej strony, powiązania takie są dla wielu ludzi Platformy opłacalne: materialnie, środowiskowo, zawodowo, prestiżowo. Z drugiej strony, rozrost nieformalnych sieci korzyści zrobił z PO muchę tak oblepioną słodką pajęczyną, że niezdolną do samodzielnego działania.

Platforma nie jest podmiotem modernizacji Polski. Platforma pozwoliła, by dynamika systemu uczyniła z niej narzędzie „transformacji z Polski”: młodzieży, kapitału, pomysłów, lojalności i prawdy (nie tylko o smoleńskiej katastrofie).

Znaną prawdą jest, że czasami drobne sytuacje z niepokojącą wyrazistością odsłaniają szersze zjawiska. „Super Express” pisał w 2009 roku: „Już wiemy, na jakiej zasadzie Paweł Graś (45 l.), rzecznik rządu i jeden z najbliższych współpracowników premiera, mieszka wraz z rodziną w zabytkowym pałacyku w Zabierzowie pod Krakowem. Minister Graś nie płaci złotówki za wynajem tej pięknej i wartej dwa miliony złotych nieruchomości należącej do niemieckiego przedsiębiorcy Paula Roglera. Najzwyczajniej robi tam za dozorcę!”.

Oto polityk mający bezpośredni wpływ na premiera swojego kraju korzysta z „życzliwości” biznesmena z innego kraju – wygląda to na oczywisty konflikt interesów. Graś jednak dalej jest blisko przy premierze RP. Czy dlatego, iż osobom o mentalności dozorcy cudzych interesów to najwyraźniej nie przeszkadza? Obyśmy za kilka lat nie odkryli, że chcąc nie chcąc, PO – jako organizacja – stała się dozorcą cudzych interesów na terenie Polski.

Poza pułapkę

Platforma nie jest w stanie współpracować z Polakami tak, byśmy byli zdolni do właściwej, uczciwej samooceny, bez której nie można wychodzić z kompleksów. Prawo i Sprawiedliwość, przy wszystkich swych słabościach (a tylko tych poważnych ma aż 44) – jest w stanie to uczynić.

Bez właściwej samooceny jesteśmy bezbronni wobec manipulacji i dydaktycznej polityki skojarzeń, oferowanych nam przez redaktorów TVN, „Wyborczej”, „Polityki” i towarzystwa. Nie wszyscy ludzie, przeto i nie wszyscy Polacy są zdolni do takiej samooceny. Można jednak tego wymagać od elit oraz tych, którzy do ich społecznej roli aspirują. Od intelektualistów, dziennikarzy, wreszcie – od ludzi Kościoła katolickiego.

Z postkolonialnej pułapki istnieje droga wyjścia. Ale narysowanie jej mapy to już inna przypowieść.

Prof. Andrzej Zybertowicz

Autor jest profesorem w Instytucie Socjologii UMK. Był doradcą prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego ds. bezpieczeństwa państwa. Na przełomie sierpnia i września br. w Wydawnictwie Prohibita ukaże się wybór jego publicystki pt. „Pociąg do Polski – Polska do pociągu”.

za: Sobota-Niedziela, 6-7 sierpnia 2011, Nr 182 (4112) (kn) /  Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy, Oddzial w Lodzi

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci