Stanisław Żaryn: Trzeźwe spojrzenie Kościoła


Kard-Stefan-Wyszynski-fot-interWarto, by dzisiejsi byli działacze opozycji demokratycznej pamiętali, że to polski Kościół jako pierwszy wieszczył upadek komuny. Komuny, w której koniec wielu nie wierzyło jeszcze w drugiej połowie lat 80.

W Polsce w ostatnich latach mamy często do czynienia z próbami zawłaszczenia walki o niepodległość i wolność w czasach PRL. Wiele środowisk politycznych próbuje zawłaszczyć zasługi całej opozycji niepodległościowej więc często dochodzi do sporów o zasługi w walce z komuną. Na sporach tych cierpi mocno polski Kościół katolicki. Jest coraz słabiej słyszalny, więc jego zasługi w walce o wyzwolenie spod sowieckiej okupacji są często umniejszane. Tymczasem to Kościół był przez lata komuny jednym z najważniejszych ośrodków sprzeciwu wobec peerelowskich rządów. Co więcej, polscy duchowni bardzo trafnie analizowali politykę polskich władz oraz nastroje społeczne.

Bardzo dobrze pokazują to archiwa. Dokumenty Rady Głównej Episkopatu Polski dowodzą zdolności analizy i wyczucia polskich hierarchów, którzy zdawali sobie świetnie sprawę ze swojej pozycji w PRL –u.
Na posiedzeniu Rady Głównej Episkopatu Polski, 22 czerwca 1966 roku, poruszany jest temat wywiadu, którego udzielił abp. Bolesław Kominek we Francji. Ks. Prymas Wyszyński pyta arcybiskupa o cytat jego wypowiedzi zamieszony w „Życiu Warszawy”. Duchowny tłumaczy, że jego słowa zostały źle przetłumaczone. Przeinaczenia te zostały odebrane jako atak na polskich duchownych. „Bp Klepacz w krótkim wywodzie uzasadnia, że komuniści poza napaściami prasowymi nie mogą posunąć się dalej, gdyż siłą Kościoła w Polsce jest stosunek ludu naszego i całego świata” – czytamy w protokole z posiedzenia. Na tym samym posiedzeniu padają jednak słowa o zagrożeniu, jakie czyha na Kościół ze strony komunistów. „Bp Choromański ustosunkowując się do wyjaśnień abp.Kominka stwierdza: Abp Kominek zbyt optymistycznie sądzi, że nasi przeciwnicy się boją; oni niczego się nie boją, działają na oślep i stąd są niebezpieczni” – czytamy w tym samym protokole. Choć to bardzo daleko idące uproszczenie trudno nie przyznać racji tym dwóm stwierdzeniom – Kościół w Polsce był jednocześnie silny dzięki ogromnemu poparciu społeczeństwa, a z drugiej strony był ciągle zagrożony przez komunistów, którzy w każdej chwili mogli chcieć rozprawić się z najważniejszym środowiskiem wolnym od komunistycznego ucisku.

Duchowni w bardzo trafny sposób analizowali też sytuację polityczną w kraju. Bardzo rozsądne stanowisko polski Kościół zajął tuż po wydarzeniach z marca 1968 roku. Arcybiskup Kominek mówił wtedy, że duchowni czują, że „idą nowe, głębinowe prądy przez cały świat komunistyczny”. Postulował włączenie się w działania młodych ludzi, którzy się zbuntowali. „Zdaje się, że w te idące sprawy trzeba się włączać, szczególnie, gdy chodzi o młodzież, która jest nam bliższa niż im – a włączać się będziemy na płaszczyźnie naszej, moralnej doktrynalnej, a nie politycznej” – mówił abp Bolesław Kominek podczas posiedzenia KG EP 19 kwietnia 1968 roku. Autor protokołu stwierdza: „Dyskutant sądzi, że czekają nas nowe oświadczenia czy komunikaty, ale nie powinniśmy się spieszyć. Angażować się, ale tylko na płaszczyźnie zasad. Dogadywać się z władzą, ale nie z tymi, którzy o władzę się biją”. Z kolei biskup Ignacy Tokarczuk wskazuje na wolnościowy charakter buntu młodych: „I młodzież, i świat nauki, i literaci wystąpili w obronie wolności”. Zauważa jednak, że obok słusznych postulatów pojawiają się negatywne zdarzenia. „Dlatego Kościół nie może milczeć, gdyż musi dawać świadectwo prawdzie jako sumienie narodów” – mówi bp Tokarczuk podczas posiedzenia Rady. Duchowni mówią o antysemickiej nagonce rozpętanej przez komunistów oraz jej skutkach. Postulują zabranie głosu „w obronie wartości i dobrego imienia Narodu”.

„Jak to zrobić? Na płaszczyźnie wydarzeń ostatnich lat wyjaśnienie z pozycji naszej etyki nie angażując się w żadne grupy czy jednostki. Podjąć też problem obrony dobrego imienia Narodu” – tłumaczy bp Tokarczuk, a arcybiskup Antoni Baraniak zaznacza, że „Polska nigdy nie była antysemicka”. „Pewne koła chcą przyczepić Narodowi antysemityzm, dlatego Episkopat powinien się wypowiedzieć” – postuluje hierarcha. I rzeczywiście podczas posiedzenia ks. prymas prosi bp. Kominka o przygotowanie na Konferencję Plenarną na Jasnej Górze projektu oświadczenia polskiego Kościoła w sprawie marca 1968 roku. „Oświadczenie powinno zawierać następujące elementy: a. poszanowanie osoby ludzkiej, b. respektowanie praw podstawowych instytucji Państwa, c. obywatel ma prawo do prawdy i rzetelnej informacji, d. pomawianie Polski o antysemityzm jest nieuzasadnione, e. w konkluzji podkreślić znaczenie moralności społecznej dla współżycia obywatelskiego” – czytamy w protokole z posiedzenia Rady Głównej EP. Reakcje duchownych świadczą o stonowaniu polskiego Kościoła oraz chęci wspierania korzystnych dla społeczeństwa trendów i rozwiązań. Jednak próżno tu szukać zachwytów, emocjonalnego hurraoptymizmu, czy zapowiedzi walki z komuną. Duchowni na zimno i trzeźwo oceniali wydarzenia z marca 1968 roku.

Bardzo trafne spostrzeżenia mieli również w sprawie tragedii na wybrzeżu z 1970 roku. Pierwsze reakcje Kościoła były powściągliwe. Ich celem było tłumienie emocji, żeby nie prowokować kolejnych tragedii i napaści ze strony władz. Jednak jeszcze przed zbrodniczymi wydarzeniami na Wybrzeżu Episkopat Polski sformułował bardzo ostry list oskarżając władze komunistyczną o deprawowanie Polaków. Zatytułowany „W obronie zagrożonego bytu narodu”. Ostatecznie jednak nie został odczytany w kościołach. Prymas podjął taką decyzję, w związku z rozmiarami tragedii na Wybrzeżu. Na posiedzeniu Rady Głównej 29 XII 1970 tłumaczył: „Wyrosła nagle ogromna sprawa, której nie przewidywaliśmy. W takiej sytuacji musiałem wziąć odpowiedzialność na siebie. To, co miało miejsce na Wybrzeżu, mogło się powtórzyć w Łodzi, Warszawie, Krakowie – wszędzie. Jaka byłaby wtedy sytuacja i jak by się zachował Rząd? Czy uruchomiono by jednostki wojskowe, skomasowane nad granicą polsko-czeską, czy koło Szczecina? A gdyby te formacje tu weszły, czy potem by się wycofały? Zwłaszcza Niemcy ze Szczecina? Kto miałby na to wpływ – nie wiadomo" – mówił.

Ciekawe były również uwagi hierarchów na temat przyczyn tragedii na Wybrzeżu. Nie mieli wątpliwości, że jest nią fatalna sytuacja ekonomiczna. „A podłoże wszystkiego jest gospodarcze, brak chleba, mięsa itd.” – mówił abp Kominek. Biskup Bronisław Dąbrowski wskazywał z kolei, że władza stworzyła system, który niszczy pracowników. „Morderczy system pracy doprowadza do takiego wyniszczenia sił biologicznych robotników, że aż ból patrzeć na nich… To są wychudzeni, wyblakli ludzie o chorobliwym wyglądzie. Wystarczy ich zobaczyć w pociągach pracowniczych, ludzi niewyspanych, niedożywionych, ludzi apatycznych, istnych niewolników. Czyje to dzieło? Przeciwko takiemu stanowi rzeczy – obok niedostatku zaopatrzenia i niskich płac – protestują dziś robotnicy w Stoczniach” – pisał hierarcha w liście do Aleksandra Skarżyńskiego, dyrektora Urzędu ds. Wyznań. W oficjalnym stanowisku polskiego Kościoła dotyczącym tragedii z grudnia 1970 roku duchowni napisali, że „stosowanie środków przemocy nie sprzyja utrzymaniu pokoju w życiu społecznym, zwłaszcza, gdy nie oszczędzają niewinnych, a nawet dzieci i kobiet. Życie Narodu nie może się rozwijać w atmosferze zastraszania".

Ta ostatnia uwaga powraca w wypowiedziach polskich hierarchów wielokrotnie. Już w grudniu 1970 roku prymas Wyszyński mówił o potrzebie budowania demokracji w Polsce. „Nas stać na to, my możemy zdobyć się na to, by w Polsce był realizowany prawdziwy demokratyzm, bo on leży w tradycjach narodu polskiego już od czasów królewskich. Nas stać na to, by z naszego ducha chrześcijańskiego wydobyć bardziej czynną współpracę z dziećmi bożymi całej tej ziemi, ze wszystkimi, którzy mają prawo do swojej ojczyzny, do wolności, do szacunku, do miłości, do wolności ducha, do słowa miłującego. W tej ojczyźnie chrześcijańskiej, w tym królestwie duchów najwspanialszych narodu, w tym królestwie matki betlejemskiej i wiernej matki z Kalwarii” – mówił Stefan Kardynał Wyszyński w swoim Apelu do ludzi Wybrzeża, wygłoszonym po tragedii z 1970 roku. Jak widać wezwania do demokratyzacji kraju i budowania społeczeństwa opartego na wolności, swobodzie i poszanowaniu godności ludzkiej Prymas Polski zaczął wygłaszać, gdy nikomu się jeszcze w Polsce nie śniła jakakolwiek poważna i zorganizowana działalność polityczna wymierzona w komunistyczną władzę. To właśnie Kościół, jako pierwszy, rozpoczął wzywanie do przewartościowania podstaw systemu, jaki panował w PRL. Co więcej – jak pokazują archiwa kościelne – polscy duchowni byli przekonani, że system komunistyczny jest czymś obcym dla Polaków, w związku z czym upadnie.

Świadczą o tym kolejne cytaty z posiedzenia Rady Głównej Episkopatu Polski z 1974 roku. To właśnie wtedy dwaj najważniejsi polscy hierarchowie – kard. Wyszyński i kard. Wojtyła – mówią otwarcie o tym, że komuna w Polsce jest czymś obcym i musi upaść. Na początku 1974 roku hierarchowie spotkali się, by omówić sprawę rozmów, jakie ekipa Gierka chciała prowadzić ze Stolicą Apostolską. Polscy duchowni byli sceptyczni wobec prowadzenia przez Watykan jakichkolwiek rozmów z komunistami oraz podpisywania z nimi porozumień. W czasie posiedzenia kardynał Wojtyła mówił o tym, że ówczesna władza nie jest uznawana przez Polaków za reprezentanta ich interesów. „Czujność i niepokój ma głębokie korzenie w świadomości narodowej. Polskość ma swoją historię jednorodną. Rząd, partia tego nie reprezentują. W tej rzeczywistości Polak nie może się odnaleźć, bo to nie mieści się w duchowej tożsamości narodu” – mówił kardynał Wojtyła zaznaczając, że zgoda Stolicy Apostolskiej na układ z państwem polskim „będzie równoznaczna z położeniem pieczęci na tej rzeczywistości politycznej, o której ludzie potrafili sobie wyrobić zdanie w ciągu trzydziestu lat”. Kilka miesięcy później – w marcu 1974 roku – do kwestii ewentualnego porozumienia Watykanu i PRL- u odniósł się również Prymas Wyszyński. „Skąd bierze się w Watykanie to przekonanie, że jest to ustrój stały? Na czym ta stałość się opiera, pytam? Czy na mocy doktryny? Czy na pozycji w społeczeństwie? Czy na sile militarnej?” – pytał. I od razu zaznaczył, że komunizm prędzej czy później upadnie. „Nie ma rozwoju doktryny, pozycja ustroju w społeczeństwie raczej maleje, stałość gwarantowana przez podstawę militarną jest krucha. Ustrój oparty na armatach jest najmniej stały. A zatem po co Stolica Apostolska chce utrwalić coś, co jest pyłem, który prędzej czy później się rozwali poprzez swoją naturę wewnętrzną, swoją słabość wewnętrzną” – mówi kardynał Wyszyński.

Tak mocne słowa przywódców polskiego Kościoła padają w 1974 roku. W tym czasie opozycja antykomunistyczna raczkuje i dopiero zaczyna formułować swoje postulaty. Dopiero sześć lat później padną żądania dotyczące swobód demokratycznych oraz liberalizacji systemu. W czasie, gdy polski Prymas mówił o upadku komuny i budowie w Polsce systemu demokratycznego, nikomu z działaczy opozycji nie śniło się nawet, że można założyć choćby niezależny od władz związek zawodowy. Warto, by dzisiejsi byli działacze opozycji demokratycznej pamiętali, że to polski Kościół jako pierwszy wieszczył upadek komuny. Komuny, w której koniec wielu nie wierzyło jeszcze w drugiej połowie lat 80.

Stanisław Żaryn

Zrodlo: Salon24.pl, solidarni I niezalezni – Tygodnik Solidarnosc – 20.09.2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek