Mirosław Kokoszkiewiecz: “Solo” na sopockim molo


Donald-Tusk-foto4-interOto Po­la­cy ma­ją to, na co za­słu­gu­ją. Do­sta­li pre­mie­ra, na ja­kie­go za­pra­co­wa­li so­bie swo­ją wie­lo­let­nią po­sta­wą. Za­miast puł­kow­ni­ków Ku­kliń­skich, w III RP czci się i ho­łu­bi ca­łe rze­sze puł­kow­ni­ków Ku­kli­now­skich, a pre­mie­ra ro­bi się z nie­zrów­no­wa­żo­ne­go emo­cjo­nal­nie je­go­mo­ścia za­cho­wu­ją­ce­go się jak nie­let­ni wo­dzi­rej w knaj­pie GS-u.

Kie­dyś po­peł­ni­łem tekst, w któ­rym na przy­kła­dzie pre­mie­ra Do­nal­da Tu­ska opi­sa­łem tak zwa­ny „syn­drom kel­ne­ra”. W skró­cie cho­dzi­ło o to, że ktoś, kto po­za swo­im wła­snym do­mem mu­si się cią­gle uśmie­chać i na zmia­nę, raz to kła­niać by za chwi­lę sta­wać na bacz­ność, li­cząc na na­piw­ki i kle­pa­nie po ple­cach, ten nie­mal za­wsze mu­si od­re­ago­wać we wła­snym do­mu, po­zu­jąc na twar­dzie­la i od­waż­ne­go sze­ry­fa.

Nie ma i nie by­ło w wy­ko­na­niu Tu­ska wy­po­wie­dzi świad­czą­cych o tym, że ma­my do czy­nie­nia z po­waż­nym po­li­ty­kiem nie mó­wiąc już o mę­żu sta­nu. Za to aż roi się od zdań wy­po­wia­da­nych pod pu­blicz­kę i po­dzi­wia­nych przez „naj­wy­żej ce­nio­nych dzien­ni­ka­rzy”, któ­re są tak na­praw­dę na po­zio­mie prysz­cza­te­go i do­pie­ro prze­cho­dzą­ce­go mu­ta­cję mło­ko­sa.

Ostat­nio w me­diach kró­lu­je te­mat przed­wy­bor­czych de­bat i wła­śnie na­ga­by­wa­ny o wy­bor­czy po­je­dy­nek z Ka­czyń­skim, Tusk, stwier­dził w pro­gra­mie To­ma­sza Li­sa, że:

„jak jest „so­lo”, to się

nie uda­je, że ma­ma wo­ła na ko­la­cję”

Oczy­wi­ście spo­ra część miej­sco­wej ga­wie­dzi ku­pi ten ta­ni tekst wy­my­ślo­ny za­pew­ne przez Osta­cho­wi­cza, ale już nie­ste­ty nie­wie­le osób bę­dzie so­bie w sta­nie przy­po­mnieć,

co to „so­lo” ozna­cza w ro­zu­mie­niu Tu­ska.

Przy­po­mi­na­jąc so­bie ostat­nią de­ba­tę w 2007 ro­ku ła­two za­uwa­ży­my, że dla „bo­ha­ter­skie­go pre­mie­ra” owe „so­lo” to uni­ka­nie dys­ku­sji o rze­czy­wi­stych pro­ble­mach Pol­ski i pró­ba bi­cia po­ni­żej pa­sa z wy­ko­rzy­sta­niem wy­szko­lo­ne­go tłu­mu, któ­ry na da­ny sy­gnał wy­je, ry­czy ze śmie­chu, tu­pie i prze­ry­wa kon­ku­ren­to­wi.

„So­lo” we­dług te­go „szla­chet­ne­go twar­dzie­la” to nic in­ne­go jak oto­cze­nie prze­ciw­ni­ka cia­snym szpa­le­rem kum­pli, spro­wa­dze­nie do par­te­ru i „bo­ha­ter­skie” ko­pa­nie le­żą­ce­go. Oczy­wi­ście, aby ta­ki po­je­dy­nek okrzyk­nąć spra­wie­dli­wym i zgod­nym z pra­wi­dła­mi uczci­wej wal­ki, po­trzeb­ni są od­po­wied­ni me­dial­ni „sę­dzio­wie”, któ­rzy wy­tłu­ma­czą ki­bi­com, że pod­ko­wa wło­żo­na w rę­ka­wi­cę ich pu­pi­la nie mia­ła wpły­wu na si­łę za­da­wa­nych cio­sów i osta­tecz­ny wy­nik wal­ki, lecz sta­no­wi­ła tyl­ko nie­win­ny ta­li­zman przy­no­szą­cy szczę­ście.

Uni­ka­jąc de­ba­ty na rze­czy­wi­ście neu­tral­nym grun­cie i rin­gu od­gro­dzo­nym bez­piecz­nie od je­go wy­tre­so­wa­nych dre­sia­rzy, to nikt in­ny, ale wła­śnie Do­nald Tusk wrzesz­czy wy­stra­szo­ny z trzę­są­cy­mi się łyd­ka­mi, że „ma­ma wo­ła go na ko­la­cję”.

Je­go „so­lo” z Lesz­kiem Mil­le­rem to za­mknię­cie się w swo­im ga­bi­ne­cie i ko­pa­nie pił­ką w do­nicz­kę z przy­nie­sio­nym tam przez Mil­le­ra kie­dyś kwiat­kiem. „So­lo” zaś z śp. pa­mię­ci Le­chem Ka­czyń­skim to jak oka­za­ło się nie­daw­no, nie tyl­ko spi­sko­wa­nie prze­ciw nie­mu z Pu­ti­nem czy od­bie­ra­nie krze­sła w Bruk­se­li. Ten współ­cze­sny „ry­cerz”, Wo­ło­dy­jow­ski i Skrze­tu­ski sku­pio­ny w jed­nym bo­ha­ter­skim cie­le, usta­wił so­bie na biur­ku po­do­bi­znę po­le­głe­go pre­zy­den­ta, któ­ra umo­co­wa­na na spe­cjal­nej sprę­żyn­ce umoż­li­wia­ła mu za­pew­ne szer­mier­kę na pię­ści bę­dąc swe­go ro­dza­ju ory­gi­nal­ną grusz­ką tre­nin­go­wą.

On na tę „ko­la­cję u ma­my” ucie­ka nie­ustan­nie od pa­mięt­nej roz­mo­wy na mo­lo ze swo­im se­kun­dan­tem Pu­ti­nem i bę­dzie już to ro­bił do koń­ca swo­je­go pre­mie­ro­wa­nia.

Oto Po­la­cy ma­ją to,

na co za­słu­gu­ją. Do­sta­li pre­mie­ra, na ja­kie­go za­pra­co­wa­li so­bie swo­ją wie­lo­let­nią po­sta­wą. Za­miast puł­kow­ni­ków Ku­kliń­skich, w III RP czci się i ho­łu­bi ca­łe rze­sze puł­kow­ni­ków Ku­kli­now­skich, a pre­mie­ra ro­bi się z nie­zrów­no­wa­żo­ne­go emo­cjo­nal­nie je­go­mo­ścia za­cho­wu­ją­ce­go się jak nie­let­ni wo­dzi­rej w knaj­pie GS-u.

Ta­kich „pa­pie­ro­wych” si­ła­czy ma­my dziś na świecz­ni­ku za­trzę­sie­nie, a ko­ron­nym na to do­wo­dem i jed­no­cze­śnie świa­dec­twem jest ich po­sta­wa pod­czas pa­mięt­nej pre­zen­ta­cji ra­por­tu MAK, ge­ne­rał Ano­di­ny.

Trud­no so­bie wy­obra­zić, aby wła­dze i służ­by spe­cjal­ne nie­mal 40 mi­lio­no­we­go pań­stwa nie wie­dzia­ły,

że 12 stycz­nia 2011 ro­ku ta­ka pre­zen­ta­cja się od­bę­dzie, a na jej skan­da­licz­ną treść na­le­ży na­tych­miast szyb­ko za­re­ago­wać.

Jak wte­dy za­cho­wa­li się bo­ha­ter­scy spe­cja­li­ści od wal­ki „so­lo” z gru­py „TUSK KNOC­KO­UT PRO­MO­TION”?

Wszy­scy tchórz­li­wie ucie­kli „na ko­la­cje do swo­ich ma­mu­siek”. Do­nald Tusk czmych­nął w Do­lo­mi­ty, Bog­dan Klich wziął urlop, a dziel­ny i rześ­ki Red Bul- Ko­mo­row­ski do­stał na­gle tak sil­nej in­fek­cji gar­dła,

że nie był w sta­nie wy­krztu­sić ani jed­ne­go sło­wa. Dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści wszyst­ko to sta­ło się pod­czas prze­ka­zy­wa­nia w świat kłam­li­wej wer­sji Pu­ti­na na te­mat smo­leń­skiej tra­ge­dii.

Ma­my do czy­nie­nia z gro­ma­dą naj­zwy­klej­szych tchó­rzy, na co ko­lej­nym do­wo­dem by­ły pa­mięt­ne już, w ru­skim ję­zy­ku wy­po­wie­dzia­ne prze­pro­si­ny rzecz­ni­ka rzą­du, Paw­ła Gra­sia. Ta­kiej hań­by i po­ni­że­nia daw­no w Pol­sce nie by­li­śmy świad­ka­mi.

Oto w sto­li­cy Pol­ski, War­sza­wie, przed zgro­ma­dzo­ny­mi pol­ski­mi dzien­ni­ka­rza­mi, rzecz­nik, po­dob­no pol­skie­go rzą­du na wieść, że ru­skie hie­ny okra­da­ły pol­skie zwło­ki ofiar tra­ge­dii, nie wa­li pię­ścią w stół, lecz po ro­syj­sku prze­pra­sza („Eta by­ła pra­sta­ja aszyb­ka, izwi­ni­tie”), tłu­ma­cząc, że źle roz­po­znał mun­du­ry for­ma­cji, do któ­rej ra­bu­ją­ce hie­ny na­le­ża­ły.

I jak pa­mię­ta­my na tych pod­dań­czym hoł­dzie się skoń­czy­ło, bo nikt w tak spek­ta­ku­lar­ny spo­sób ze stro­ny ro­syj­skiej nie prze­pro­sił pu­blicz­nie Po­la­ków i nie wy­ra­ził ubo­le­wa­nia.

Ma­ło te­go, pre­zy­dent Bul-Ko­mo­row­ski jak cho­in­ki po­obwie­szał me­da­la­mi ro­syj­skich uczest­ni­ków ak­cji ra­tun­ko­wej. Ak­cji, któ­rej tak na­praw­dę nie by­ło. Po­dob­nie rzecz się mia­ła z ro­syj­ski­mi le­ka­rza­mi i pa­to­mor­fo­lo­ga­mi, któ­rym przy­zna­no or­de­ry za, jak się dzi­siaj oka­zu­je, sfał­szo­wa­ną do­ku­men­ta­cję me­dycz­ną.

Oto ska­la upad­ku pań­stwa pod rzą­da­mi Plat­for­my Oby­wa­tel­skiej, Do­nal­da Tu­ska i je­go po­ma­gie­rów z PSL pod wo­dzą Paw­la­ka.

Oto wy­kre­owa­ni przez po­dob­nych im me­dial­nych tchó­rzy i funk­cjo­na­riu­szy ide­olo­gicz­ne­go fron­tu, he­ro­si.

Nie­ste­ty przy­sło­wie mó­wią­ce, że „Mą­dry Po­lak po szko­dzie” za­wie­ra w so­bie zbyt du­żą daw­kę opty­mi­zmu.

Sko­ro za pre­mie­ra i wi­ce­pre­mie­ra Po­la­cy wy­bra­li so­bie lu­dzi już „do­sko­na­le spraw­dzo­nych” pod­czas tak zwa­nej „noc­nej zmia­ny” w czerw­cu 1992 ro­ku, któ­ra by­ła tak na­praw­dę bez­kr­wa­wym za­ma­chem sta­nu prze­pro­wa­dzo­nym w obro­nie ob­cej agen­tu­ry w Pol­sce, to zna­czy, że „Po­lak przed szko­dą i po szko­dzie głu­pi”.

Mirosław Kokoszkiewicz
23 wrzesnia 2011

Zrodlo: WarszwskaGazeta.pl, 23.09.2011

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek