Prof. dr hab. Artur Śliwiński: Beznadziejne wybory


sliwinski-artur-prof_foto_interRóżne ośrodki opiniotwórcze przystąpiły do oceny rezultatów wyborów parlamentarnych w Polsce. Jednak nie wyniki podliczania kartek wrzucanych do urn wyborczych są najważniejszym efektem kampanii wyborczej.

Tysiąc razy ważniejsze są dwa, w trakcie tej kampanii niemal całkowicie zignorowanie, fakty.

Pierwszy, iż w minionej kadencji parlamentarnej radykalnie zmienił się status władz ustawodawczych w Polsce. Mając świadomość zawężenia obszaru podejmowanych autonomicznie decyzji, żadna ze startujących w wyborach partii nie powinna ogłaszać programów, które wykraczałyby poza faktyczne możliwości decyzyjne.

Tymczasem, bez żadnej żenady, sypały się daleko idące obietnice, co oznacza cyniczne oszukiwanie społeczeństwa. W szczególności dotyczyły one zaradzenia palącym problemom ekonomicznym oraz stale ignorowanym zagrożeniom socjalnym, demograficznym i egzystencjalnym.

Drugi fakt, iż struna fałszywego optymizmu została naciągnięta tak mocno, że musi niebawem pęknąć. Obecną sytuację w Polsce cechuje silna kumulacja problemów gospodarczych i społecznych. Co do tego nie ma już wątpliwości. Fałszywy optymizm jest jednak nie tylko ignorowaniem rzeczywistości, lecz także drabiną, z której upadek będzie dla wielu bolesny albo śmiertelny.

Pytania o suwerenność

Stosunek głównych partii politycznych do utraty suwerenności politycznej i ekonomicznej jest symptomatyczny. Sprowadza się do bagatelizowania tego obfitującego w ważne i liczne konsekwencje faktu.

Specyficzną cechą ograniczenia suwerenności politycznej i ekonomicznej jest eliminacja demokratycznych mechanizmów sprawowania rządów. Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której brak suwerenności wiązałby się z demokracją. To niemożliwe.

Od pewnego czasu z niepokojem obserwujemy w Polsce rozszerzanie się niedemokratycznych praktyk rządowych i parlamentarnych, coraz częste stosowanie opresyjnych metod „dialogu” z opozycją polityczną, ataki władzy politycznej na wspólnotę katolicką i narodową, pacyfikację warstw społeczno-zawodowych, niszczenie wybitnych ludzi i sekowanie grup zaangażowanych w interesie publicznym itp. Ten proces nie daje się sprowadzić do dyskomfortu aktywności w sferze publicznej. Jest to proces wskazujący na szybko postępującą utratę suwerenności wewnętrznej w Polsce.

Chodzi przede wszystkim o legitymizację systemu rządów, które ulegą przyśpieszonej korozji. Wydaje się, że politycy zapomnieli (albo nie zrozumieli), że legitymizacja polityczna jest podstawowym warunkiem trwałości rządów, ponieważ niepopularne rządy – oderwane od społeczeństwa oraz lekceważące jego żywotne interesy – w dłuższym okresie nie przetrwają.

Zjawisko osłabienia legitymizacji władzy zaistniało w trakcie kampanii wyborczej.

Wybory były naznaczone piętnem doraźności i tandetnej spektakularności. Nie były mechanizmem transmisji oczekiwań społecznych do ciał ustawodawczych, lecz wzajemnym przekomarzaniem się miernych polityków. Żaden z fundamentalnych problemów rozwoju społeczno-gospodarczego Polski nie został podjęty. Żadne zagrożenia – w tym także bytu narodowego – nie zostały zauważone. Nic więc dziwnego, że wśród odbiorców takiego spektaklu panowało powszechne (i uzasadnione) przeświadczenie, że obietnice wyborcze mają charakter doraźny lub są niewiele warte.

Do tego doszło podejrzenie co do wiarygodności systemu wyborczego, czyli jego „wybiórczego” funkcjonowania (casus licznych odmów rejestracji komitetów wyborczych przez PKW). Zakres manipulacji wyborczych może okazać się jeszcze większy (i tak prawdopodobnie będzie).

To oczywiście nie pozostaje bez związku z utratą suwerenności zewnętrznej. Chodzi o to, że ograniczenie suwerenności zewnętrznej z definicji uniemożliwia realizowanie samodzielnej i skutecznej polityki społecznej, ekonomicznej i międzynarodowej, a zatem przekreśla realność wszelkich poważnych i celowych zobowiązań przedwyborczych. Świadomość tego aspektu utraty suwerenności była wśród aspirujących do udziału w sesjach parlamentarnych nikła. Żadna z partii startujących w wyborach parlamentarnych „nie chwytała” własnych ograniczeń wynikających z braku suwerenności. Tylko PiS deklarował (niestety ogólnikowo) zamiar wzmocnienia roli Polski w Unii Europejskiej.

Utrata suwerenności zewnętrznej owocuje realokacją władzy z krajowych do zagranicznych ośrodków politycznych. Ten proces realokacji władzy nie sprowadzał się bynajmniej do formalnych przesunięć między Warszawą i Brukselą. Jest to proces niedostatecznie zbadany i pojmowany raczej jako przejaw integracji europejskiej, aniżeli jako element przetasowań geopolitycznych. Tymczasem miejsce Brukseli zajmuje dzisiaj tandem Berlin-Paryż nacechowany protekcjonizmem i nieukrywanym ekspansjonizmem wobec pozostałych krajów europejskich. Nieformalna realokacja władzy w Polsce obejmuje nie tylko Berlin, lecz także Moskwę i Tel Awiw.

Tworzy to sytuację nieokreśloności władzy krajowej, zwłaszcza, że nie zostały wprowadzone żadne unormowania prawne w zakresie kontroli i podziału wpływów politycznych w Polsce.

Co ciekawe, wszystkie partie uzyskujące bilet wstępu na Wiejską przyjmują te fakty z zadowoleniem, demonstrując pogodny stosunek do zagranicznych wpływów politycznych. Charakterystycznym tego wyrazem jest absurdalne założenie, że środki z budżetu unijnego zapewnią rozwój ekonomiczny Polski. Środki te są przede wszystkim narzędziem realizacji polityki unijnej, a ściślej biorąc – interesów politycznych i gospodarczych Niemiec i Francji. Zwiększają polityczne i ekonomiczne uzależnienie, co stawia dalszy rozwój ekonomiczny Polski pod wielkim znakiem zapytania.

W programie Platformy Obywatelskiej problem własnych ograniczeń politycznych – wynikających z utraty suwerenności Polski- w ogóle nie występował. Toteż większość zawartych w nim zobowiązań, to zobowiązania ze względu na małe moce polityczne całkowicie nierealne.

To nie jest błahe spostrzeżenie. Jeśli bowiem niechęć do uwzględnienia własnych ograniczeń przez startujące do wyborów partie i ich funkcjonariuszy powiązać z głośnymi deklaracjami o potrzebie pogłębienia „integracji europejskiej” (cudzysłów nie jest przypadkowy), powstaje szczególny status partii – partii namiestnikowskiej. Byłoby zapewne inaczej, gdyby nie występowała zasadnicza rozbieżność polskich interesów politycznych i ekonomicznych z interesami Niemiec. Jednak rozbieżność taka, ewidentna i wielostronna – nie jest przedmiotem dyskusji. W dziwny sposób przeistoczyła się w tabu.

Mając w pamięci liczne ustępstwa polityczne i gospodarcze rządzącej cztery ostatnie lata koalicji wobec innych krajów, a nawet realizację projektów nacechowanych wrogością wobec Polski (casus polskiego przemysłu stoczniowego), niejasne powiązania z ośrodkami zagranicznymi wpływowych polityków PO, nieskrywaną agresję wobec środowisk katolickich i kultury polskiej (katolickiej), warto sformułować dwa zdania.

Pierwsze, iż integracja europejska nie może być przykrywką do szkodzenia doraźnym i perspektywicznym interesom Polski.

Drugie, iż wcześniej sygnalizowana utrata suwerenności wewnętrznej Polski jest prostą konsekwencją wspomnianych przejawów uzależnienia.

Pomylenie zewnętrznego dyktatu z integracją stało się najbardziej niebezpiecznym objawem patologii politycznej. To ona nadała swoisty charakter ostatnim wyborom w Polsce.

Czym jest dziś ulica Wiejska?

Od dwudziestu lat sytuację polityczną w Polsce cechuje postępujące ubezwłasnowolnienie parlamentu i rządu. Wydaje się, że jest to przejaw nieudolności, lekkomyślności lub nadmiernego przywiązania do marketingu politycznego. Było to jednak przede wszystkim łatwą do przewidzenia, logiczną konsekwencją pełzającej (i powszechnie lekceważonej) utraty suwerenności politycznej i ekonomicznej. Sprawy zaszły tak daleko, że w dzisiejszej sytuacji politycznej absolutnie nie jest możliwe podejmowanie skutecznych decyzji przeciwstawiających się dalszemu regresowi ekonomicznemu i socjalnemu, a tym bardziej służących skierowaniu polskiej gospodarki na tory stabilności i rozwoju.

Właśnie jesteśmy świadkami upadku poglądu o tzw. ograniczonej suwerenności zewnętrznej (w imię wartości ogólnoeuropejskich).Dziś nie wystarczają już wybiegi propagandowe, przypisujące zaniepokojonym obecnym stanem rzeczy fobie lub nieprzystosowanie do zmian. Przestał bowiem działać „środek łagodzący”, za jaki uchodził status równości w stosunkach między członkami UE. Jakby tego było mało, w organizacjach międzynarodowych i krajach ościennych nasiliły się tendencje protekcjonistyczne i ekspansywne. Zarazem problem utraty suwerenności zyskał nowy wymiar: niewoli zadłużenia.

Szokujące więc wydaje się niedostrzeganie konsekwencji utraty suwerenności w dzisiejszej rzeczywistości międzynarodowej, a tym bardziej unikanie tego „tematu”.

Każdy, kto ma jeszcze jakieś wątpliwości, powinien wreszcie zapoznać się z trwającą ponad rok historią „memorandum” zawartego między Grecją i tzw. trójką (UE, MFW, EBC). Grecja padła ofiarą bezwzględnego ataku spekulacyjnego (wykonanego w stylu argentyńskim). „Memorandum” posłużyło do rabunkowej, charakterystycznej dla władz okupacyjnych, eksploracji zasobów materialnych Grecji oraz przyczyniło się do gwałtownego pogorszenia warunków życia ludności. Było także z góry wiadomo, że pogorszy, a nie polepszy perspektywy gospodarcze Grecji. Kryzys w Grecji został celowo wywołany; na wywoływaniu takich kryzysów (zwłaszcza na powodowaniu destabilizacji finansowej) nauczono się bowiem osiągać olbrzymie korzyści finansowe i polityczne.

Na przykładzie Grecji został sprawdzony de facto nowy mechanizm wojny ekonomicznej. W tym przypadku zgrupował on najbardziej agresywnych przeciwników Grecji: banki-zombie, Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz Niemcy. Nie trzeba tłumaczyć, że wszyscy ci przeciwnicy mają zapisane w swojej historii niechlubne karty.

Ważnym elementem wspomnianego mechanizmu było wykorzystanie dwóch czynników: ograniczonej członkostwem w UE (i wejściem do strefy euro) suwerenności politycznej i finansowej Grecji oraz wsparcia ze strony ulokowanej wysoko w greckich sferach politycznych agentur wpływu.

W taki oto sposób mit przyjaznych stosunków wewnątrz europejskich prysł jak bańka mydlana.

Na razie politykom udało się „przeoczyć” zasadniczą zmianę reguł sprawowania władzy w Polsce, w tym mierne (lub raczej zaprzepaszczone) możliwości własne. To pozwoliło im na zajęcie się w trakcie kampanii wyborczej przekomarzaniem między sobą. Atmosfera wokół wyborów nie mogła być podniosła: znajome twarze, znajome nawyki, olbrzymia armia niepotrzebnych urzędników, pozbawieni polotu klienci (biznesowi i związkowi), ekstatyczne prezenterki telewizyjne.

Kampania wyborcza odsłoniła na całą szerokość nędzę myśli politycznej, społecznej i gospodarczej głównych aktorów gry wyborczej. Jej wyniki sprzyjać będą nie rozwojowi społecznemu i gospodarczemu, lecz utrwaleniu braku suwerenności politycznej i ekonomicznej Polski wraz z poważnymi konsekwencjami tego braku (o czym się szybko przekonamy).

***

Każdy człowiek, nawet słabo zorientowany w kwestiach publicznych, powinien wiedzieć, że taki splot sytuacji tworzy nadzwyczaj niebezpieczną pułapkę dla krajów europejskich, szczególnie dla Polski. Jest to pułapka bezbronności wobec nieprzyjaznych sił i projektów politycznych, na co żaden naród nie może przystać.

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

(ciąg dalszy w następnym numerze EEM)

Zrodlo: Europejski Monitor Ekonomiczny, Artykuly, 2011-10-11

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek