Aldona Zaorska: KATOWNIA “TOLEDO”. Naczelnik Ka­zi­mierz Szy­mo­no­wicz na­zy­wa­ny „Krwa­wym Ka­ziem”, tak na­praw­dę na­zy­wał się Ko­pel Klej­man.


27.09.2010 WARSZAWA , POMNIK POMORDOWANYCH W UBECKICH WIEZIENIACH PRZY ULICY NAMYSLOWSKIEJ .
FOT. FILIP KLIMASZEWSKI / AGENCJA GAZETAKiedy Warszwa wykrwawiała się w Powstaniu, na Pradze stały już wojska radzieckie. Zaraz z animi przybyło NKWD, które od razu rozpoczęło”wyłapywanie element niebezpiecznego”, czyli bohaterów AK od pięciu lat walczących o wolną Polskę. “Wyzwolona” części Polski zapełniła się katowniami i więzieniami nadzorowanymi przez sadystycznych morderców, z których większość uniknęła odpowiedzialności. Mało kto wie, że jedna z najgorszych katowni znajdowała się w karno-śledczym więzieniu III przy ulicy 11 listopada na Pradze (dziś przy Namysłowskiej). Mówiono o nim – “Toledo”. Dziś po tamtej katowni nie zostało już nic, ale zachowały się relacje ludzi, którzy przeszli przez to piekło na ziemi…

Ma­ły, bia­ły do­mek,skry­ty w kra­tach, au­to­ma­tach.
Rzę­dem sto­ją war­tow­ni­cy,Na­czel­ni­ka wier­ne psy

Pio­sen­ka więź­niów o „To­le­do”

Już po woj­nie dzi­siej­sza Na­my­słow­ska by­ła na „od­le­głej” Pra­dze. Ube­cy mie­li więc tu „ide­al­ne wa­run­ki” do mor­do­wa­nia lu­dzi. Od uli­cy wię­zie­nie od­dzie­lał mur o wy­so­ko­ści 3 m, z za­sie­ka­mi z dru­tu kol­cza­ste­go i szkła­mi ster­czą­cy­mi do gó­ry ostrza­mi. W na­roż­ni­kach znaj­do­wa­ły się wie­życz­ki straż­ni­cze z re­flek­to­ra­mi i oczy­wi­ście uzbro­jo­ny­mi straż­ni­ka­mi. "To­le­do" by­ło nie tyl­ko miej­scem od­osob­nie­nia, ale przede wszyst­kim mę­czeń­stwa. Ube­cy „prze­słu­chi­wa­li” w nim „ban­dy­tów z AK”. Do ulu­bio­nych me­tod na­le­ża­ło bi­cie gu­mo­wy­mi pa­ła­mi po ca­łym cie­le, kop­nia­ki wy­mie­rza­ne w kro­cze, ser­ce, ner­ki, gło­wę, pisz­cze­le, miaż­dże­nie pal­ców sa­dza­nie na no­dze od stoł­ka z unie­sio­ny­mi no­ga­mi (szcze­gól­nie upodo­bał so­bie tę me­to­dę Ta­de­usz Pod­dęb­ski). Bi­cie trwa­ło go­dzi­na­mi (by­ły wię­zień Sta­ni­sław Bo­ro­dzicz wspo­mi­nał, że w kar­ce­rze spo­tkał pa­na – świad­ka Je­ho­wy, któ­ry był bi­ty pał­ka­mi po 15 go­dzin dzien­nie). Szcze­gól­nym okru­cień­stwem od­zna­cza­li się tak­że kpt. Ta­de­usz Gó­zik – na­czel­nik od­dzia­łu IV, któ­ry sta­no­wi­sko to ob­jął po in­nym ka­cie – Ta­de­uszu Ja­ku­bow­skim oraz Zyg­munt Kny­ziak, Jó­zef Fryd­man, Ka­zi­mierz Chu­dy, Bro­ni­sław Szczer­ba­kow­ski, Je­rzy Ło­ba­now­ski, Pa­weł Szy­mań­ski, Hen­ryk Świer­czyń­ski, Mar­ce­li Ka­miń­ski. Z upodo­ba­niem więź­niów bił też pro­ku­ra­tor Landz­berg „spo­koj­ny” stra­szy pan po­bie­ra­ją­cy jesz­cze

w 2000 r swo­ją eme­ry­tu­rę w Izra­elu. To tam „wpra­wia­ła się” Ju­lia Bry­sty­gie­ro­wa „Lu­na”, szef V De­par­ta­men­tu MBP, sto­su­ją­ca wo­bec więź­niów tzw. „szu­fla­dę” a na­stęp­nie bi­ją­ca ich ba­tem po twa­rzy. Więź­nio­wie na ape­lach mu­sie­li stać na­go, czę­sto wie­le go­dzin wprost na be­to­nie. Gro­zę bu­dzi­ła też „trum­na” – ka­nał w mu­rze o wy­mia­rach 60 na 40 cm i 180 cm dłu­go­ści, do któ­re­go wci­ska­no na­gie­go więź­nia, je­śli tyl­ko nie speł­niał ocze­ki­wań śled­czych oraz wię­zien­ny kar­cer – ce­la bez okna, łóż­ka i urzą­dzeń sa­ni­tar­nych. Tyl­ko pod sa­mym stro­pem znaj­do­wał się otwór o wy­mia­rach 30 na 30 cm do po­miesz­cze­nia, gdzie prze­cho­wy­wa­no zwło­ki przed ich po­cho­wa­niem. Zwło­ki cho­wa­no na te­re­nie wię­zie­nia, w wy­ko­pa­nym ro­wie – na­gie, przy­kry­te śmie­cia­mi i wap­nem.

Na zbio­ro­wej mo­gi­le po­sa­dzo­no drze­wa, na in­nej – zbu­do­wa­no blo­ki. Kie­dy ro­bot­ni­cy ko­pią­cy fun­da­men­ty na­tra­fi­li na ko­ści, pra­ce kon­ty­nu­owa­no no­cą. Sa­mo wię­zie­nie ro­ze­bra­no w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych. Za­cho­wa­ły się tyl­ko trzy je­go zdję­cia wy­ko­na­ne przez by­łe­go więź­nia, Ta­de­usza Rol­ke­go. W la­tach 90. przy uży­ciu son­dy po­li­cyj­nej uda­ło się od­na­leźć ko­lej­ną zbio­ro­wą mo­gi­łę.

Ludz­ka spra­wie­dli­wość go nie do­się­gła

Na­czel­ni­kiem wię­zie­nia był por. Ka­zi­mierz Szy­mo­no­wicz. „Krwa­wy Ka­zio”, jak go na­zy­wa­li więź­nio­wie miał wte­dy ok. 30 lat Na­praw­dę na­zy­wał się Ko­pel Klej­man. Po­cho­dził z ży­dow­skiej ro­dzi­ny miesz­ka­ją­cej w Chę­ci­nach, i był za­de­kla­ro­wa­nym ko­mu­ni­stą – jesz­cze przed woj­ną na­le­żał do Ko­mu­ni­stycz­ne­go Związ­ku Mło­dzie­ży dzia­ła­ją­ce­go w Kiel­cach. Ja­ko ko­men­dant wię­zie­nia lu­bił wła­sno­ręcz­nie wy­ko­ny­wać wy­ro­ki śmier­ci. Je­śli nie miał na to ocho­ty, po­słu­gi­wał się nie­peł­no­spraw­nym umy­sło­wo mło­dym chło­pa­kiem, któ­re­mu ka­zał za­bi­jać lu­dzi. Czę­sto przy­glą­dał się, jak ten nie­szczę­śnik, nie­świa­do­my te­go, co ro­bi, wy­ko­ny­wał eg­ze­ku­cje. Więź­niom od­ma­wiał do­słow­nie wszyst­kie­go. Kie­dy ska­za­ny na śmierć mło­dy wię­zień, wła­ści­wie jesz­cze chło­piec, po­pro­sił o księ­dza, na­czel­nik od­po­wie­dział: „Ja ci bę­dę księ­dzem, ty ta­ki sy­nu”. Ten chło­piec pi­sto­le­tem zo­stał za­pę­dzo­ny do bun­kra i stra­co­ny. To Szy­mo­no­wicz-Klej­man ra­zem z nie­peł­no­spraw­nym umy­sło­wo po­moc­ni­kiem po­wie­sił rot­mi­strza Lu­cja­na Szy­mań­skie­go „Jan­cza­ra”. Wie­szał go kil­ka­krot­nie, bo za pierw­szym ra­zem zła­ma­ła się ga­łąź.

Jak wspo­mi­na Je­rzy Bu­twił­ło, ps. „Be­jard”, już po wy­ko­na­niu wy­ro­ku na Jan­cza­rze, Klej­man, po­słu­gu­jąc się więź­nia­mi folks­doj­cza­mi, zbu­do­wał na po­dwó­rzu z ce­gieł po­cho­dzą­cych z roz­biór­ki ru­in, bun­kier do wy­ko­ny­wa­nia wy­ro­ków śmier­ci, z ha­ka­mi w su­fi­cie oraz ry­nien­ka­mi od­pły­wo­wy­mi. Bun­kier był zbu­do­wa­ny tak, że więź­nio­wie wi­dzie­li go z okien swo­ich cel. Klej­man – Szy­mo­no­wicz na­dal sam chęt­nie wy­ko­ny­wał wy­ro­ki. Ska­zań­ców (zwy­kle mło­dych chłop­ców), czę­sto w mun­du­rach, cią­gnię­to na miej­sce kaź­ni przy ich roz­pacz­li­wych krzy­kach Ta­to! Ma­mo! Straż­ni­cy sta­li na po­dwó­rzu z bro­nią przy­go­to­wa­ną do strza­łu, pil­nu­jąc aby więź­nio­wie w tym cza­sie nie wy­glą­da­li przez okna cel. Po­cząt­ko­wo więź­nio­wie po­słu­gi­wa­li się więc lu­ster­kiem, lecz wi­dok był tak prze­ra­ża­ją­cy, że nie mo­gli go znieść i za­rzu­ci­li tę me­to­dę. Klej­man-Szy­mo­no­wicz po „owoc­nej” służ­bie awan­so­wał na na­czel­ni­ka wię­zie­nia w Ra­wi­czu. Przed ludź­mi nie od­po­wie­dział ni­g­dy. Ale za po­peł­nio­ne zbrod­nie przy­szło mu za­pła­cić. Z ludz­kie­go punk­tu wi­dze­nia bar­dzo dro­go. We­dług re­la­cji Je­rze­go Bu­twił­lo, Klej­man miał sy­na, któ­ry już po za­koń­cze­niu je­go służ­by w "To­le­do", stu­dio­wał w ASP w War­sza­wie. Był więc w wie­ku chło­pa­ków za­mor­do­wa­nych przez ta­tu­sia. Za­wód Klej­ma­na i je­go zbrod­nie nie by­ły dla spo­łe­czeń­stwa ta­jem­ni­cą. Mło­de­mu Szy­mo­no­wi­czo­wi z te­go po­wo­du wciąż do­ci­na­no. Nie mógł znieść nie­ustan­ne­go przy­po­mi­na­nia o zbrod­niach oj­ca i po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, ska­cząc z okna. Po­dob­no po śmier­ci sy­na Klej­man za­ła­mał się i w koń­cu sam po­peł­nił sa­mo­bój­stwo od­krę­ca­jąc gaz.

Do­pie­ro po 1989 ro­ku moż­na by­ło za­cząć mó­wić o To­le­do. Kil­ka lat te­mu od­sło­nię­to w miej­scu wię­zie­nia przej­mu­ją­cy po­mnik po­świę­co­ny pa­mię­ci za­mor­do­wa­nych w nim lu­dzi oraz zre­kon­stru­owa­no frag­ment wię­zien­ne­go mu­ru na ory­gi­nal­nych fun­da­men­tach.

Aldona Zaorska

Źró­dła:
„Nasz Dzien­nik”, 8 paź­dzier­ni­ka 2001.
To­masz A.S. „Ppłk. „Jan­czar” – żoł­nierz nie­złom­ny”, www. tomaszandrzej.​nowyekran.​pl

Za: WarszawskaGazeta.pl

Przeczytaj rowniez:

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek