Andrzej Solak: Cytadela


terrorysci-hibner-kniewski-rutkowski-fot-sosenkowski.nowyekran.pl13 października 1923 r. Warszawą wstrząsnęła potężna eksplozja. W okolicach Cytadeli runęły budynki, z setek okien wyleciały szyby. Nad miastem pokazała się chmura gęstego dymu. Gigantyczny wstrząs odczuto w odległości kilkudziesięciu kilometrów od stolicy.

Na miejsce katastrofy pospieszyła zaraz policja, straż ogniowa oraz tłumy obywateli chętnych do pomocy. W prochowni Cytadeli, która jeszcze niedawno mieściła 40 wagonów artyleryjskiego prochu, w miejscu wybuchu ział dziesięciometrowy lej. Spod gruzów wydobywano zabitych i rannych.

Przystąpiono do oszacowania strat. Ofiary były zarówno wśród personelu wojskowego, jak i robotników zatrudnionych w Cytadeli, również wśród zamieszkałych tam rodzin zawodowych żołnierzy. Ogółem zginęło 28 osób, a 89 odniosło rany.

Tymczasem w celi więzienia przy ul. Dzielnej słychać było bojowy śpiew. Dwóch aresztantów, których poderwał na nogi odgłos dalekiej detonacji, stało na baczność i śpiewało „Czerwony sztandar”, hymn rewolucyjnej lewicy:

Krew naszą długo leją katy,
wciąż płyną ludu gorzkie łzy,
nadejdzie jednak dzień zapłaty,
sędziami wówczas będziem my!”

Spiskowcy

Odrodzona po latach zaborów Rzeczpospolita wciąż nie zaznawała spokoju. Gdy ustały wreszcie wojny o granice (1918-1921) – z Ukraińcami, Niemcami, Czechami, Litwinami i bolszewikami – nastał czas zmagań z wrogiem wewnętrznym.

Działająca nielegalnie partia komunistyczna, wspierana przez sowieckie służby specjalne, prowadziła szeroko zakrojoną akcję dywersyjną, dążąc do osłabienia państwa polskiego poprzez eskalowanie konfliktów społecznych, prowokowanie rozruchów, wreszcie przez zamachy terrorystyczne.

Wiosną 1923 r. przez Polskę przetoczyła się fala zamachów bombowych, wymierzonych w obiekty wojskowe i gmachy użyteczności publicznej. Eksplozje odnotowano m.in. w Warszawie, Krakowie, Częstochowie i Białymstoku. 24 maja 1923 r. wybuch bomby podłożonej w biurze wszechpolskiej Bratniej Pomocy na terenie Uniwersytetu Warszawskiego ranił śmiertelnie prof. Romana Orzęckiego.

Niedługo potem na policję zgłosił się niejaki Józef Cechnowski, skruszony aktywista komunistyczny. Dzięki jego zeznaniom na początku sierpnia aresztowano kilku terrorystów. Współpracowali oni z tajną komórką dywersyjną Komunistycznej Partii Robotniczej Polski (tzw. wojskówką).

Opinia publiczna była zaszokowana faktem, że wśród ujętych zbrodniarzy było dwóch zawodowych oficerów Wojska Polskiego – porucznik Walery Bagiński oraz podporucznik Antoni Wieczorkiewicz. Dwa miesiące później, gdy miasto zatrzęsło się od potwornej detonacji, to właśnie z ich celi dobiegły słowa rewolucyjnej pieśni.

Zabiłem dwa wściekłe psy

Oczywiście terroryści Bagiński i Wieczorkiewicz, aresztowani już w sierpniu 1923 r., nie mogli uczestniczyć w październikowym zamachu na Cytadelę (choć niewykluczone, że wzięli udział w przygotowaniach do akcji – Bagiński był wykładowcą Centralnej Szkoły Zbrojmistrzów umiejscowionej właśnie w Cytadeli). Udowodniono im jednak udział w komunistycznej konspiracji. Zostali skazani przez sąd wojskowy na najwyższy wymiar kary, wszakże prezydent Wojciechowski skorzystał z prawa łaski, zamieniając im wyroki śmierci na kary więzienia.

Niedługo potem Moskwa upomniała się o swych dywersantów. Zaproponowała wymianę więźniów – w zamian za przekazanie jej Bagińskiego i Wieczorkiewicza obiecywała uwolnić Polaków aresztowanych w Sowietach. Władze polskie przystały na tę transakcję.

Wydawało się, że zbrodniarze wymkną się sprawiedliwości. 29 marca 1925 r. Bagiński i Wieczorkiewicz jechali pociągiem, pod policyjnym konwojem, w stronę granicy sowieckiej. Nigdy tam nie dotarli. Na stacji kolejowej Kołosowo jeden z ośmiu konwojentów, 29-letni policjant Józef Muraszko, nagle dobył służbowego rewolweru. Zanim pozostali funkcjonariusze zdołali zareagować, padły strzały. Po zastrzeleniu obu terrorystów Muraszko spokojnie oddał broń swym zszokowanym kolegom.

„- Przyznaję się do zabójstwa dwóch wściekłych psów!” – oświadczył przed sądem. Uznano, że policjant działał w stanie silnego wzburzenia, spowodowanego bezkarnością zbrodniarzy, i wymierzono mu łagodną karę dwóch lat domu poprawy.

Zemsta

17 lipca 1925 r. w Warszawie rozegrał się kolejny akt dramatu. Na ul. Zgoda dwaj policyjni wywiadowcy postanowili wylegitymować trzech podejrzanych mężczyzn. Złe przeczucia okazały się trafne.
Zatrzymani wyszarpnęli z kieszeni pistolety i otworzyli ogień. Padł śmiertelnie ranny wywiadowca Kazimierz Lesiński, a terroryści rzucili się do ucieczki.
Nastąpił szaleńczy pościg, prowadzony wpierw przez samotnego drugiego wywiadowcę, który szybko otrzymał wsparcie ze strony kilkunastu mundurowych policjantów, a także przechodniów, którzy gołymi rękami (!) próbowali obezwładnić przestępców. Bandyci strzelali raz po raz, opróżniając magazynki. Śmiertelne rany odnieśli posterunkowy Feliks Witman oraz student Aleksander Kempner. Oprócz nich rannych było aż sześciu policjantów i trzech przechodniów.
Pogoń obfitowała w sceny godne sensacyjnego filmu. Przestępcy porwali dorożkę i uciekali galopem, cały czas ostrzeliwując się. Policjantom pospieszył z pomocą kierowca taksówki, który akurat znalazł się w pobliżu. Funkcjonariusze wskoczyli do samochodu i kontynuowali pościg.

W końcu uciekinierów postrzelono i pojmano. Okazali się nimi komunistyczni bojówkarze. Wszyscy trzej byli w przeszłości karani za działalność wywrotową. Tego dnia szykowali zamach na znanego nam już Józefa Cechnowskiego, skruszonego członka partii komunistycznej, którego zeznaniom policja zawdzięczała rozbicie komórki terrorystycznej Bagińskiego i Wieczorkiewicza.

Bilans ulicznej bitwy był opłakany. Postrzelono aż piętnaście osób, z tego trzy śmiertelnie.

Józef Cechnowski nie uszedł przed zemstą komunistów. Zaledwie 11 dni później został zamordowany we Lwowie przez 20-letniego Żyda, Izaaka Naftalego Botwina.

Oszukani

Zabójca Cechnowskiego szybko odpowiedział za swój czyn. Postawiony przed sądem doraźnym, został skazany na śmierć i rozstrzelany.

Trzej terroryści z Warszawy, po podleczeniu ran, również stanęli przed sądem. Uznano ich winnymi udziału w krwawej strzelaninie ulicznej i skazano na karę śmierci.

Sprawa miała aspekt wyjątkowo tragiczny. Skazany szef czerwonej bojówki, Władysław Hibner, był zatwardziałym agentem komunistycznym z wieloletnim stażem, przeszkolonym za granicą. Natomiast jego towarzysze, Henryk Rutkowski i Władysław Kniewski, byli młodymi robotnikami z ładną przeszłością patriotyczną, zbałamuconymi przez czerwoną propagandę. Pierwszy z nich w 1919 r., jako 16-letnie Lwowskie Orlę, bronił swego miasta przed Ukraińcami. Drugi w roku 1920, jako 17-letni ochotnik walczył z bolszewikami, odniósł ranę w bitwie pod Ostrołęką. Niestety, w następnych latach obaj przystali do komunistów. Pochodzili z ubogich rodzin, mieli ograniczoną wiedzę o świecie, i zapewne jakiś złotousty komunistyczny agitator przedstawił im wizję raju na ziemi… Popełnili ogromny błąd, za który zapłacili drogo.

21 sierpnia 1925 r., o godzinie 4.30 nad ranem wyrok wykonano. Egzekucja odbyła się na stokach Cytadeli Warszawskiej, niedaleko miejsca największego zamachu terrorystycznego okresu II Rzeczypospolitej.

„Wzrastanie” październik 2010

Andrzej Solak

www.krzyzowiec.prv.pl , Cytadela

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek