Kazimierz Murasiewicz: Destruktorzy niepodległości


Tusk-merkel-cmokniecie-w-mankiet-fot-interNa co dzień zalewani jesteśmy informacjami o reformach, koniecznych, niezbędnych i to w każdej nieomal dziedzinie. Słowo „reforma” odmieniane przez wszystkie przypadki, umieszczane we wszelakich kontekstach, sugeruje żmudny acz do sukcesów wiodący marsz polityków. Sukces, obok pieniądza, stał się fetyszem gwarantującym szczęście jednostki i społeczeństwa, a gwarancją jego osiągnięcia mają być reformy. Nachalne ich zapowiadanie i umykające wyśnione skutki zohydziły, lub co najmniej podważyły zaufanie do słowa klucza – reformy. Bo i jakże tu wierzyć w ich zbawczą moc jeśli nie wiadomo do jakiego celu w ostateczności mają prowadzić skoro Polski ma nie być.

Przy okazji podejmowania reform lub ich wdrażania pojawia się mnóstwo trudnych pytań. Co reformować? Można się wykpić odpowiadając: wszystko – transport, oświatę, obronność, służbę zdrowia, rolnictwo, finanse i tak poprzez każdą dziedzinę naszego życia. Jak reformować? Wiadomo, że uzdrawianie w każdej dziedzinie kosztuje, a we wszystkich naraz bardzo dużo kosztuje. Tak więc na pytanie „jak” odpowiedzieć trzeba – poprzez zdobycie pieniędzy. Skąd jednak na to wszystko brać owe pieniądze? Sprzedać, co się da, a że nie da się drogo, więc za małe pieniądze, komu popadnie. Ponieważ wszystko wymaga naprawy (tak jakby państwa naszego nigdy dotąd nie było), chętnych nabywców na owo „wszystko” brakuje bo co miało znaczącą wartość już sprzedano, a koszty naprawiania pozostałości są ogromne – instytucja państwa jawi się jako wielka uciążliwość, balast dla rządzących trudny do udźwignięcia. Trzeba tylko uzmysłowić tę uciążliwość związaną z istnieniem własnego państwa rządzonym aby zrozumieli dziejową konieczność jego likwidacji. Zainteresowanych odciążeniem władz państwa, pomimo konieczności reform, znaleźć można poprzez ofertę przejęcia tego czego zreformować się nie udało. Utrata przestrzeni do władania wynagrodzona może zostać rządzącym poprzez lukratywne oferty zarządzania na innym poziomie, w rozlicznych międzynarodowych instytucjach, gremiach, koncernach.

Taką ofertę, choć bez wyceny bo wiadomo, że gentlemani (?) o pieniądzach nie mówią (publicznie) złożył polski minister spraw zagranicznych R. Sikorski na forum Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej. Berlin jako miejsce do wygłoszenia apelu o przekształcenie UE w jedno państwo kosztem likwidacji resztek suwerenności państw Unię tworzących wybrane zostało trafnie gdyż ofertę należało złożyć najsilniejszemu graczowi eurokołchozu, a nie rozwadniać tę koncepcję w fikcyjnej jego stolicy, Brukseli. W tej koncepcji niepodległość dotychczasowych państw Europy równać by się miała niepodległości poszczególnych stanów w USA, czyli żadnej. Pragnienie obcej dominacji skierowane zostało pod właściwym adresem, co miało swój wyraz w apelu do Niemiec o silne kierownictwo takichże przemianach i obawie przed ewentualną ich słabością lub niezdecydowaniem. Nie miejsce tu na analizowanie szczegółów wspomnianej oferty bo komu bliski jest los Polski i nie wiąże go z likwidacją naszego państwa, ten zdążył poznać treść tego haniebnego wystąpienia. Nie ma tu też miejsca na roztrząsanie kwestii autorstwa tej koncepcji – czy była ona dziełem polskiego ministra, czy wygłosił on jedynie gotowca spreparowanego przez brytyjskiego exdyplomatę Charlesa Crawforda. Oficjalnie autorstwo przypada zgłaszającemu pomysł likwidacji państwa. Jest to uzasadnione ciągłością myśli politycznej ministra, wszak na łamach „Foreign Affaris” już w 1996 r. wyraził troskę aby Polski mniej było w Polsce: „Polskę byłoby łatwiej reformować, gdyby można było zrezygnować z jej wyeksploatowanych regionów przemysłowych, takich jak Śląsk.” Najwidoczniej R. Sikorski doszedł do wniosku, że nadszedł już czas kiedy można zrezygnować i to nie tylko ze Śląska, ale z całej Polski, zapewne jako regionu wyeksploatowanego. Na marginesie wypada dodać, że nie jest on wytworem PO. W państwie które zamierza reformować poprzez likwidację był v-ce ministrem obrony narodowej z ramienia ROP w rządzie Jana Olszewskiego, v-ce ministrem spraw zagranicznych w rządzie AWS Jerzego Buzka, ministrem obrony narodowej z ramienia PiS w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza a następnie Jarosława Kaczyńskiego. Jak z przebiegu rządowej kariery widać partiom głośno patriotyzm głoszącym nie przeszkadzały poglądy tegoż ministra. Warto natomiast poznać usprawiedliwienia zgłoszone przez ministra do swej (?) oferty. Otóż wyzbycie się suwerenności ma sprawić iż jako Polacy będziemy bardziej słyszalni. Jakoś nie zastanowił się wcześniej iż nikt z możnych tego świata nie zada sobie trudu słuchania pogrążonego w niebycie narodu, skoro może (a nawet musi) słuchać tych którzy faktycznie decydują m.in. w imieniu uwolnionych od suwerenności narodów. Według innego uzasadnienia wiernopoddańczej mowy – mniej suwerenności = więcej bezpieczeństwa. Wynika z tego ni mniej ni więcej, że zagrożeniem dla nas jest nasza suwerenność. Skoro sami jesteśmy dla siebie niebezpieczni, to bohaterowie walczący w minionych pokoleniach za Polskę służyli w złej sprawie, poprzez swe poświęcenie dla ojczyzny narażali nas na niebezpieczeństwo. Nie dość, że minister zhańbił swój urząd, to jeszcze ma nas in gremio za idiotów.

Na twórcze wywody swego ministra premier D. Tusk miał dwie możliwości reakcji – natychmiast zdymisjonować lub bronić. Wybrał tę drugą ewentualność, zapewne w obawie przed faktycznymi mocodawcami ministra – czy to z Anglii, czy z Bilderbergu, czy z Trilaterale. Chociaż nieudolnie twierdził iż treść wystąpienia była z nim właśnie uzgodniona, czego podważyć się nie da, bo (jak w piosence): „czy te oczy mogą kłamać? chyba nie”. Tak czy owak premier polskiego rządu również widzi przyszłość Polski w jej ubezwłasnowolnieniu. Nie należy się dziwić udzielonemu ministrowi poparcia, skoro „jabłko pada niedaleko od jabłoni”, tj. „jaki pan, taki kram”, a konkretnie – jaki premier taki minister. Wszak to dzisiejszy premier w „Znaku” nr 11/12 z 1987 r. poczynił następujące wyznanie wiary: „Jak wyzwolić się z tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych urojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie nasuwa mi się z bolesną uporczywością kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać… Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski – tej ziemi konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia, prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem!” A jednak coś lub raczej ktoś skutecznie kazał premierowi to „brzemię” dźwigać. „Patriotyzm inaczej” premiera dał się też poznać na II Kongresie Kaszubskim w 1992 r. gdy w swym referacie postulował autonomię (?) Kaszub z własną walutą, wojskiem i stolicą w Toruniu. Bez względu na autorstwo berlińskiej mowy R. Sikorskiego, jej treść była miła i bliska wizji premiera.

W tym stanie rzeczy prezydentowi RP pozostało tylko przebąknąć o konieczność wcześniejszego uzgadniania politycznych wystąpień na forum międzynarodowym. Nie wypadało jednak się nie zgodzić. Nie wypadało pozostawać mu w tyle, więc rzucił hasło: więcej Europy, jako konieczną ucieczkę do przodu w czasach kryzysu. Zapewne własne rachuby na przyszłość nakazały prezydentowi nie dostrzegać źródeł kryzysu w postępującej internacjonalizacji Europy i jej centralizacji. Tej ucieczki do przodu, czyli de facto od suwerenności, nijak nie da się pogodzić z wyrażoną przez prezydenta nieco wcześniej intencją udziału w przyszłorocznym Marszu Niepodległości. Oczywiście bez MW i ONR, z czego wnioskować należy iż dotychczasowi organizatorzy i uczestnicy, rozumiejący niepodległość nie inaczej, a normalnie zepchnięci zostaną na jakieś peryferia. Jak czcić niepodległość, której chce się wyzbyć – pozostaje w sferze prezydenckiej fantazji.

Polityka zagraniczna dla zabezpieczenia swej skuteczności w każdym kraju opiera się na zasadzie ciągłości. Rządy odchodzą, upadają, a kierunek polityki pozostaje niezmienny. Na tym polega roztropność w polityce. Taką politykę prowadzą Niemcy, a zmianie ulega tylko forma jej uprawiania. Jeśli nie można czegoś osiągnąć siłą militarną, dąży się do celu siłą gospodarczą lub w drodze wykorzystania układów międzynarodowych jako parawanu (UE) dla własnych (a nie wspólnych) celów. Głównym z nich jest tradycyjne parcie na wschód, do czego potrzeba cichej choćby akceptacji na zachodzie. W krajach zachodu jest przyzwolenie na to ciche akceptowanie wschodnich ambicyj Niemiec gdyż gwarantuje im to „święty” spokój. Stąd jeśli faktycznym autorem wystąpienia polskiego ministra jest angielski dyplomata, to nie ma się czemu dziwić bo plany takie są w interesie angielskiego bezpieczeństwa. Niestety ciągłość w naszej polityce polega na usłużności wobec Wielkiego Brata – kierunek nieważny. Był wschodni, teraz jest zachodni, a renegatów ci u nas dostatek, jak ongiś tak i teraz, stąd nie dziwi aprobata dla wasalizacji Polski w przeciwnym kierunku po lewej i prawej stronie sceny politycznej. Skoro elitom politycznym rozsiadającym się w parlamencie polskość ciąży do tego stopnia, że chcą od suwerenności uciec, to należałoby zaoferować im pielgrzymkę (najlepiej na kolanach) do Berlina. Jeśli potrzebowaliby zachować pozory bezinteresowności, to można trasę przedłużyć do Brukseli, już w wagonach takich, jakimi wieziono do obozów walczących o Polskę niepodległą, ale bez prawa powrotu. Dzięki temu rodacy którzy pozostaną nie będą uwolnieni od niepodległości lecz od reform, które miałyby służyć tej niepodległości uśmierceniu.

Kazimierz Murasiewicz

Za: Informacje USOPAL 09.12.2011

Przeczytaj rowniez:

 


POLISH CLUB ONLINE, 2011.12.09


Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek