Anna T. Pietraszek – TVP: Szach i mat komunistów


Anna-T-Pietraszek-fot-naszdziennik.pl-31082011Zimowy, mroźny poranek, od dwóch tygodni próbuję się zaaklimatyzować po 10 tygodniach spędzonych na filmowej harówce w Indiach i Pakistanie, mój mały tybetański górski piesek mocno choruje po tak długim przelocie z Himalajów, nie ma jak dodzwonić się do weterynarza. Coś stało się z telefonem, rano! Przecież tu, w kraju, miało być tak pięknie, napracowałam się dla „mojej telewizji”, nareszcie mojej, przywiozłam unikatowe materiały filmowe, m.in. z obozu uchodźców afgańskich, 1,5 miliona uciekinierów na pustynnych terenach pod Peszawarem, ratujących swoje życie przed radziecką armią, która napadła na ten przepiękny kraj… Tam, w Pakistanie, żadnego dziennikarza z najbogatszej telewizji nie wpuszczono do tych obozów, a ja, jedna ja, sama z kamerą dostałam nawet specjalny ambulans Czerwonego Półksiężyca [z Arabii Saudyjskiej, udzielającej pomocy uchodźcom], mogłam filmować tę nędzę ludzką. Proponowali mi tam zachodni dziennikarze, by materiały sprzedać im, zachodnim mediom, ja nie miałam wątpliwości, przecież w Polsce panuje wolność, odzyskaliśmy Telewizję Polską, a zgodę na filmowanie dostałam od „tajnych służb” pakistańskich dzięki… czapeczce, którą miałam na głowie podczas całej tej długiej, ekstremalnej filmowej podróży, samotnie, z kamerą – to była biała czapka z daszkiem z polskiego płótna, z czerwonym napisem „Solidarność”. I wtedy, tam, w Azji, ten napis na czapce otwierał wszelkie drzwi, stawałam się bohaterską Polką, okazywano mi szacunek i wielki podziw.

Dla Polski przywiozłam te wstrząsające, pierwsze w świecie zdjęcia filmowe z obozów afgańskich. I wiele wyjątkowych innych filmów. Natychmiast po przylocie oddałam taśmy do laboratorium telewizyjnego do wywołania. I zaraz, na drugi dzień, sąsiadki z warszawskiego Żoliborza wołają, żeby brać siatki z jedzeniem, bo tam, w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarnictwa, strajkują od kilku dni, są otoczeni, zablokowani, setki milicyjnych bud i gaziki z ZOMO otoczyły budynek szkoły, ulice odcięte, tramwaje stoją, a oficerowie nie mają co jeść i strach myśleć, co ztymi młodymi ludźmi będzie! Pędzimy. Jest 2 grudnia, przed południem. Za późno! Z daleka już słyszymy ryk silnika śmigłowca, patrzymy na straszne sceny, na linach desant na dach szkoły, pacyfikacja, wypędzanie strajkujących, bicie pałami, koszmarny obraz, jak jakieś potworne ćwiczenia przeciwko Narodowi, jak sygnał do wojny? Przypomnę, WOSP strajkowała, nie godząc się na nagłą zmianę ustawy o szkole i próbę zmilitaryzowania jej, w grę wchodziłby udział strażaków oficerów np. w pałowaniu studentów na innych uczelniach itp. akcje! Wojna? Niemożliwe, komentowaliśmy. Przecież „Solidarność” ma ponad 10 milionów członków, nie, nie uda się komuchom nic nam zrobić, tylko tak straszą!

Włączam telewizor i tu też – awaria?! Biało-czarne paski migają, jakieś złowrogie szumy! I nagle pojawia się gen. Wojciech Jaruzelski na tle flagi narodowej. Odczytuje komunikat: „Dziś (…) 13 grudnia 1981 r., wprowadzony został stan wojenny…”.

Biorę psa do plecaka i wyruszam w miasto. Czołgi… opancerzone pojazdy… ale żołnierze polscy… To o co tu chodzi? Jak to, Polacy przeciwko Polakom? Idę 2 km, przychodnia pusta, weterynarz ratuje psa, ale nie chce rozmawiać. Nie, niemożliwe, może tak długo mnie tu nie było, dlatego czegoś nie wiem, nie rozumiem?

Po południu stukanie do drzwi, koledzy alpiniści przyszli sprawdzić, czy jestem, czy mnie nie aresztowali. Mówią o internowaniach, aresztowaniach, o tym, jak znikali ludzie… Szukamy ich… Ogarnia nas strach.

Ekran i sława

Giną ludzie. Strach. Wojna? Znowu słuchamy Radia Wolna Europa. Telefony odblokowane, w nich komunikat wypowiadany lodowatym, technicznym głosem ostrzega: „Rozmowa kontrolowana!”. Po co więc dzwonić? Mam spakowany plecak, z lekami, mydłem, ciepły sweter. Jak przyjdą, to się nie dam… Mama i ojciec też spakowani, oni pamiętają zsyłki, obozy koncentracyjne, boją się, zaczynają chorować, serce, krążenie, a ja bezradna, nie ma lekarstw, nie ma w domu żadnych zapasów żywności…

20 grudnia dzwoni do mnie redaktor Ryszard Badowski, szef cyklicznego programu „Klub sześciu kontynentów”. To jedyny podróżniczy program w TVP, z dużą oglądalnością, marzeniem każdego filmowca podróżnika jest być w nim gościem. To otwierało drogę do sławy filmowej, ba, gwarantować mogło wyjazdy, paszport, wysokie gaże. Redaktor mówi zimnym tonem, rozkazująco: „Była pani w tylu krajach, przywiozła wyjątkowe filmy, proponuję pani oba wydania specjalne, świąteczne, w porze obiadowej, w samo Boże Narodzenie, po godzinie każde wydanie. Drugim gościem będzie obecny ambasador PRL w Nepalu Andrzej Wawrzyniak, fundator Muzeum Azji i Pacyfiku. Ale to pani będzie tym głównym gościem, dla pani ekran i sława”.

Usiłuję tłumaczyć: „Oddałam filmy do wywołania, nie mam do nich dostępu, nie wiem, jaki jest ich los, a tu, w tych parę dni zostaną przygotowane?”. Badowski: „Tak, w trzy dni. Pokażę pani tylko wybrane przez siebie fragmenty”.

Aż słyszę, jak wali moje serce. Przesuwają się przed oczami te wspaniałe chwile, gdy na widok czapeczki z napisem „Solidarność” witana byłam owacyjnie przez sikhów w Złotej Świątyni w Indiach czy przez samego emira himalajskiej doliny Hunza: „Welcome, Solidarity! How is your hero, Walesa?!”. Albo tam, w Pakistanie, tajne spotkanie z generałem arabskim i zaraz zgoda na wjazd z kamerą, gdzie tylko chcę. I nagła myśl: „Moi przyjaciele internowani, więzieni, ich dzieci i żony zastraszane, bez środków do życia, a ja miałabym rozpocząć teraz swoją świetlaną karierę filmowca w TVP?! Stać się jakąś przykrywką, parawanem dla kłamstw i radzieckiej propagandy?!”. Odmawiam.

Za kilka dni – rewizja, nalot ubeków, szukają wszelkich dokumentów o uchodźcach afgańskich, zastraszają. Przesłuchanie w Pałacu Mostowskich. Straszą, pokazują kopie wszystkich moich prywatnych listów z całego roku. Zapisy telefonów. Donosy moich… przyjaciół, tych z wysokich gór także… Proponują umowę: swoboda wykonywania zawodu pod jednym warunkiem: „Będzie pani z kamerą, w tej czapce z „Solidarnością”, biegać za kolegami na demonstracjach ulicznych, filmować i demonstracje, i ich twarze, kolegów, no, tych tam waszych działaczy z podziemia”. Odmawiam.

Do TVP weszłam w grudniu 1986 roku przez przypadek

Pewna komunistyczna redaktorka nakręciła fatalny film o Indiach, szukali kogoś, kto uratuje ten materiał, a w tym czasie Lech Wałęsa w kościołach nawoływał, że mamy wchodzić w „ich” struktury, rozwalimy reżim od środka. Wielu z nas w to uwierzyło. Właśnie wtedy tworzono redakcję filmu podróżniczego, to tam zatrudniono mego mistrza kamery Szymona Wdowiaka. Podobnie jak on także zaczęłam pracę w TVP na pół etatu. I jazda z kamerami w plecakach w Himalaje. Bez diet, na najniższych honorariach. Ufaliśmy, że „te struktury” rozsadzimy od środka! Tymczasem mamy robić swoje.

W 1991 roku, nagle, kręcąc film o strategii obronnej według Józefa Piłsudskiego, natknęłam się na archiwalne materiały Komitetu Obrony Kraju. Tylko kilkadziesiąt godzin mogłam je wertować. Były tysiące tomów, po kilkaset stron każdy. Cotygodniowe raporty zarządców komisarycznych z wszystkich ważniejszych instytucji, wszystkich resortów.

To był wstrząs. Nie żyliśmy w żadnej „wolnej Polsce”. Dokumenty Komitetu Obrony Kraju od lat 50. ubiegłego wieku stanowią szokujące świadectwo uległości rządzących Polską komunistów wobec Moskwy, ich wiernopoddańczej postawy, są świadectwem pełnego podporządkowania zarówno władz partyjnych, jak i wszelkich służb specjalnych, wojskowych i cywilnych służbom moskiewskim, dokumenty te jednoznacznie ukazują cały proces podporządkowywania polskiego przemysłu, nauki, wreszcie też propagandy ["mediów" tak rozumianych w totalitaryzmie] władzy radzieckiej, a obronność Polski Ludowej, jak precyzyjnie opisują to KOK-owskie papiery, była jedynie elementem Układu Warszawskiego, ściśle służąc sztabowi w Moskwie.

Stan wojenny nie był żadnym „aktem spontanicznym”. W świetle wyżej wymienionych dokumentów planowany był z rozmysłem, wskutek danych uzyskiwanych przez wywiady komunistyczne. „Rozpoznanie” Narodu trwało latami we wszelkich warstwach, środowiskach i grupach społecznych. W tempie adekwatnym do postępującego zadłużenia, pogorszenia poziomu życia i zależności od Moskwy KOK brał pod uwagę możliwość wybuchu buntu narodowego.

Gdy gen. Jaruzelski skupił pełnię władzy, KOK działał bezpośrednio na jego polecenia i skupiał przedstawicieli wszystkich resortów obronnych, przede wszystkim Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z gen. Czesławem Kiszczakiem na czele. Komitet zajmował się analizowaniem wszelkich procesów społecznych, a przede wszystkim zagrożeń dla totalitarnej władzy. W założeniach KOK znalazło się dopuszczenie do kontrolowanego w pełni procesu „zrywu narodowego”, tu jednak przeliczono się, masowość tego zrywu przerosła nawet liczebność struktur służb bezpieczeństwa, tym bardziej więc zalecano kompleksową integrację służb wojskowych z cywilnymi w celu totalnego kontrolowania nawet tych nieprzewidywalnych (ale prognozowanych) prób zrywu czy dokładniej – prób podjęcia buntu wobec wszechogarniającego ubóstwa i inercji Narodu.

Na tym tle dopiero możemy podejmować próby analizy przygotowań do wprowadzenia „stanu W” w telewizji i radiu PRL.

Komisarze na Woronicza

To nie „demony tajemne” zniewoliły te oba nadrzędne informatory społeczne (prasa jedynie była odbiciem tego, co podawały te szybkie media). Gdy 13 grudnia 1981 r. gen. Jaruzelski ogłaszał w telewizji i radiu obwieszczenie o pacyfikacji już nie jednej jakiejś tam szkoły oficerów pożarnictwa, ale pacyfikacji całego Narodu, w nocy z 12 na 13 grudnia zarządzanie TVP i PR oddano komisarzom wojskowym. Głównym władcą TVP mianowano gen. Albina Żytę, świetnego organizatora wojskowego, natychmiast utworzył w telewizji rodzaj piramidy. To jemu podlegało 10 pułkowników donosicieli, którym podlegało kolejnych 10 itd. Tak zdobyte „informacje” trafiały co piątek na biurko gen. Żyty, ten wybierał co wartościowsze, opatrywał „wnioskami”, spinał w teczkę z różową albo zieloną okładką i niósł osobiście w sobotę o świtaniu na spotkanie KOK, czyli wprost do rąk gen. Jaruzelskiego. Każda taka cotygodniowa teczka produkcji piramidy gen. Żyty liczyła średnio po 300-500 stron! W jednej z nich natknęłam się na grudzień roku 1986 i raport o dopełnieniu utworzenia redakcji reportażu podróżniczego. Dano ją w zarządzanie młodemu poloniście, skądinąd uzdolnionemu medialnie, ale jako… nagrodę dla jego ojca, zarządcy komisarycznego jednej z radomskich fabryk. „Tatuś” szczególnie się zasłużył jako autor pacyfikacji zarządzanej i kontrolowanej przez siebie fabryki. Zapytany, co chciałby otrzymać w nagrodę, poprosił jedynie o zatrudnienie syna w TVP (w 1990 r. na szczęście dla nas ów młody człowiek nie miał ochoty babrać się w ohydnej zupie politycznej ojca, założył prywatną firmę reklamową, jest potentatem na rynku producenckim).

Dokumenty KOK ściśle raportują strategię przebudowy struktury Radiokomitetu, tj. TVP i PR, tak by zapewnić komunistycznej nomenklaturze kontrolę nad tymi mediami na całe lata… Na ile? Akurat dopełnia się ten czas. 20-25 lat… Właśnie ten plan strategiczno-operacyjny został wykonany. Dzisiaj w zarządzie, we wszelkich gremiach decyzyjnych, a zwłaszcza kontrolnych TVP rozstawieni są byli funkcjonariusze wojskowych służb z okresu PRL, potem przejęci i prowadzeni przez UOP i WSI. Nawet komórka obronna TVP znowu podlega byłemu pułkownikowi Wojsk Ochrony Pogranicza. Kontrolerem kadr i wszelkich służb administracyjnych TVP do niedawna był obywatel niezmiernie zasłużony dla służb, który wraz z Aleksandrem Kwaśniewskim „sprywatyzował” sporą część majątku sportowego PRL.

Odeszli zarządcy komisaryczni, ale pozostawili po sobie zatrudnione rzesze sprawdzonych, lojalnych decydentów, jak i „twórców”, dziennikarzy…

Typowaniem i wskazywaniem na stosowne miejsca pracy w TVP i PR zajmował się również KOK, który ok. roku 1985-1987 zlecił w tym celu wyszukiwanie zdolnych, młodych, niepartyjnych [!], ale z tzw. dobrych, komunistycznie sprawdzonych rodzin… Nie ma szans, by znaleźć czysty, źródlany życiorys któregoś z obecnych decydentów – jeśli nie funkcjonariusz zatrudniony niegdyś „pod przykryciem dziennikarza telewizyjnego”, to przynajmniej działacz Socjalistycznego Związku Studentów albo PZPR, oddany i usłużny wszelkim kolegom funkcjonariuszom…

UOP steruje telewizją

Zdecydowanie więcej takich funkcjonariuszy wprost kierowanych z MSW czy służb wojskowych, MON i Zarząd II w Sztabie Generalnym do mediów stanowili wysoko wykwalifikowani technicy i twórcy obrazu, dźwięku itp., czyli operatorzy kamer, operatorzy filmowi, inżynierowie dźwięku itp. zatrudniani na podwójnych etatach – jako funkcjonariusze gen. Kiszczaka i w TVP jako twórcy programów „pod przykryciem operatora filmowego Telewizji Polskiej” itd. (cytuję za filmem instruktażowym MSW, jaki można obejrzeć w archiwum IPN). Pewna sławna, potem rozpieszczana nawet w latach 2000 i później, ekipa filmowa źródło swych karier miała w Moskwie. W latach stanu wojennego obsługiwali oni bezpośrednio funkcjonariuszy wojskowych w stolicy Układu Warszawskiego, zajmowali się m.in. pilotowaniem takich osobistości jak gen. Mirosław Hermaszewski. Chcąc się zasłużyć powracającemu układowi postkomunistycznemu po 1989 r., zrealizowali m.in. plugawy, w stylu stalinowskiej oszukańczej propagandy, film pt. „Imperium Ojca Rydzyka” wymierzony przeciwko Radiu Maryja. Zleceniodawcą był pan redaktor filmowiec, zasłużony i niezwykle ambitnie aktywny działacz SZSP z lat 70. ubiegłego wieku. Jakoś tak wszystko zgrabnie się składa…

Ważny wątek to płynne wejście we władzę nad mediami przez struktury UOP pod dowództwem gen. Gromosława Czempińskiego. W 1993 r. funkcję szefowej Biura Prasowego pełniła tam pani pułkownik I.P., kuzynka Petera Vogla, która zaaranżowała spotkanie u min. Mieczysława Wachowskiego w Belwederze. Kompletnym zaskoczeniem była wówczas propozycja natychmiastowego objęcia stanowiska dyrektora generalnego w Telewizyjnej Agencji Informacyjnej dla mnie, filmowca niezwiązanego z „układem”. UOP rozdawał wiele funkcji w TVP i PR. Z taką wiedzą wyszłam z tego spotkania. Odmówiłam. Nie chciałam być „ich człowiekiem” do sterowania głównymi informacjami w tej – jak się później okazało – pozornie odzyskiwanej publicznej TVP. Efekty tej operacji UOP, odgórnej i opartej na świetnym rozpoznaniu, na dostępie do pełnych informacji na temat typowanych przez siebie kandydatów do zarządzania mediami, w pełni obserwujemy dzisiaj.

Anna T. Pietraszek

Autorka od 1977 r. pracuje jako filmowiec i dokumentalistka, od 2009 r. była doradcą prezesa TVP i pełnomocnikiem zarządu TVP ds. nadzoru produkcji zewnętrznej. Po 25 latach pracy odeszła z TVP w 2011 roku. Nadal realizuje filmy.

Zrodlo: NASZ DZIENNIK, 17-18 grudnia 2011, Nr 293 (4224)

Zdjecie: Anna T. Pietraszek, fot. za  naszdziennik.pl 31.12.2011

 

 

POLISH CLUB ONLINE, 2011.12.20

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek