prof. dr hab. Mieczysław Ryba: EUROPA CZTERECH PRĘDKOŚCI


Mieczyslaw RybaMinister Radosław Sikorski goszcząc w Berlinie wzywał Niemcy do wzięcia odpowiedzialności za Europę. Jego twierdzenia, że największą obawę żywi widząc bierność Berlina, odebrano w wielu kręgach jako służalczą i politycznie błędną. Wzywanie Niemiec do budowy superpaństwa europejskiego wypowiedziane przez polskiego ministra spraw zagranicznych zakrawa na paradoks nie tylko ze względu na kontekst historyczny. Po prostu deklaracja ministra była ogłoszeniem kapitulacji polskiego planu tworzenia alternatywnych relacji jednoczących w środkowej Europie. Bardzo szybko okazało się, że błąd ten odczuliśmy bardzo boleśnie, gdy deklarując chęć przystąpienia do paktu fiskalnego i wpłacenia kilku miliardów euro na rzecz bogatych a zadłużonych krajów Unii, byliśmy po prostu spychani na margines decyzyjny UE. Sikorski i Tusk zaczęli używać innej retoryki. Obaj panowie publicznie stwierdzili, że Polska nie podpisze paktu fiskalnego, jeśli Europa będzie dzielona na członków strefy euro i całą resztę. Taki podział forsuje Francja, pragnąca przyspieszonego procesu centralizacji UE, który to proces w domyśle miałby uratować kraje strefy euro przed katastrofą gospodarczą i polityczną. Na szczycie unijnym Tusk niewiele osiągnął, zatem jego strachy nikogo nie przestraszyły. Skoro Sikorski zadeklarował całkowite oddanie się Polski pod skrzydła Berlina, poprzez gorące prośby o budowę federacji, późniejsza próba licytacji naszego uczestnictwa w pakcie fiskalnym zakrawała na śmieszność. Sarkozy zgodził się na kosmetyczny gest w kierunku Warszawy tylko po to, aby politycy zorientowani na Berlin w rodzaju Donalda Tuska mogli dobrze wypaść przed własnym elektoratem. W sferze realnej nie uzyskaliśmy prawie nic.

Po unijnym szczycie można śmiało powiedzieć, że UE nie tyle dzieli się na dwie prędkości, lecz na trzy lub cztery. Jak tak dalej proces przyspieszonej integracji będzie postępował, to tych prędkości będzie jeszcze więcej. Wieka Brytania i Czechy nie przystąpiły do paktu fiskalnego, co oznacza, że Unia w dawnym kształcie kończy się na naszych oczach. Przywódcy państw będą się spotykać niejako w trzech kręgach decyzyjnych. Pierwszy krąg to kraje strefy euro. Drugi to dwadzieścia pięć państw, które podpiszą pakt fiskalny. Wreszcie dodatkowo będą szczyty wszystkich 27 członków UE. Jeśli ktoś będzie umiał rozeznać kompetencje poszczególnych szczytów, temu konia z rzędem. Oczywiście ponad tym wszystkim będzie jeszcze jeden szczyt, prawdziwie decyzyjny: szczyt niemiecko – francuski. Cała reszta układanki będzie raczej przedmiotem wielkiej gry geostrategicznej. Jeśli tak, to Paryż i Berlin torpedować będą również wszelkie próby budowania alternatywnych struktur na obszarze całej UE. Rysuje się zatem konflikt na linii Bruksela – Londyn. Brytyjczycy nie omieszkają spróbować generować ruchów odśrodkowych w krajach pozostających pod bezpośrednią kuratelą Paryża i Berlina. Jeśli bierzemy pod uwagę Europę środkową, to tandem Merkozy niczego nie musi likwidować, wszak Warszawa dawno zarzuciła alternatywną politykę wobec Berlina, wpisując się w kontekst celów swego zachodniego sąsiada. Paryż i Berlin są w stanie organizować swoje szczyty, przed oficjalnymi spotkaniami w UE, to samo mogłaby robić Warszawa wraz z krajami środkowej Europy.

W tych okolicznościach zachodzi pytanie, po co Polska wchodzi do paktu fiskalnego w sytuacji, gdy przyszłość strefy euro jest skrajnie niepewna. Poddanie się regułom zewnętrznej kontroli polskiego budżetu nie wnosi dla naszego kraju żadnych realnych korzyści. Istnieje nawet wymierna finansowa strata w postaci "zrzuty" na kraje zadłużone oraz zagrożenie wprowadzenia wspólnej polityki podatkowej. Pomysł, by biedny spłacał długi bogatego jest tak kuriozalny, że aż trudno to komentować. Kolejny niekorzystny moment polega na tym, że następny kraj środkowoeuropejski wypada z gry, a my pozostajemy bierni. Bierni byliśmy, gdy Unia łajała rząd węgierski Wiktora Orbana, nic nie robimy w kierunku prowadzenia wspólnej gry ze sceptycznymi wobec paktu fiskalnego Czechami. Zatem najbliższe nam kraje pozostają niejako poza strefą zainteresowania polskiej polityki zagranicznej. Nasza polityka jest jedynie nakierowana na realizację pomysłów i celów geostrategicznych Berlina, co w dłuższej perspektywie musi się dla nas skończyć fatalnie. Bo mrzonką jest, że Niemcy i Francuzi tworząc superpaństwo dopuszczą nas do stołu decyzyjnego. Poddając się bezwolnie ich dominacji będziemy zaś tracić kolejne obszary decyzyjności rezygnując z historycznej misji w środkowej Europie.

Prof. Mieczysław Ryba

Zrodlo: RADIO MARYJA – Feletony – 3.02.2012

POLISH CLUB ONLINE, 2012.02.03

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek