Andrzej Kumor: American Dream na wstecznym


American Flag and Statua Liberty Fot. intern31 stycznia 2012 roku trafiły do sprzedaży album Lany Del Ray „Born to Die” oraz analiza socjologiczna Charlesa Murraya (tego od „Krzywej dzwonowej”) „Coming Apart; the State of White America 1963-2010″ (co luźno przełożyć można na „Rozpad; obraz białej Ameryki 1963-2010″). Ktoś zapyta, i co z tego, co ma piernik do wiatraka? Otóż, jednak ma.

Album Lany Del Ray (w realu Elizabeth Grant, córki multimilionera Roba Granta) plasuje się w coraz bardziej wartkim nurcie amerykańskiej pop-kultury – ziejącym nostalgiczną tęsknotą za Ameryką sprzed 50 lat. Stylistyka Lany jest żywcem wyjęta z ery Eisenhowera czy JFK. Podobne tęsknoty przebijają w filmach, m.in. w – o dziwo – nagrodzonym europejską Palmą „The Tree of Life” Malicka, z Bradem Pittem.

Ameryka przez wiele dekad stanowiła uosobienie postępu – rozwój cywilizacyjny i tempo bogacenia się społeczeństwa zapierały dech; nikt przy zdrowych zmysłach nie tęsknił za przeszłością. Posługując się dzisiejszymi standardami granicy ubóstwa, Murray przypomina, że poniżej tej cezury w 49 roku żyło 41 proc. Amerykanów, zaś w 1963 niespełna 20 proc. Dobrobyt otulał miliony. Trudno takim ludziom odgrzewać na talerzu kultury masowej obrazy sprzed pół wieku, szczypiąc duszę opowieściami, jak to pięknie drzewiej bywało. American Dream nie miał wstecznego biegu i nikt za siebie nie patrzył. Bo po co? Nostalgią, to można sobie było nacierać zelówki na brukach Paryża czy Berlina; w Nowym Jorku w powietrzu wisiała jedynie awangardowa bezczelność parcia do przodu. Zero splinu. Masa miasta zżerana w trzewiach maszyn wypluwała te nowsze, rzekomo lepsze czasy. Nie bez kozery powiedzenie o starych, dobrych czasach nie miało amerykańskiej wersji.

Do nostalgii, podlanej melancholią, potrzebny jest regres – poczucie, że ci przed nami mieli jednak pod jakimś względem dużo lepiej. I właśnie o tym opowiada ze swadą Murray – o przepoczwarzeniu, które rozorało USA za życia zaledwie dwóch pokoleń. Teoretycznie, mieszkańcy Nowego Świata nigdy nie mieli lepiej niż dzisiaj – PKB przecież nie kłamie. Ameryka nadal pławi się w bogactwie i jest w stanie rozstawiać po kątach w dowolnym zakątku ziemi.

Zestawienie tego, co mamy w roku 2010, z tym co było w roku 1963, wywołuje… nostalgię.

W 1963 98 proc. mężczyzn w wieku 30 – 40 lat było pracownikami lub aktywnie szukało pracy. Powszechnie sądzono, że inny status nie przystoi dorosłemu mężczyźnie. W telewizji dominował obraz szczęśliwej tradycyjnej rodziny, za rzecz oczywistą uznawano, że TV i kino mają umacniać normy społeczne. Scenariusze filmowe zatwierdzane w oparciu o kodeks Stowarzyszenia Filmowego wykluczały brzydkie słowa w dialogach, nie można też było wzywać imienia Boga nadaremnie, wyśmiewać religii czy umieszczać treści obscenicznych – w tym wszystkiego co odnosiło się do seksu. Aktorzy nie mogli grać nago czy półnago. Homoseksualizm to była perwersja, a filmowa zbrodnia nie mogła popłacać. I faktycznie nie popłacała, bo na wielkich połaciach kontynentu ludzie zostawiali otwarte drzwi domów, a samochody stały z kluczykami w środku.

Wybór kanałów i programów telewizyjnych owszem był – w niektórych miejscowościach nadawały CBS, NBC i ABC. Z sondażu Gallupa przeprowadzonego w 1963 roku wynikało, że 95 proc. respondentów zaliczało się albo do „klasy pracującej” (50 proc.), albo „klasy średniej” (45 proc.). Wiele osób wpływowych unikało uznawania siebie za klasę wyższą, co było wyrazem powszechnego przekonania (błędnego), że w Ameryce nie ma klas. Ameryka chodziła do kościoła. Na pytanie czy w ciągu minionych siedmiu dni byłeś w kościele (Murray zwraca uwagę, że w pytaniu nie było oboczności, w rodzaju „w kościele albo w synagodze” czy „w miejscu kultu”), jedynie 1 proc. uznawało się za obojętnych na religię, a połowa wszystkich zapytanych deklarowała, że chodzi do kościoła. I to niezależnie od dochodów i wykształcenia.

Co ciekawe, gdyby sięgnąć do jeszcze starszych czasów, okaże się, że do początku lat 60. proporcje te były mniej więcej takie same i stanowiły istotny element „amerykańskiego stylu życia”. Podobnie tradycyjne małżeństwo. Odsetek gospodarstw domowych rozwodników stanowił zaledwie 3,5 proc., a żyjących w separacji – 1,6 proc. 80 proc. mężatek nie pracowało poza domem i wychowywało dzieci. Murray nie kryje, że ówcześni Amerykanie mieli o wiele mniejszy wybór towarów, muzyki w radiu, książek; księgarnie były niewielkie i poza dużymi miastami nieliczne; nie było na co nagrywać muzyki, ludzie jeździli autami made in USA, a te made in Japan były synonimem szajsu. W restauracjach królował befsztyk i hamburger; sushi było nie do pomyślenia, pizza raczkowała, Chińczycy serwowali zamerykanizowaną chińszczyznę, a pierwsza tajska restauracjach otworzyła się w 71. roku.

Dlaczego więc melancholia? Murray podsumowuje: „Eksperyment amerykański nie polegał na tym, aby maksymalizować dobrobyt albo zapewnić międzynarodową dominację. Projekt Ameryka – był nieustającym wysiłkiem – poczynając od samego aktu założycielskiego – który miał zademonstrować, że człowiek może być pozostawiony wolny samemu sobie, jako osoba i jako rodzina, aby żył po swojemu, tak jak to uzna za właściwe, dobrowolnie angażując się wraz z innymi w rozwiązywanie wspólnych problemów”.

To był amerykański skarb, to była ta wyjątkowa kultura. To była Ameryka, która imigrantom wyciskała łzy z oczu na widok Statuy Wolności.

To była Ameryka, której Amerykanie nie zdołali upilnować, która padła pod ciosami bolszewizmu kulturowego.

Nostalgia za nią z roku na roku będzie większa.

Andrzej Kumor, Mississauga

1. Born to Die Lana Del Rey Interscope Records and Stranger Records
2. Coming Apart The State of White America, 1960-2010 by Charles Murray – Random House

Zrodlo: GONIEC.NET

 

A tak Ameryke widzial I spiewal o niej Stasiek Wielanek ze swoja kapela: http://www.youtube.com/watch?v=h-VzbmU1t68

POLISH CLUB ONLNIE, 2012.02.04

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek